wtorek, 23 kwietnia 2013

17. Tu virtutem redit caeci, qui non credebant in eum



Koszmary. Wizje nocne, które pokazywały najgorszą z możliwych wyjść. Dręczą wszystkich, nie patrząc na wiek czy hierarchię wartości. Nawet małe niewinne dziecko. Niemowlę, które budzi się z płaczem w nocy. Wtedy matka dziecka z czułością tuląc go do serca, uspokajała swoją pociechę. Ale co wtedy, gdy nie ma się takiej osoby? Wiecznego anioła stróża? Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Jak przyzwyczaić się do strach, który wręcz paraliżuje? Do nie dawna myślał, ze taki nie istnieje. Każdy uczy się na błędach, ale co wtedy, gdy nie widzimy w nich nic złego? Tyle pytań bez odpowiedzi. A teraz szedł w stronę zakazanego lasu i nie wiedział, co go czeka. Nie zostało mu nic poza tymi snami. Przecież zdążyć się mogło wszystko. Potęga zła nie znała granic. A miał rodzinę, którą kochał. Na swój sposób, ale kochał. Tak naprawdę to wszystko robił dla nich. Nie potrafił wytłumaczyć niektórych swoich czynów. Tyle razy widział przemoc, ból, strach. Takie zwykłe uczucia, które zna każdy człowiek. Nie są to pozytywne uczucia. Wręcz przeciwnie. Dlaczego więc sprawiał tyle przykrości bliskim? Może, dlatego, że sam to przeżył? Tak, sam, wielki, arystokrata Lucjusz Malfoy nigdy nie doznał miłości ani bezpieczeństwa w domu. Doskonale pamiętał dzień śmierci matki.
~***~
Dwór Malfoy’ów od zawsze wrzucał się w oczy. Był duży i bogato zdobiony. Mały Lucjusz lubił się chwalić swoimi rzeczami rówieśnikom. Pewnego razu, kolega z klasy, z Hogwartu zaprosił go do siebie. Ady, ( bo tak nazywał się chłopak) aportował się po niego z ulicy św. Merlina i stamtąd ruszyli do gryfona. Gdy zobaczył mały, skromny domek zaczął się zastanawiać czy wejść. Bo to było coś nowego, nieznanego. Ale był ślizgonem, a slizgoni nie tchórzą. Wszedł do pomieszczenia. Okazało się, ze jest to przedpokój połączony z kuchnią. Mimowolnie mały Malfoy poczuł się nie na miejscu, gdy mama Ady’iego podeszła do niego i ucałowała. Zaczęła się wypytywać jak w szkole, podała obiad i sprawdzała, czego się nauczył w szkole.  Deportował się zaraz po tym, gdy kobieta zaproponowała mu jedzenie. Dlaczego jego mama tak nie robiła? Dlaczego jedzenie podawały skrzaty a nie ona? Dlaczego nie przytulała, nie całowała? Czyżby go nie kochała? Wbiegł do domu, i usłyszał krzyk ojca.
- Ty szmato. Jesteś nic niewarta. Myślisz, że jak masz na nazwisko Malfoy to możesz podnosić na mnie głos? Mylisz się i to będzie ostatnie, co zrobiłaś.- Ojciec Lucjusza stał na zwiniętą na wpół matką, która leżała na ziemi. Kurczowo trzymała się brzucha. Miała opuchniętą wargę i rozcięta brew. Mały Malfoy stał w drzwiach, nie wiedząc, co zrobić.
- Abraxs’ie nie proszę. A Lucjusz? On mnie potrzebuje… Daj mi się z nim pożegnać…
- Nie bierz mnie na litość, głupia kobieto. Już raz to zrobiłaś.- Lucjusz podszedł bliżej, by rodzice go zauważyli.
- Tato, co się stało? Czemu mama płacze?
- Witaj synu, widzisz. Mama zrobiła coś bardzo złego i musi za to zapłacić… Avada Kedavra! No dobrze, idź do siebie. Kolacja, jak zawsze o 18.30.
- Tato, a kiedy mama się obudzi? Bo chciałem, żeby mnie przytuliła. Byłem u Ady’iego i jego mama go przytulała.
- Co!? Kanestowie są zdrajcami krwi! Nigdy więcej nie zbliżaj się do tej rodziny! Rozumiesz?!- Mały Lucjusz ze łzami w oczach patrzył na ciało matki. Przytaknął głową, mocniej zaciskając oczy, by nie płakać. Bo tata był zły gdy on płakał. A kara była bolesna.
~***~
Od tamtego czasu był uderzająco podobny do swojego ojca. Nigdy go nie kochał. Szanował, owszem. Ale nie kochał. Może dlatego że nie potrafił? Matka nie nauczyła go już nigdy jak to jest być kochanym i jak to jest kochać. Czy tego żałował? Zdecydowanie nie. Życie jest podłe i bezlitosne. Na swój sposób był mu wdzięczny. Deportował się do Lastrange’s Manor. Ogród posiadłości był niesamowity.. Wspiął się po schodach i zadudnił wielkie machoniowie drzwi.
- Pyszczek nie może otwierać obcym. Pyszczek taki dostał rozkaz od pani Lestrange.
-  Tu virtutem redit caeci, qui non credebant in eum.*- Po chwili drzwi się otworzyły z lekkim skrzypnięciem. Lucjusz z podniesioną głową przeszedł przez próg, rzucając płaczem w skrzata. Nie przejmując się jego lamentowaniem odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku schodów.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 *Powróci pan a potęga jego oślepi wszystkich którzy w niego nie wierzyli. 

Błonia nigdy nie traciły na uroku. Zawsze były zdumiewające piękne. Nawet po wojnie, sam wygląd zapierał dech w piersiach. Hermiona stała nad jeziorem, wpatrując się w tafle wody. Promienie słońca załamywały się na srebrnym lustrze, tworząc swój własny taniec. Jak coś tak pięknego może być aż tak niebezpieczne? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć na to pytanie… Doskonale pamiętała każdą chwilę spędzoną w tym miejscu. Nie zawsze były one kolorowe, ale za to każde były tajemnicze i jedyne w swoim rodzaju. Nie żałowała niczego. I ta myśl najczęściej podnosiła ją na duchu.
Hermiona poczuła uścisk na ramieniu i odwróciła się w stronę nauczycielki.
- Chciałaś mnie widzieć drogie dziecko?- Profesor McGonagal od zawsze traktowała wszystkich swoich podopiecznych jak swoje dzieci. Może powodem takiego zachowania było bark własnych? Jednak nikt nie narzekał na takie podejście psorki do ucznia.
- Tak, owszem. Widzi pani, pani profesor. Draco Malfoy ostatnio znalazł się w szpitalu…- Hermiona niepewnie spojrzała na byłą opiekunkę.- Może pani wie coś na ten temat?
Mina Minerwy znacznie stężała, a usta utworzyły prostą linię.
- Nie, niestety nie. Mimo to bardzo mi przykro z tego powodu. Mam nadzieje, że szybko powróci do zdrowia.- Profesorka obróciła się na pięcie i już chciała odejść, gdy Hermiona zatrzymała ją, łapiąc za skrawek szaty.
- Skoro tak, to mam jeszcze jedno pytanie.- McGonagal spojrzała na nią wyczekująco.- Dlaczego mnie pani okłamuje? Co jest tak ważne, że nikt nie chce mi powiedzieć? Myślałam, że będę ostatnią osobą przed którą miałaby pani tajemnice… Jak widać pomyliłam się.- Hermiona cały czas szeptała. Nie chciała podnosić głosu. Nie ufała sobie na tyle, by krzyczeć. Czuła się bezsilna, pierwszy raz w życiu nie mogła nic zrobić.
- Panno Granger, czy jest jakiś powód, by miała pani podstawy twierdzić, ze panią okłamuje?- Hermiona zamrugała kilka razy. Ton profesorki był wyrafinowany i chłodny. Zawsze używała go na zebraniach zakonu, gdy miała coś ważnego do powiedzenia.
- Owszem, rozmawiałam z Malfoy’em. Zaczął coś mówić, lecz nie skończył. Stwierdził, że grono nauczycielskie wyjaśni mi to na tyle dobitnie bym zrozumiała.
- To niech pani zapyta się dyrektora Snape’a. Myślę, ze będzie wiedział więcej na ten temat niż ja.
- Czyli wie pani … Ale jest jeden problem. Nauczyłam się by nie wchodzić w układy ze ślizgonami… To jak?
- A pan Malfoy?- Psorka mimo wszystko uśmiechnęła się lekko. Jej podopieczna od zawsze była pełna determinacji. Wiedziała czego chce i dążyła do wyznaczonych sobie celów. Teraz jej priorytetem było dowiedzenie się prawdy. I to ją najbardziej martwiło.
- Każdy wyjątek potwierdza regułę. To dowiem się czegoś od pani czy mam nie marnować pańskiego jakże cennego czasu?
- Myślę, ze nie jest to odpowiednia pora ani czas. Co powie panienka na to, byśmy umówiły się w miejscu bardziej sprzyjającym celom? Tutaj ściany mają uszy.
-Zgadzam się. Tylko kiedy?
- Powiadomię cię listownie. A teraz wybacz, ale listy samie się nie wypełnią. Do widzenia…
I odeszła. Hermiona czuła satysfakcję i irytację za razem. Niby wymusiła spotkanie, a z drugiej strony dała się w dziecinny sposób spławić. No nic musi to dobrze rozegrać. No ale nie od parady była kierownikiem działu Departamenckiego, nie?  Da rady. Musi.
Ulice Londynu powoli pustoszały. Ludzie urządzali swój codzienny wyścig szczurów. Wszyscy za czymś pędzili. Za sławą, pieniędzmi, szczęściem. Hermiona szła powoli w stronę domu. Harry kazał jej się stawić u siebie z wiadomością, że Malfoy od następnego tygodnia. Nie no, po prostu wspaniale! To chyba jakieś fatum, do tego całego zamieszania potrzebuje jeszcze facjaty Malfoy’a. A może by tak odwiedzić Ginny? Ostatnio ją zaniedbywała, ale nią miał się, kto zająć. Sama przed sobą musiała przyznać, że jej zazdrościła. No, ale to już jej mała tajemnica. Gin ma Zabini’ego a ona ma swoją prace i jest dobrze.

