niedziela, 23 czerwca 2013

21.Death is not the only way even the worst situation.



    Hermiona właśnie wychodziła z biura. Było już późno i zimno. Zaczął padać silny deszcz. Z trudem rozłożyła parasolkę i ruszyła w kierunku ciemnej uliczki, gdzie spokojnie mogłaby się aportować. Gdy podnosiła różdżkę, by wypowiedzieć inkantacje ona wyleciała jej z ręki. Odwróciła się w stronę napastnika i wydała z siebie cichy okrzyk. Nie mogła liczyć na pomoc. Strach potęgowała dzika furia w oczach mężczyzny…

- Witaj Granger…- Dziewczyna wzrokiem szukała swojej różdżki, lecz na próżno. Zaczęła cofać się, mając cichą nadzieję, że może jakimś cudem uda jej się uciec. Plany pokrzyżowała jej ściana mająca około 6 metrów. Mężczyzna zaczął podchodzić do Hermiony dziwnie się jej przyglądając. Po chwili wybuchnął paranoicznym śmiechem i zaczął obracać w placach różdżkę, należącą do Granger.- Strach to jedyna ludzka zaleta. Wtedy człowiek traci zmysły i zdrowy rozsądek, czyż nie panno Granger? Dlaczego się mnie boisz? Przecież chciałem tylko porozmawiać..- Zapytał nie spuszczając z niej wzroku. Hermiona nie odezwała się ani słowem, próbując na chłodno przeanalizować sytuacje. Przerwał jej krzyk mężczyzny.- Kiedy pytam, żądam odpowiedzi! Jasne?!- Kiwnęła potwierdzająco głową.- Czyli dlaczego się mnie boisz?- Hermiona zebrała w sobie resztki odwagi, podniosła głowę i spojrzała na napastnika.

- Nie boje się ciebie…- Głos drżał jej i sama przeklinała wszystkie bóstwa za niepewność w swoim głosie. W zaułku rozniósł się histeryczny śmiech psychopaty.

-Szlamy nigdy nie były i nie będą inteligentne… Jesteś najbardziej znaną szlamą w całej Anglii. Powiedz mi, jak to możliwe.. Przecież już dawno powinnaś gryźć ziemię.- Westchnął ciężko i pokręcił głową na wznak ogólnego życiowego niepowodzenia. Po chwili uniósł głowę i spojrzał na przerażoną kobietę. W jego oczach zagościły szaleńcze iskry, a na twarz wkradł się przebiegły uśmiech.- A ładnie krzyczysz?- Hermiona patrzyła przez chwilę zdezorientowana na mężczyznę, ten widząc to uśmiechnął się jeszcze szerzej.- Crucio…- Przez jej ciało przeszła fala bólu. Krzyk przedarł się przez huczący wiatr. Upadła na ziemie, wijąc się i rzucając w spazmach niewyobrażalnego, palącego bólu. Spojrzał na nią z góry nie przerywając zaklęcia. Pokiwał głowa z uznaniem i po chwili zastanowienia rzucił następne zaklęcie.- Sectumsempra...- syknął, a po chwili na ciele kobiety pojawiły się krwawe rany z których płynęła krew. Ostatkami sił próbowała się podnieść, ale bez skutku. Włosy zlepione błotem i krwią, oczy, które wręcz błagały o litość. Jej determinacja pękła jak bańka mydlana, nadzieja uciekła, zgwałcona i poniżona. Odwaga oddała pokłon lękowi, a umysłem zawładnął szatan. Po policzkach spływały łzy bezradności i niesamowitego cierpienia. Deszcz przebrał na sile, a wiatr coraz mocniej wiał, próbując przypomnieć o swojej mocy. Nad zaułkiem, niebo rozdarła błyskawica, a grzmot przerwał ciszę. Ostatnie, co usłyszała to psychopatyczny śmiech. Nagle ból ustał, a mężczyzna zniknął wraz z resztą rzeczywistości.

~*~

    Wiele ludzi twierdzi, że topienie smutków w napojach procentowych to nie jest dobre wyjście. Jednakże istnieje pewna grupa zwolenników alkoholi, które notabene pomagają zapomnieć o tym, o czym nie chcemy pamiętać lub pozwalają rozluźnić się i wygonić na urlop szare komórki. Pewien blondyn stwierdził, że butelka podobnego napoju nie zaszkodzi. Po jednej dołączyła kolejna i następna, że w końcu przestał liczyć. Po godzinie lub dwóch ów chłopak nie wiedział czy to czwarta czy czterdziesta czwarta butelka „zbawiennego” płynu.
   
    Słońce nieśmiało zaglądało do okna szarookiego mężczyzny. Co prawda był grudzień, lecz śniegu można było się dopatrzeć naprawdę w mikroskopijnych ilościach. W Anglii takie anomalia pogodowe to nic dziwnego. Przez cały rok mieszkańców tego kraju nawiedzały deszcze, więc dlaczego teraz miałoby się to zmienić? Po chwili do okna zapukał śliczny, brązowy puchacz. Draco nawet nie drgnął. Uparte słoneczko oburzone zachowaniem arystokraty przebrało na sile i z całą swoją mocą uderzyło w okno