Molly Weasley od rana krzątała się o kuchni. To właśnie dzisiaj Gin miała odwiedzić ich w Norze. Pani Weasley nie posiadała się ze szczęścia. Podobno jej jedyna córka miała jej coś bardzo ważnego do powiedzenia. Nie mogła się doczekać. Tak dawno się widziały. Specjalnie zwołała praktycznie całą rodzinę.
- Babciu, mogę ci w czymś pomóc?- Pięcioletnia Dominique, która zrezygnowała z zabawy z kuzynami.
- Tak kochanie, poukładamy talerze, dobrze?- Dziewczynka energicznie pokiwała głową na znak zgody.
Gdy już wszystko było gotowe, pani Weasley ruszyła do pokoju, gdzie siedzieli wszyscy pozostali. Razem wspominali dawne czasy i śmiali się z wygłupów bliźniaków. Po chwili wszyscy usłyszeli pukanie, a Molly zerwała się na równe nogi, pędząc do drzwi.
- Córeczko kochana!- Gospodyni podniosła wzrok na towarzysza Ginny i uśmiechnęła się jeszcze szerzej.- Ooo witamy. Proszę wchodźcie do środka… Wszystko już gotowe. Za chwilkę podam obiad.- Zabini pomógł Gin zdjąć płaszcz i nim odwiesił go na wieszak, jego dziewczyna była już obwieszona czwórkę dzieci. Wszystkie ściskały i całowały swoją ukochaną ciocię. Tylko mała Lucy stała koło drzwi i podejrzliwym wzrokiem mierzyła Blaise, który tylko pokiwał głową na znak ogólnego życiowego załamania. Gdy starsi przywitali się z dziewczyną, podszedł do niej Ron. Ucałował oba policzki siostry i miał właśnie podać rękę chłopakowi stojącemu w przedpokoju, gdy nagle coś go ruszyło…
- CO TY TU ROBISZ?! TY ZDRAJCO JEDEN! JAK ŚMIESZ SIĘ TU POKAZYWAĆ?!
- Ron uspokój się! Przestań wrzeszczeć, bo dzieci się boją.- Ginny próbowała załagodzić sytuację. Spojrzała prosząco na Zabini’ego, ale on i tak dodał swoje trzy grosze.
- Nie martw się Weasley, zobaczyć ciebie to widok dla ludzi o stalowych nerwach.…- Zaborczo zagarnął Gin do siebie opierając brodę o jej ramie. Ron poczerwieniał i zaczął zgrzytać zębami. Pani Weasley rozumiejąc, co się dzieje postanowiła interweniować.
- Jedzenie stygnie na stole. Idźcie zająć miejsca.- Molly widząc, ze to nie skutkuje, wszystkich po kolei obdarzała wzrokiem, którego bazyliszek by się nie powstydził. Towarzystwo powoli się wykruszało i każdy z spuszczoną głowa grzecznie zasiadał do stołu.
- Mamuś…- Ginny szeptem zatrzymała swoją rodzicielkę w przejściu.- Czy tata jest w domu?- Spytała z wyraźnym niepokojem w głosie.
- Nie córuś… Nie ma go. Pojechał odwiedzić wujka Gregora w Monako. Wróci za trzy dni.- Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i przytuliła matkę.
- W takim razie wujek ma ode mnie pozdrowienia..
Cisza przy stole była nie do zniesienia. Fred i Georg specjalnie od czasu do czasu głośniej stukali się szklankami i z zadowoleniem obserwowali reakcje Rona i Zabini’ego. Ten pierwszy na przemian zmieniał kolory na twarzy lub zgrzytał zębami. Za to ten drugi przyglądał się wszystkim po kolei i czasami posyłał przyjazne uśmiechy dzieciom.
-, Co ty tutaj robisz, Zabini? Chcesz wszystko zrujnować? Zniszczyć życie Ginny?- Ron patrzył na Blaise’a, myśląc, ze to zrobi na nim jakiekolwiek wrażenie. Jednak się zawiódł.
- Weasley po pierwsze, gdy do mnie mówisz to zęby na baczność, a po drugie…- Tu uśmiechnął się z politowaniem i wzniósł oczy ku górze.- O głupoto, bądź pozdrowiona…
- Nie zaprzeczyłeś, a może kazali ci nas szpiegować? Przecież śmierciożercy chcą zemścić się na członkach zakonu… No Zabini mów…
- Przytakiwałem, bo psychiatra tak kazał jak zaczniesz pleść od rzeczy. A gdybyś nie zauważył to jestem jednym z jak to honorowo nazwałeś członkiem zakonu. Wybiłem na misjach sto razy więcej niż ty na wojnie, więc bądź łaskaw mnie nie denerwować, bo moja cierpliwość jest na wyczerpaniu, jeśli chodzi o ciebie Weasley.
- Nie zamierzam cię tolerować w moim domu.- Warknął Ron wstając od stołu.
- A będziesz musiał.- Ginny miała serdecznie dosyć tej dziecinnej przepychanki słownej. Choć zdawała sobie sprawę, ze Blaise kontroluje się by nie powiedzieć za dużo, ale jej brat nie był bez winy.- Nie rób głupich min Ron. Będziesz tolerował Blaise ze względu na mnie, rozumiesz?
- Skąd wiesz, że cię nie skrzywdzi? Jesteś taka pusta i naiwna…
-RON!- Krzyknęło kilka osób, przysłuchującej się rozmowie
- Wiesz skąd wiem? Kocham go i ufam mu. A ty będziesz musiał to zaakceptować, jeśli kochasz mnie… I jest jeszcze jedna rzecz…
Ginny ucichła i zaczęła się wpatrywać w swoje buty.
- No kochanie…- Diabeł przytulił się do dziewczyny i uśmiechnął się głupio.- Pochwal się, że będziemy rodzicami.- Walnął z determinacją patrząc w oczy rudemu.
- Gin, kochanie to prawda? Będę babcią?- Pani Weasley miała ochotę fruwać po całej Norze. 
- Jakbyś już nią nie była.- Oburzył się Bill, biorąc na kolana ośmioletnią Victorię.
- Och Bill, wiesz, o co mi chodzi. Ja zostałam babcią już pięć razy, nic się nie stanie, jeśli będę szósty!- Ginny uśmiechnęła się lekko do mamy i pokiwała twierdząco głową. Po chwili wszyscy usłyszeli dźwięk tuczącego się szkła. Ron wybiegł, co sił w nogach z domu deportując się w tylko sobie znane miejsce.
-Przejdzie mu…- zaczął Georg
-… zostawcie to nam.- Skończył Fred, podając mu rękę.

Pamiętnik Draco Malfoy'a cz.2



Kolejna część pamiętnika Draco;

Gwiazdy migały na niebie, księżyc uparcie zaglądał do pokoju pewnego blondyna. Zegar wybił północ, a on siedział na łóżku z piórem w ręku. Przed nim leżał notatnik do połowy zapisany. Dalsza część nadal powstawała z ręki mordercy, syna i aurora. Czyż to nie ironia losu?

Wszystko ma swój koniec, ale jeszcze bardziej bolesny start
Ile, więc jeszcze poniesie strat?
Wrak człowiek, którym się stał
Czy o za wiele prosił? Za dużo brał?
Ludzie nie wyrozumiali
Śmierciożercą go obwołali.
To nic, że ratował ludzi
Bo kogo to obchodzi, nikogo to nie smuci
Najłatwiej krytykować
Urazę pokazywać zamiast schować
Wojna nadal trwa
Ale on już nic nie ma
A chciałby zawrócić czas
Może miałby więcej szans?
Odwrócić porażki
Kłótnie zamienić w igraszki.
Śmierć, która stała się sprzymierzeńcem
Ból, który zrozumiał, ze on jest odmieńcem
Tyle razy widział łzy, a czy za nim ktoś tęsknić będzie?
A zginąć może wszędzie…
Spełnić marzenia
Dotrwać do końca istnienia
Trudne zadania
Ale lubił wyzwania
Choć wiedział ze nie podoła
Nie tym razem, jego czas powoli się kończy, zdążyć nie zdoła
I chociaż próbował
Inny żywot los zgotował
A on się nie bronił
Nie stronił
Nie tłumaczył
Zdrady wybaczył
Bo nie chciał popełnić kolejnego błędu
I tak daleko mu do happyend’u
Lepiej nie zepsuć następnej szansy, którą świat daje
Może w końcu na wysokości zadania staje?

Przetarł oczy i wyszedł na balkon. Może jego śmierć będzie na tyle łaskawa i nie będzie się nad nim znęcać? Bo w końcu jej się zasłużył. Tyle dusz jej podał na talerzu. No nic, zobaczy i to już całkiem nie długo.   


piątek, 19 kwietnia 2013

16. A najsmutniej, gdy droga daleka i nikt na końcu, na ciebie nie czeka…



     Płatki śniegu wirowały na wietrze, spokojnie opadając na ziemie. Zachmurzone niebo współgrało z smętną atmosferą panującą na zewnątrz. Pogoda wyrażała swoją jakże głęboką depresje. Hermina przetarła oczy, pierwszy raz od dawna nie chciało jej się wstawać z łóżka. Mimo swojej pracy, która siłą rzeczy nie była monotonna, ona czuła, że popada w rutynę. Praca, dom, praca, dom. I tak w kółko, chociaż w jej przypadku to był pusty dom. Westchnęła ciężko, zwlekając się z łóżka. Podeszła do okna i zaczęła obserwować płatki śniegu. Niby tyle mają ze sobą wspólnego. Wszystkie były malutkie, zimne, i białe. A jednak każdy był inny. Inne wzory, sprawiały, że te płatki śniegu były jedyne i niepowtarzalne.

 Prószy śnieg płatkami, ·smutno, gdy jesteś sam.
Smutniej jeszcze, gdy trzeba iść drogą
i nie widzieć prócz nieba nikogo.
A najsmutniej, gdy droga daleka
i nikt na końcu, na ciebie nie czeka…
   
      Zaczęła się zastanawiać, dlaczego tak właściwie jest sama. Kandydatów na partnera jej nie brakowało. A przecież nikt od razu nie mówił o ślubie. Dotychczas nigdy jej to nie przeszkadzało. Po prostu tego wymagał jej zawód. Musiała być przygotowana w każdej chwili, ze ktoś do niej zadzwoni i będzie musiała natychmiast się zjawić w ministerstwie. Dlatego każde wakacje kończyły się na planach. Słyszała wiele plotek ludzi. Nawet swoich podwładnych, którzy bez skrupułów twierdzili: „ Nasza szefowa to ma luksusowo. Do wszystkiego ma ludzi i zarabia dobrze”. Ignorowała takie komentarze. Szkoda, ze Ci ludzi nie zorientowali się, że zawsze przy większości akcjach jej z nimi. Nigdy nie podkuliła ogona i nie uciekła. Nigdy nie wysyłała pachołków, by zrobili za nią czarną robotę. Wyznawała zasadę:, „ Jeśli chcesz by coś było dobrze zrobione, to zrób to sam”. Nic jednak nie zmieniało stanu rzeczy. Mianowicie była sama. I zaczynało jej to dokuczać. Codziennie wracała do pustego domu. Nikt na nią nie czekał. Dlatego też często zostawała w pracy po godzinach, by zabić tę cholerną pustkę.

Samotność jest przyjemnością dla tych,
 Którzy jej pragną i męką dla tych?
 Co są do niej zmuszeni.
— Władysław Tatarkiewicz
   Potrząsnęła głową, by odgonić nie wygodne myśli, błądzące po jej głowie. Zegarek właśnie zadzwonił. Czyli jest 5.00.- Pomyślała. Hermiona ruszyła do łazienki, tam doprowadziła się do porządku i zeszła na dół zjeść śniadanie. Po 15 minutach wyszła z domu aportując się do szpitala.

Stanęła w progu jego sali. Leżał na łóżku, tempo wpatrując się w sufit. Nagle coś ją zakuło w serce. Ilu ludzi zabił? Ilu pozbawił rodzin?. Otarła małą łzę, która wydostała się na policzek. Podeszła bliżej cicho siadając na krzesło. Nie zwrócił na nią nawet najmniejszej uwagi. Nie odezwała się. Nie wiedziała jak, nie ufała swojemu głosowi. Spojrzała na niego i przypomniała sobie słowa Berna: „trzeba się naprawdę bardzo mocno przypatrzeć, by ujrzeć, że jest więcej niż jeden odcień czerni”. Może on też się zalicza do tej grupy?
Podniósł na nią wzrok. Jego spojrzenie było takie puste. Nie biło od niego zimnem, ani ironią. Był wyprany ze wszystkich uczuć.
- Jesteś wyznaczona, jako nagroda… Wiedziałem, że jeśli tylko oni się o tym dowiedzą, wykorzystają to przeciwko mnie. Jednak nic sobie z tego nie robiłem. A mogłem uratować ci życie. Teraz jest już za późno.- Nie miała zielonego pojęcia, o czym on mówi. Czyżby leki mu zaszkodziły? A może się kroplówki naćpał? Czekała, aż w końcu uśmiechnie się w ten swój wredny sposób i powie, że to żart. Minuty mijały, a on się nie uśmiechał, ani nic nie mówił.
- O czy ty mówisz? Dla kogo jestem nagrodą? Co chcą wykorzystać? I przede wszystkim, kim są ci „oni”?- Czuła, że powoli panikuje, a on się nie odzywał. Tylko patrzył tempo w jej oczy.

Patrzeć w te niewinne oczy
Dobrze wiesz, że śmierć za nimi kroczy
Pocałunek śmierci jest nie unikniony
Twój wzrok współczucia pozbawiony
Sumienie przestało funkcjonować
Twoje serce jest teraz tylko od tego by krew pompować
I kiedy podniesiesz różdżkę by wypowiedzieć TE słowa
Nic cię nie powstrzyma, uraza się nie schowa
Przegrałeś kolejne rozdanie
Za nie długo już nic ci nie pozostanie
  
     Nie potrafił nic powiedzieć. Jak ma jej to wytłumaczyć? „Pomimo tego, ze, Voldemort nie żyje, ja wciąż jestem na usługach pewnego dupka, który ma kaprysy. Jednym z nich jest twoja śmierć. Mało tego! Wspaniałomyślnie postanowił, ze to ja mam cię pozbawić życia. A i żeby tego było mało! Jeśli tego nie zrobię to zrobi to ktoś inny, robiąc z ciebie przy okazji dziwkę. Jestem przeszczęśliwy, że akurat mnie kopnął ten zaszczyt i że mogłem ci przekazać tę szczęśliwa nowinę! Mam nadzieję, ze nie będzie boleć!”- Przecież to bez sensu.
- Kiedy indziej ci to wytłumaczę… Teraz nie mam siły, ani ochoty. Tak w ogóle to, po co przyszłaś?
- Nie Malfoy. Domagam się wyjaśnień i to teraz, już, zaraz. Nie chce nawet słyszeć, ż e wielki pan arystokrata nie ma ochoty!
- Nie krzycz Granger.- Warknął przewracając się na drugi bok, by na nią nie patrzeć.- Chcesz wyjaśnień? Spytaj McGonagal, co ten pieprzony Dmubel zapisał w swoim testamencie. Ja nie będę ci niczego podwójnie wyjaśniał! Mam nadzieję, ze są z siebie dumni! Całe te cholerne grono pedagogiczne!- Nie no teraz to był wkur****y. Dosyć ze zwali na niego całą brudną robotę, to jeszcze domagają się ochrony? Niech spierdalają! To nie oni narażają swoje życie!
   Po chwili do sali weszła stara pielęgniarka z tacą i kroplówkami.
- Dzień Dobry, panie Malfoy. Panią muszę wyprosić. No panie Malfoy, śniadanie, leki, kroplówka i może pan dalej kontynuować odwiedziny.
- Nie trzeba, ta pani właśnie wychodzi. Dowidzenia. 

     - Zabini jak tak możesz!? Ja ci krzywdę zrobię! Mogę ci obiecać, że nie dożyjesz następnej wiosny!- Ginevra Weasley wydzierała się w najlepsze na swojego… chłopaka. Zabini nie mógł dobudzić Gin, więc postanowił, że w bardzo inteligentny i przede wszystkim sprawdzony sposób obudzi rudą wiewióreczkę. Wiadro wody jeszcze nigdy nie zwiodło.
- Kochanie, wiesz, że nie możesz się denerwować… No nie krzycz tak na mnie. Ciśnienie ci skoczy i co wtedy? A co jak mały Diabełek wyskoczy szybciej niż powinien?- Blaise obserwując jak Ginny próbuje się doprowadzić do porządku, leżał na łóżku i bawił się poduszką.
- Jaaasne, bo każdy ślizgon ma ptaka bez skrzydeł, jaja bez skorupek i worek bez pieniędzy. Masz się czym chwalić.- Gin wyprowadzona z równowagi nie szczędziła biednego  chłopaka.
- Ohh, kwiatku gryfoński. Wcześniej ci to nie przeszkadzało… Hmm, mam na ciebie chrapkę… To jak? Zakopiemy topór wojenny? Z resztą wyglądasz uroczo jak się denerwujesz.  Policzki psują ci kolorystycznie do włosów.- Diabeł próbował jakąś załagodzić sytuację
-Hmm, mnie za to żaden paraliż nie dotknął, idź do ubikacji, a jak będziesz wracał to dobrze umyj rączki. Śniadanie robisz dzisiaj sam!- Najmłodsza latorośl Weasley’ów odwróciła się na pięcie i wyszła z sypialni. Skierowała się do kuchni i poczuła wielką ochotę na płatki z mlekiem. Szybko odnalazła potrzebne jej produkty i wzięła się za pałaszowanie. W połowie jej posiłku, do kuchni wparował zadowolony z siebie Zabini.
- Czy  raczyłeś pamiętać, że dzisiaj idziemy w odwiedziny do moich rodziców?
- Tak, pamiętam.- wyszczerzył się do niej.
- A pamiętasz jak wczoraj omawialiśmy twoje zachowanie? Przysięgam ci, że jeśli będziesz zachowywał się jak jakaś niewychowana, egoistyczna, rasistowska świnia, to nie masz co tu szukać, a twoje ubrania wylądują na dworcu lub pod mostem. Jak wolisz.
- Spokojnie, dam radę. Bynajmniej tak myślę. Taaa, miałem pytać. Miły miałem być tylko dla twoich rodziców? Ewentualnie dla Percy’iego. O ryżym nic nie mówiłaś…- Właśnie teraz wyciągnął sok w kartonie z lodówki.
-Masz być miły dla WSZYSTKICH…- I tu wyżej wymieniony sok wylądował widowiskowo na ziemi, a sam zainteresowany przyjął posadę słonia.- Zabini, jesteś obleśny… Żeby tak nosem? Masz to powycierać!- oburzona zachowaniem (jego brakiem), wyszła z kuchni powoli szykując się do wyjścia.

     Pani Weasley była prawdziwą szczęściarą. Miała dużą rodzinę- to fakt. Ale nigdy nie narzekała. Chociaż Państwo Weasley zdawali sobie sprawę, ze ludzie różnie odbierają wielodzietność, to nie specjalnie im przeszkadzało. Wszystkie dzieci posiadały książki, chodziły ciepło ubrane i najedzone. Molly wszystkie swoje dzieci kochała tak samo i bardzo zależało jej na tym, by każde dziecko było szczęśliwe. Dlatego tak bardzo ucieszyła się z tego że pierworodny syn Bill Weasley znalazł sobie dziewczynę, której oddał serce. Jeszcze większa była jej radość, gdy dowiedziała się i pierwszych wnukach. W wyniku Bill i  Fleur Weasley dorobili się trójki dzieci: Victoire, Dominique i Louisa. Następny z kolei Charlie poważnie zwiódł swoją mamę. Nigdy się nie ożenił, nawet o tym nie myślał. Jego zainteresowania pochłonęły większość czasu, Jego jedyną miłością od zawsze były smoki i jak to kiedyś oświadczył Molly, prędzej przyprowadzi małego smoka niż kobietę. Za to Percy wynagrodził to matce, ożenił się i miał dwójkę dzieci; Molly i Lucy. Pani Weasley była w siódmym niebie gdy dowiedziała się jak żona syna Audery, pokochała ja jak własną matkę i postanowiła nazwać tak córkę. I tu nadzieja na wnuki powoli gaśnie. Jej ukochani bliźniacy nie potrafili się ustatkować. Fred jak i George zmieniali dziewczyny częściej niż skarpetki. Gdy ostatnio na nich wrzeszczała, by w końcu zeszli na ziemie i zaczęli myśleć jak dorośli ludzie, to stwierdzili, że po ziemi chodzi zbyt wiele pięknych dziewczyn, by całe życie marnować tylko z jedną. I tu, w tym momencie Molly Weasley załamała ręce i dała sobie spokój z swataniem swoich synów. Oswoiła się z myślą, że będzie miała piątkę wnuków, które będzie rozpieszczać do granic możliwości jak nie dalej. Nie pomyślała o Ronie. Dlaczego? No bo po prostu to był Ron. Nie żeby Molly kochała go mniej czy coś w tym stylu, ale znała możliwości swojego najmłodszego syna. Ona sama czasami z nim nie może wytrzymać. Ostatnie nadzieje pokładała w Hermionie, ale gdy i ta od niego uciekła, nawet nie namawiała jej do przemyślenia tego wszystkiego. No i została jeszcze jej mała córeczka. Wstyd się było przyznać, ale Pani Weasley nie dopuszczała do siebie myśli, ze jej mała Gin kiedykolwiek zostawi ją dla innego mężczyzny. Była jej oczkiem w głowie. Miała tylko jedną córeczkę i nawet jeśli miała ona już te 22 lata to nadal była malutka, bezbronna i przede wszystkim tylko jej!
    
     Ginny długo się zastanawiała jak powiedzieć swojej mamie, że jest w ciąży. To już trzeci miesiąc. Listopad. Jeszcze większym problemem był Zabini. Jej rodzice nie tolerowali śmierciożerców. A jakby nie patrzeć Zabini nim był. Jednak nie miała co do niego wątpliwości. Pamiętała, całą tą sytuację z ciąża zaraz na początku, ale potem gdy siedział na polu pod jej domem, kiedy panowała burza, wszystkie jej możliwości rozwiały się po kątach.
- Kochanie jesteś gotowa?-  Usłyszała głos Blais’a, który w następnej minucie pojawił się w pokoju.- Nie mam zielonego pojęcia na którą się umówiłaś, ale raczej nie przystoi nam się spóźniać.- Podszedł do niej i cmoknął w policzek.
- Tak, tak już idziemy. Tylko Blaise ja cię proszę, bądź normalny, nie błaźnij się, nie pozabijaj mi braci i nie obrażaj moich rodziców.
- Będę grzeczny, słowo Diabełka.- Ginny tylko uśmiechnęła się szeroko. Właśnie to ją martwiło. Diabeł nigdy nie był spokojny. Czasami zachowywał odrobiny taktu, ale tylko czasami. Jednak bardziej bała się reakcji rodziców, niż samego Zabini’ego.  Jej tato był wyraźnie uprzedzony do dzieci śmierciożerców.
  Westchnęła cichutko spoglądając na Blaise’a:
- Blaise, a co z Malfoy’em? Widziałam go ostatnio jest bardzo poturbowany. Nie jest to zwykła mugolska bójka…- Zabini nie chciał odpowiadać na to pytanie. Chciał ją chronić. Trzymać jak najdalej od tego towarzystwa, które mu zniszczyło dzieciństwo. Tyle razy mówił Draconowi, by dal sobie z tym spokój.   Ale ten cały czas zaprzeczał. Twierdził, ze jest od tego uzależniony i właśnie teraz jego uzależnienie powoli go zabija.
- Wiesz Skarbie, że to nie nasza sprawa? I Granger I Malfoy to duże dzieci i z cała pewnością dadzą sobie obydwoje radę. Nie możemy się wtrącać, tak jak zrobi to twój braciszek, gdy tylko się o wszystkim dowie.
- Ja się nie wtrącam Blaise, ja się martwię. Miona ostatnio przychodzi do niego tylko gdy śpi. Wtedy siedzi przy łóżku i patrzy tępo w ścianę. A później gdy on się budzi wychodzi.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz…- Blaise mocno przytulił Rudą.- No zbieraj się za 10 minut chcę cię widzieć na dole.

Hermiona teleportowała się pod zamek Hogwartu. Nic a nic się nie zmieniło od czasu wojny. Sponsorzy z ministerstwa byli tak hojni i wynagrodzili wszystkie straty materialne jak i moralne pokrzywdzonych. Powoli ruszyła do dębowych, mosiężnych wrót. Drogę znała na pamięć i równie dobrze mogła iść z zamkniętym oczami. Severus Snape po śmierci Dumbledore’a objął stołek dyrektorski,  a McGonagal była wicedyrektorką. Nie musiała długo szukać. Gdy tylko weszła do wielkiej sali, ujrzała całe grono nauczycielskie. Właśnie odbywała się jakaś narada.
- Ooo, kto nas odwiedził! Mionka!- Hagrid jak zwykle dał się ponieść emocjom. Pół-olbrzym wstał od stołu wlewając przy okazji swoja wodę.
- Spokojnie Hagridzie. Hermiona na pewno przyszła w interesach. Więc słucham?- Profesorka od transmutacji opanowała sytuację.
- Nie myślę, ze to dobry pomysł Minerwo. Panna Granger musi zaczekać. Skończymy naradę i wtedy załatwicie to co macie do załatwienia. Jasne?
- Tak, oczywiście zaczekam na błoniach. Profesor McGonagal, czy mogłabym później prosić?- Chciała jak najszybciej wycofać się na pole. Nie miała ochoty na dalszą konwersację z byłymi nauczycielami.
- Oczywiście, przyjdę.

poniedziałek, 25 marca 2013

15.Bo istnieją różne odcienie czerni...



Światło nie zawsze niesie ze sobą dobro. Ciemność nie zawsze jest złe. Tak i było w jego przypadku. Nic nie widział, nic nie słyszał. Było mu dobrze, nie chciał się stąd ruszać. A tak właściwie… To gdzie on jest? Draco Malfoy balansował pomiędzy dwoma światami. I choć nie zdawał sobie z tego sprawy, to i tak był w nim jakiś dziwny niepokój. Musiał się wydostać z tej otchłani. Nie może dłużej tutaj być. Dlaczego? Tego nie wiedział. Czuł, że nie może tutaj dłużej zostać, w przeciwnym razie nigdy się na to nie zdecyduje. Tylko jak to zrobić. Skoncentrował się na chwile, a przed jego oczami pojawił się dziwny, brązowy kolor. Mimowolnie przypomniał sobie Granger. Właśnie, przez tą przeklętą szlame ma teraz kłopoty. Ale czy nie sam się w nie wpakował? Przecież wiedział, co go czeka za spoufalanie się z osobami, które nie mają czystej krwi. Z drugiej strony to nic nie daje… Na przykład on. Posiada czystą krew, ma wykupiony respekt oraz szacunek, a jest traktowany jak nie jeden skrzat domowy. Piepszyć to wszystko. Chciał znowu spokojnie zaspać, znów poczuć tą idealną ciszę. Jednak cały czas myślał o tym, że musi zabić tę dziewczynę.

Hermiona od godziny stała pod ścianą, bijąc się z myślami. Leżał tam, podpięty pod te ogromne maszyny. Chyba jest mu to winna? Ale moment „winna”? Niby, dlaczego. A jednak się przełamała. Nieśmiało weszła do pomieszczenia i stanęła w progu. Bała się, że on jednak za chwilę otworzy oczy i uśmiechnie się w ten swój perfidny sposób, a ona będzie musiała się tłumaczyć. Stała tam powoli uspokajając rozdygotane serce i wmawiając sobie, że nic takiego się nie stanie. Przecież on jest nie przytomny. Podeszła do łóżka. Czyżby miała stracić następną osobę? Doskonale pamiętała jak niespełna kilka miesięcy temu była tutaj, żegnając się z ojcem. Usiadła na krześle i przyglądała się młodemu miliarderowi. Niezdrowo blada twarz i te blond włosy. Uświadomiła sobie jak bardzo brakuje jej tego ironicznego spojrzenia. Nachyliła się i lekko odgarnęła włosy z jego czoła. Nie mogła się powstrzymać by nie dotknąć jego policzka. Był zimny. Oczy zaszkliły jej się delikatnie. Pogładziła go po twarzy.

Draco z ulgą stwierdził, że jednak żyje i nie musi się wydostawać z żadnego fanaberyjnego świata. Usłyszał, ze ktoś wchodzi do jego sali. Nie otwierał oczu, gość nie kwapił się do pogawędki, w wyniku, czego Malfoy słyszał miarowe pikanie maszyny, która wyręczała go za utrzymywania miarowego oddychania. Zdziwił się, gdy na policzku poczuł ciepłą dłoń.
Po chwili otworzył oczy i nie wierzył w to, co widzi. Na krześle siedziała Granger. Miała spuszczoną głowę. Draco już chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna go wyprzedziła. Nadal nie podnosiła głowy, wiec spokojnie mógł się jej przyglądać:
- Nie wiem, co się ze mną dzieje. Myślałam, ze cię nienawidzę, a teraz widzę cię na tym łóżku nieprzytomnego i czuję się winna. Boje się na ciebie spojrzeć. Boje się, że gdy otworzysz oczy zobaczę w nich złość i smutek. Sama się sobie dziwię, ale brakuje mi ciebie. Tego zakochanego w sobie arystokratę od siedmiu boleści. Draco proszę cię nie możesz mnie teraz zostawić. Nawet gdybyś miał tu i teraz wstać i wyzywać mnie od najgorszych, czułabym się lepiej niż teraz. A najgorsza jest świadomość, ze doskonale wiem, że nie będę ci w stanie tego powiedzieć, gdy będziesz mógł mnie słuchać.- Szeptała tak cicho, ze chłopak miał spore trudności ze zrozumieniem tej wypowiedzi. Jednak nawet jak już usłyszał to i tak wszystko docierało do niego w zwolnionym tempie. Sam do siebie się uśmiechnął. Przecież nie może zmarnować TAKIEJ okazji…
Po jej policzkach spływały łzy. Sama się sobie dziwiła, ze ostatnio jest taka słaba. Kiedyś, żeby zmusić ją do płaczu potrzebowali kilo cebuli, a teraz? Jest gotowa się rozpłakać przy pierwszym lepszym łzawym filmie romantycznym.
- Wiesz Granger, nie jestem w stanie teraz wstać i cię wyzywać, ale obiecuje, ze, gdy tylko mi się poprawi nadrobię zaległości. A i wiesz…- szepnął konspiracyjnie- mnie nie tak się łatwo pozbyć. Swego diabły tak szybko nie wezmą. No i wiesz Zabini ma tam wpływy.
Hermiona zrobiła się blada i podniosła głowę. Zobaczyła uśmiechniętego Malfoy’a, który lekko mrużył oczy. Widać było, że ta wypowiedz dużo go kosztowała, ale nie stracił na uroku. Dziewczyna mimowolnie się uśmiechnęła na te słowa.
- Ja już pójdę, przepraszam, ze cię obudziłam.
- Nie, nie, nie. Teraz to ty grzecznie ze mną zostaniesz i ładnie się wytłumaczysz- Draco czuł się niesamowicie dobrze. Patrzył jak dziewczyna się rumieni. A po chwili usłyszał w głowie słowa Rookwood’a. „I tak będziesz musiał ją zabić, normalnie …aż nie mogę się doczekać. Jej mina będzie bezcenna”. Zignorował gadkę śmierciożercy i dalej przyglądał się dziewczynie- No i jak Granger? Podobno za mną tęskniłaś, ale wiesz musisz poczekać, aż dojdę do siebie, bo w przeciwnym razie nie pociągnę zbyt długo- Uśmiechnął się jeszcze szerzej do dziewczyny, z radością obserwując jej ogromne czerwone rumieńce.
- Ty, ty… Jak tak możesz?!- Hermiona oburzyła się słowami chłopaka. Ona się o niego martwiła. Wylewała łzy, a on? Przeklęty arystokrata!
- Ale słoneczko, ty moje. Nie denerwuj się, bo to szkodzi… I mogę, co? Bo nie zrozumiałem z kontekstu …
- Jak widać rozumienie idzie ci bardzo opornie…-warknęła do niego, odwracając głowę.
- I dziwisz mi się? To tylko i wyłącznie twoja wina…- Roześmiał się na głos patrząc jej w oczy.- Rozpraszasz mnie Granger…
-Malfoy, poprzestawiało ci się coś? Może się w głowę uderzyłeś, albo po prostu leki źle na ciebie działają.
- Wszystko ze mną w porządku. Granger, kiedy jest pierwsza rozprawa mojego ojca?- Zapytał już poważniej.
- Jeszcze nie ustaliłam terminu. Malfoy, kto ci to zrobił? Wiem, ze nie powinnam pytać, ale…- I co ona ma mu teraz powiedzieć? Że go kocha? Że się martwi? Przecież to jakiś absurd. Hermiona wstała z krzesła i podeszła do okna. Widok był śliczny, piękne labirynty przyozdabiane goździkami. Zauważyła na parkingu jakąś parę. Mężczyzna mocno trzymał kobietę, która mocno gestykulując rękami krzyczała na niego. Chłopak w ogóle się tym nie przejął i pocałował ją. Ruda osóbka się uspokoiła. Dopiero zdała sobie sprawę, że to Gin z Diabłem. Uśmiechnęła się sama do siebie. Strasznie im zazdrościła. Są razem, mimo wszystko kochają się i za niedługo na świat przyjdzie ich córeczka. Tak, Ginevra Weasley miała urodzić córeczkę i to już za niecałe 6 miesięcy. Powoli odwróciła się do chłopaka. Patrzył na nią, jak zwykle z jego oczu nie dało się nic odczytać.
- Granger uwierz jesteś ostatnią osobą, której mam zamiar się tłumaczyć. Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz. Prawdopodobnie ze szpitala wyjdę za tydzień. Wtedy ustalimy termin rozprawy. A teraz możesz już iść.
Nie wierzyła w to, co usłyszała. On ją po prostu wygania. A ona głupia wierzyła, ze coś jednak dla niego znaczy. Nie mógł zobaczyć jej łez spływających po twarzy. Nie mógł usłyszeć cichutkiego szlochu. Nie mógł poczuć ogromnego bólu, który jej zadał.

Został sam w pustej sali. Musiał się bardziej pilnować. Musi sprawić by znienawidziła go tak, jak jeszcze nigdy. Tak będzie lepiej, łatwiej dla wszystkich. Jak on ma ją zabić, skoro coś do niej czuje? W tej chwili czuł się jak najgorsze ścierwo. W sercu panowała pustka, która wsysała wszystkie zmysły. Nie radził sobie już z niczym. Parametry chłopaka zaczęły niebezpiecznie spadać. Do sali przybiegło kilka pielęgniarek. Po chwili sytuacja była już pod kontrolą. Stan pacjenta stabilny.

Wyszła ze szpitala. Poczuła się zmęczona. Komórka w jej kieszeni zaczęła niebezpiecznie wibrować. Wyjęła telefon i popatrzyła na wyświetlacz. „Zastrzeżony”. Zmarszczyła lekko noc i odebrała:
- Hermiona Granger, Kierownik Działu Departamenckiego Zabójstwa I Niewyjaśnionych Okoliczności, słucham?- Postarała się o najbardziej służbowy ton, na jaki było ją stać.
- Dzień Dobry panno Granger. Z tej strony Stephen Bern. Czy mógłbym z panią porozmawiać? Chciałbym niezwłocznie się z panną spotkać.
- Jeśli sprawa jest na tyle poważna najwcześniej za 20 minut. Może być?
- Tak oczywiście. Zapraszam do mnie. Town Street 34f. Czekam na pannę.
I po jej wypoczynku…
Droga, ponura dzielnica nie wyróżniała się spośród wielu innych. Hermiona zaparkowała auto przed olbrzymim zamkiem. Misternie rzeźbione ogrodzenie było zabezpieczone różnymi zaklęciami, o których dziewczyna nie miała zielonego pojęcia. Podeszła ostrożnie do furtki, która sama się otworzyła. Niepewnie przeszła przez bramkę rozglądając się dookoła. Widok przypominał scenę rodem filmu Brama Stokera „Dracula”. Połamane gałęzie opierały się o ogrodzenie. Trawa była szara, z resztą jak wszystkie inne rośliny. W progu drzwi stanął pan Bern. Z ciekawością przyglądał się kobiecie. Zdawał sobie sprawę z tego, ze to, co widzi wprawia ją w zaskoczenie. Tak jak resztę jego przypadkowych gości. Lekko pomachał jej na znak, że na nią czeka. Granger szybko ogarnęła swoje myśli i ruszyła w stronę wejścia do domu.
- Witam panno Granger. Widzę, że nie jest pani zachwycona dekoracją.- Tutaj uśmiechnął się zapraszając Hermionę do środka.
- Dzień Dobry panie Bern. Jeśli chodzi o wystrój dosyć ponury. Chciał się pan ze mną widzieć?
- Tak, rzeczywiście. Zapraszam do salonu. Zaraz wszystko wyjaśnię. Czego sobie pani życzy do picia? Kawy, herbaty czy może jakieś napoje procentowe?
- Wystarczy herbata…- Hermiona uśmiechnęła się delikatnie do Berna i rozsiadła się w pokoju gościnnym. Po chwili do pomieszczenia wszedł Stephen niosący tacę z filiżankami i talerzykiem ciastek.
- Proszę się częstować.- Bern zauważył jak panna Granger rozgląda się po pokoju. Uśmiechnął się szczerze. Pierwszy raz od dawna.- Dekoracja nie jest zachwycająca. Zdaje sobie z tego sprawę. Jednak, na co stać starego wdowca?
- Panie Bern, do rzeczy. Po co się chciał pan ze mną spotkać?
- Hmm, widzi pani, panno Granger… Chciałem się z panią spotkać w sprawie rozprawy pana Lucjusza Malfoy’a. Czy zna pani przysłowie mówiące, że trzeba się naprawdę bardzo mocno przypatrzeć, by ujrzeć, że jest więcej niż jeden odcień czerni?
- Co chce pan przez to powiedzieć?- Hermiona choć była inteligentną kobietą to nie zrozumiała ani słowa. Odcienie czarnego? Nie… Coś musi być nie tak.
- Jak pani to rozumie, panno Granger?
- Odcienie czerni… Nie istnieje coś takiego. Może chodzi o paradoks powiedzenia. Bo jest to tak, jakby powiedziałby pan o odcieniach bieli. Chyba, ze chodzi o szarość…- Hermiona zastanawiała się na głos. Bern był szczerze zaskoczony taka dedukcją sprawy.  
- Ciekawe wnioski panno Granger jednak mylne. Załóżmy, że jest dobro i zło. Biel przypasujemy do dobra, zatem złu dostanie się czerń. Tymi złymi w naszej sprawie są państwo Gray, tymi zasłużonymi państwo Malfoy, pani i ja. Ale co jeśli ludzie ze strony ciemnej należą do niej z woli przymuszonej.- Starzec upił łyk grzańca obserwując reakcje kobiety. Był ciekawy jej reakcji.
- Chce pan mi powiedzieć, że ktoś z rodziny Gray’ow jest szantażowany?- Szok jaki teraz pojawił się na jej twarzy rozbawił starego adwokata.
- Owszem, mowa teraz o Rosalie Karonii Gray, żony Karolda. Moje jakże zaufane źródła donoszą, ze kobieta jest zastraszana przez męża. Gdyby jednak się przełamała i z nami porozmawiała, całą sprawę byśmy rozwiązali od tak. Jednak bez jej informacji, zaczynamy od zera. Nie oszukujmy się panno Granger, te wiadomości które leżą w pani posiadaniu nie umożliwiają posunięcia się dalej. Nie ma punktu zwrotnego ani zaczepnego, którym moglibyśmy się wspomóc. Możemy snuć domysły na temat tego, co się tak naprawdę stało. Ale i ja i pani wiemy doskonale że w naszym fachu fakt bez poparcia dowodami…
- To nie fakt.- Dokończyła cicho dziewczyna. Choć nie chciała, to musiała przyznać rację Bern’owi. Dopiła resztę herbaty i popatrzyła na Stephena Berna.- Czyli chciał mi pan uświadomić, że pomimo tego ile informacji nagromadziłam to i tak są one w 90% zbędne?
- Powiedzmy może delikatniej. Nie są niezbędne do wygrania sprawy. Muszę panią ostrzec, że Karold Gray to trudny zawodnik. Wygrałem tę wojnę z nim. Wtedy na Sali. I zapłaciłem za to najdroższą mi cenę. Dlatego teraz jestem wdowcem. Uważaj moja droga, bo i ciebie może to czekać.
- Niech się pan o mnie nie martwi dam sobie radę, a teraz jeśli pan pozwoli pójdę już.
-Ależ oczywiście. Odprowadzę panią.- Hermiona szybko się ubrała i żegnając się z właścicielem dworku, pośpiesznie opuściła posiadłość   

Nie czuła się najlepiej. Cały czas myślała nad tym, co powiedział jej stary wdowiec. Jest tylko jedno wyjście. Musi się spotkać z żoną Graya’a. Gdy tylko dojechała do domu, wzięła się za pisanie listu.

Rosalie Gray
Witam, może mnie pani nie pamiętać. Jednak bardzo chciałabym się z panią spotkać. Jeśli chodzi o termin, to zależy od pani. Byłabym wdzięczna, gdyby nasze spotkanie odbyło się w tajemnicy. To nic poważnego. Chyba nie ma sensu powiadamiać osób trzecich, które mogą okazać się niepowołane.
Z niecierpliwością czekam na odpowiedź
Hermiona Granger.

Teraz zostało jej już tylko czekać na odpowiedź. A co jeśli jednak się nie zgodzi? No nic, będzie się martwiła wtedy, kiedy już wszystko będzie jasne. Spojrzała na zegarek 18.45. Może tak by jeszcze odwiedziła, Malfoy’a? Nie no chyba ją pogrzało. Nie, nie pójdzie do niego. Nie po tym jak ją potraktował. On ją wyrzuca ze sali, a ona? Martwi się o niego! Nie odwiedzi go teraz, bo jest późno. Musi się jeszcze wykąpać, bo miło byłoby pokazać się w pracy! No, więc nie odwiedzi Malfoy’a. Hmm, zrobię to jutro rano.-Pomyślała. I zaspała z uśmiechem na twarzy.

poniedziałek, 18 marca 2013

Kartka wyrwana z pamiętnika Draco Malfoya (Mały Bonusik)



Przygotowałam krótki bonus. Raczej nie zalicz się to pod rozdział opowiadania, ale nie mogłam się powstrzymać, by go tu nie dawać. Moim hobby jest pisanie tego typu rymowanek i jakąś tak. Miłego czytania.


 

 

Czarny zeszyt, który był chowany, co noc. Mieszkał pod poduszką. Skrywał wszystkie mroczne tajemnice pewnego arystokraty. Jedyny przyjaciel, który potrafi słuchać, który nie przerywa i pozwala wepchać w siebie całą złość. Pierwsza strona była skrajnie przypalana, a staranny napis głosił:

 

Jestem aniołem ciemności

Tylko pustka u mnie gości

Ciemność i strach przepełnia życie

Nie czuje, nie kocham, nie wiem, czym jest serca bicie

Tylko gorzka łza…

Czy to naprawdę ja?

Gniew i smutek nie znika

Pojawia się lekka panika

Niczym cień odejść nie chce

Choć proszę nie słyszy mnie

Nadal w cieniu się kryje

Wśród gołych drzew wiatr wyje

Nie mam ciepła, które mógłbym dać

Serce zastygłe- tylko na tyle mnie stać

Żyły zimne, krew w nich nie płynie

W bezdennej głębinie

Chłód ode mnie bije

Bo jestem aniołem ciemności, gdzie każdego dnia umieram i żyje

 

Kilka stron zapisanych ciemnym atramentem. Tak nie wiele. A jednak to pomagało młodemu człowiekowi uporządkować życie. Nikt o tym nie wiedział. Jedna z tajemnic, które Draco starannie ukrywał. Pisał o północy, gdy wszyscy już spali. Wtedy miał pewność, ze nikt mu nie przerwie. Auror i śmierciożerca w jednym. To tak jakby w jednym ciele złączyć anioła i szatana. Ostatnio powstał wpis, który… No właśnie jak do określić? A może spróbujecie sami. Sam Malfoy nie potrafił znaleźć słów na tytuł tego wiersza, więc został on bez nazwy:

 

Narodzony z dwóch światów

Niepasujący do planów i schematów

Z miłości i nienawiści

Z wojny i pokoju, który się nie ziści

Żyje wśród ludzi, choć do nich nie pasuje

Nie je, bo cierpieniem głoduje

Anioł światła, który podpisał umowę z diabłem

Śmierć nazywana życia paktem

Próbuje uwolnić się spod władzy pana swojego

Nie znając nawet imienia jego

Kazano mu zabijać, torturować

I robił to, by złość wyładować

Zabiera życie, w nic nie wierzy

Zdaje sobie sprawę

Że odejść musi

Prędzej czy później ktoś go do tego zmusi

Wiedział, że świat weryfikuje

Lecz go nie przyjmuje

Bo on się wyróżnia

Po śmierci innych czeka niebo, jego próżnia

Jego ostatnia misja śmierć zbawieniem duszy

To nie koniec, przecież i tak dalej ruszy

I nawet, jeśli wszyscy będą go mieli za nic

Dla śmierciożercy nie ma granic

Zabił kuzynki ojca i matkę

Patrzył jak jego pan zabija przyjaciela żonę i babkę

Jego czas już się skończył

Podpisał na siebie wyrok, cierpliwość wykończył

Patrzył jak jego ciało się rozpada

Oczy nie patrzą na Armagedon, duszę ogarnia zagłada

To upadek anioła, który nie powstał

On zawsze tam gdzie początek został

Po chwili wszystko znika

Zostaje człowiek i czysta krytyka

Nie ma anioła. Odszedł, ale wróci

Męki człowiek skróci

A teraz on jest sam bez pomocy

Ten, który odszedł za diabła mocy

Każe mu się poddać

Dusze Czarnemu Panu oddać

Bo to jego przeznaczenie

Kolejne tchnienie

Kolejna misja- tym razem porwanie

Norma, czyli gwałt, informacje zabijanie

Czyli zwykła codzienność

Dla innych świętość

Dla niego przekleństwo

Lub śmierci niebezpieczeństwo

Czyli życie upadłego anioła

Ale on wie, że tym razem też przeżyć zdoła

Dlaczego? Bo jego rodzina

By się ratować poświecili syna.

 

Ostatni wpis w czarnym zeszycie. Pamiętnik człowieka, który nie wie, co zrobić ze swoim życiem. Początek i koniec. Czerń i biel. Dobro i zło. Same przeciwieństwa w jednym człowieku. Życie rozstraja, go na części. Ale w dalszym ciągu w jednym ciele. O jednym charakterze. W jednej osobie.


      

wtorek, 12 marca 2013

14. Nie broniła się. Nie walczyła. Przecież i tak wiedziała, ze nie ma, o co.



Przepraszam za tak długą nie obecność, ale nauczyciele wręcz się znęcają nade mną, zadając tyle zadania, że nie wyrabiam. Wiem, że na pewien sposób to nie jest żadne tłumaczenie, więc jeszcze raz przepraszam i obiecuję poprawę.
Zapraszam do czytania i komentowania. Ostatnio nawet wyłączyłam weryfikację może kogoś to zachęci :).

 Najbardziej bolesnym znakiem zainteresowania jest ignorancja. Draco nie potrafił dłużej siedzieć w jednym pokoju z Granger. Nie wiedział, co mu jest, ale miał ochotę krzyczeć, płakać i wściekać się na wszystkich dookoła. Co się stało z tym nieczułym i zimnym arystokratą, którym do niedawna był? A teraz? Czuł jakby ziemia usuwała mu się spod nóg. Na początku chciał się zabawić. Lodowa dziewica w postaci byłej gryfonki to imponujące wyzwanie. Bawiło go to, jak się denerwowała lub próbowała udawać, ze wszystko ma pod kontrolą. Przynosiło mu to dużo frajdy. Czuł się wtedy jak dziecko. Bez zobowiązań, bez zmartwień. Pokiwał ze zrezygnowaniem głową. Nie doceniał tego, co przeleciało mu przez palce. Od ponad godziny siedział w swoim pokoju. Od kiedy ta szlama, weszła do jego domu nie miał odwagi zejść na dół. Przecież to jakiś absurd! Okrążył parę razy pokój i wyszedł na balkon. Rozejrzał się po estetycznym ogrodzie. Jego mama kochała ogrodnictwo. Miała mało spotykany talent. Wzniósł głowę do góry. Przyjrzał się niebu. Było lekko zachmurzone. Ten kolor przypominał mu kolor oczu jego ojca. Zimne i władcze. Gdyby to on dostał zadanie, w którym miałby zabić Granger, jutro odbywałby się jej pogrzeb. Byłoby tak z każdym człowiekiem, którego by miał się pozbyć. Nawet, gdy byłaby to Narcyza czy on. Zaobserwował mały punkt na niebie. Melancholijnie zbliżał się do jego balkonu. Czyżby kolejna sowa? Pomykałówka usiadła na balkonie i wpatrywała się w chłopaka. Była identyczna jak ta, która przyleciała do nie go wtedy. Wtedy, gdy dowiedział się, ze ma zabić. Wciągnął głośno powietrze. Słyszał jak Granger coś zawzięcie tłumaczy jego ojcu. Odwiązał liścik od zwierzątka i nakarmił ją. Sowa nie czekała na odpowiedź, co Draco odebrał z ulgą. Wrócił do pokoju.  Ciekawe, co teraz ma zrobić.
Stał się kimś, kim nie chciał nigdy być. Doskonale pamiętał jak jeszcze w Hogwarcie wyśmiewał się z popleczników Voldemorta. Kpił z tego, w jaki sposób Riddle ich traktuje, jak ich ustawia, a teraz to on był w takiej sytuacji. Był pionkiem, który w każdej chwili może zejść z planszy. Położył się na łóżku, wpatrując się w sufit. Po chwili wziął do ręki zwitek papieru. Odkleił czarny wosk. A może lepiej byłoby, nie otwierać tego listu? Przecież zawsze mógłby powiedzieć, ze sowa nie doleciała. Chyba nie był przygotowany na następne rewelacje.

Draco!
Jestem ciekawy jak ci idzie wypełnianie zadania. No nie powiem zaimponowałeś mi swoją odpowiedzią. Czyli oznacza to, ż e jeszcze nie popsułeś się do końca. Widzisz mam dla Ciebie coś na rozgrzewkę. Znasz Ann Aster? Jest sekretarką Twojej szlamy. Ona działa mi na nerwy, dlatego ją zabijesz. Nie wiem jak, nie wiem gdzie. Zostawiam ci pole do popisu. Nie zawiedź mnie Draco. Pamiętaj, ze nie ma ludzi niezastąpionych. Ty możesz być kolejny. A szkoda byłoby tak zdolnego chłopaka.
Rookwood.
Wyrzucił list do kominka i zaczekał aż spłonie, nie potrzebował kłopotów. Sięgnął po kurtkę i zszedł na dół. Granger jeszcze sobie na poszła. Może i lepiej:
- Wychodzę, biorę motor, nie wiem, kiedy wrócę. Nie czekajcie z kolacją.- I już go nie było. Wyszedł trzaskając drzwiami. Narcyza z zaniepokojeniem patrzyła na syna. Bardzo chciała mu pomóc, ale nie potrafiła.
Granger jeszcze przez chwile patrzyła na drzwi, za którymi zniknął chłopak. Po chwili jednak wróciła do tłumaczenia Malfoy’owi Seniorowi przebieg sprawy i ewentualne okoliczności zwrotne.
Do domu wróciła około godziny 21.15. Była wykończona, Lucjusz Malfoy kompletnie nie orientował się w specjalizacji spraw sądowych. Było to jak żmudne tłumaczenie dorosłemu człowiekowi, na czym polegają eliksiry… Powędrowała do swojej sypialni i zamknęła oczy. Poczuła jak każdy mięsień zaczyna się buntować przeciwko niej. Z błogiego stanu wyrwał ją dźwięk komórki. Sięgnęła po irytujący przedmiot i odebrała:
- Harry, oby to było coś ważnego… Cały ranek byłam w ministerstwie.
- Ann Aster twoja sekretarka jest nie przytomna, ale żyje. Ktoś ją zaatakował, nie wiemy, czym i nie wiemy, kto. Dasz rady przyjechać?
Nie odpowiedziała. Jej mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach. Kto to mógł być? Ann była niską blondynką o wielkich śmiejących się oczach. W nikim nie miała wroga. Była samotna z wyboru i każdą wolna chwilę poświęcała pracy. Przez myśl przebiegł jej wychodzący Malfoy, dzisiaj po południu. Jednak nie, przecież brał udział w misjach, chronił rodziny nieposiadające zdolności magicznych oraz był szpiegiem w gronie śmierciożerców. Hermiona w natychmiastowym tempie znalazła pod budynkiem ministerstwa. Nie rejestrując się przy ladzie pobiegła do windy. Przed wejściem do jej gabinetu stało paru aurorów. Wszystko było na swoim miejscu. Gdy weszła do pokoiku sekretarki, panował tam porządek. Papiery były położone w rogu biurka. Sejf nietknięty, nie był nawet zarysowany. Na środku leżała Ann, koło niej kucał Harry, a Ron rozmawiał przez telefon mocno akcentując każde wypowiedziane zdanie. Hermiona przystała przy wejściu i wpatrywała się w rudowłosego mężczyznę. Tyle bólu jej sprawił, a przecież był jej przyjacielem. Poczuła się słabo, jakby jakaś niewyjaśniona siła podcięła jej nogi. Oparła się o framugę drzwi głębiej oddychając. Kochała go, ale on nie rozumiał jej miłości. Prawda była taka, ze dziewczyna nigdy nie myślała o Ronie, jako o partnerze życiowym. Potrzebowała jego bliskości, ale jako brata i nikogo więcej. Harry podniósł lekko głowę do góry i zauważył Hermionę. Z daleka było widać, że jest zmieszana. Potter dał jej znak, by podeszła bliżej niego.
- Wezwałem pogotowie. Nic z tego nie rozumiem.- Złoty Chłopiec ściągnął okulary i potarł skronie ręką.- Nie ma śladów walki. Nawet nie wiem, jakie to było zaklęcie, rozumiesz? Ja szef departamentu tajemnic nie potrafię rozpoznać rzuconego zaklęcia.- Harry przeklął głośno i wyszedł, by porozmawiać z Aurorami. Hermiona usłyszała sygnał pogotowia. Odwróciła się w stronę drzwi, gdzie funkcjonariusze pomocy Munga rozkładali nosze. Nagle w drzwiach zobaczyła Ginny. Podeszła do rudej, która teraz rozmawiała z Harry’m spisując coś na kartkach.
- Hej Gin…- Najmłodsza latorośl państwa Weasley’ów odwróciła się do rozmówcy i o mało nie krzyknęła.
- Hermiono, jak ty wyglądasz?! Tobie to już nawet korekta nie pomoże…
- Też cię miło widzieć. Ja się czuje dobrze nie musisz pytać.- Warknęła Granger lekko się krzywiąc.- Mogę jechać do szpitala?
- Na przegląd? Bardzo chętnie cię wezmę.
- Nie chodzi mi o żaden przegląd! Ann jest moją sekretarką, interesuje mnie zdrowie moich pracowników.
- No dobrze już dobrze. Pojedziesz ze mną tylko już przestań.
Po piętnastu minutach byli już na miejscu. Ann Aster została podpięta do respiratorów, które wspomagały i mierzyły parametry życiowe. Ginny namówiła przyjaciółkę na kawę. Już miały schodzić na dół do małej kawiarenki szpitalnej, gdy trzech lekarzy wbiegło na korytarz, pchając noszę. Jeden w natychmiastowym tempie wręczył Gin papiery i wyrecytował:
- Draco Malfoy. Lat 23. Pod mocnym działaniem zaklęć niewybaczalnych. Stan pacjenta krytyczny.- Weasley jeszcze raz przeglądnęła papiery i ruszyła z resztą lekarzy.
Została sama. Na środku szpitalnego korytarza. Czuła jak grunt usuwa się jej spod nóg. Przecież to nie możliwe. To nie może być ten sam wkurzający, wiecznie zakochany w sobie arystokrata. Nie, to nie może być on. Osunęła się po ścianie w dół. Dlaczego wszystko, na czym jej zależało nagle się rozpada? Przypomniała sobie słowa mamy.

„ Dziesięcioletnia dziewczynka siedziała u mamy na kolanach. Było już późno i chłodno. Ale im to nie przeszkadzało. Obydwie siedziały na dużej huśtawce, wtulone w siebie. Po chwili mała dziewczynka podniosła głowę, bo spojrzeć na swój autorytet i zadać to pytanie, które ostatnio najczęściej zaprzątało jej główkę.
- Mamusiu, dlaczego czasami jest tak, że wszystko nam się psuje. Choćby tata. On jest dobrym tatusiem. Nie zasługuje na to, by teraz leżeć w szpitalu. Cierpieć powinni ci źli ludzie. A nie mój tatuś.- Dziecko spuściło wzrok na swoje kolana, jakby zawstydzone swoim pytaniem. Rodzicielka popatrzyła na córkę i uśmiechnęła się blado.
- Kochanie, pamiętaj jedno za każde cierpienie jest jakaś nagroda. Tatuś musi cierpieć, bo ktoś na górze tak mu zaplanował życie. Jednak ma swoją nagrodę. Ty nią jesteś i nic tego nie zmieni. Tatuś za niedługo do na wróci i będzie znowu uśmiechnięty. Ale tylko wtedy, gdy ty się do niego uśmiechniesz.”

Po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. Nie dawała sobie już z tym wszystkim rady. A najgorsza była świadomość, ze na nią nie czekała żadna nagroda. Nie miała rodziny. Nie miała niczego prócz firmy, ale nawet to ktoś próbuje jej odebrać.
- Proszę pani, czy wszystko w porządku?- Do Hermiony podszedł, magomedyk.
- Tak, wszystko dobrze.- Powiedziała drżącym głosem. Lekarz przyjrzał się podejrzliwie dziewczynie i wyciągnął do niej rękę.
- Proszę za mną.
Nie broniła się. Nie walczyła. Przecież i tak wiedziała, ze nie ma, o co.


Pół godziny wcześniej na obrzeżach Londynu.
- Przyszedłeś Draconie. Cały czas mi imponujesz. Jednak czeka cię kara. Nie zabiłeś jej. Pytam, dlaczego.- Malfoy podniósł głowę do góry i spojrzał, na Rookwood’a z kpiącym uśmieszkiem na twarzy.
- Widocznie zaklęcie nie zadziałało.- Powiedział ironicznie gasząc papierosa.
- Doprawdy? Crucio!- Blondyn upadł na podłogę wijąc się z bólu.- O popatrz to działa, ale skoro uważasz inaczej to wypróbujemy wszystkie.
Po godzinie Rookwood podszedł do chłopaka.
- Hmm, zabiłbym cię, ale jeśli po godzinie twoje tętno jest w miarę dobre to możesz się jeszcze przydać.- Powiedział do Malfoy’a, gasząc na jego ramieniu papierosa.- Glizdogon!- Do Sali wbiegł niski, gruby skrzat, głośno sapiąc.
- Tak panie?- Spytał nisko się schylając.
- Wyrzuć go gdzieś w widoczne miejsce. Może być na Nokturna, jeśli się ktoś nad nim zlituje, przeżyje. JUŻ!
-Tak panie.- Schylił się nisko i odszedł, lewitując ze sobą ciało.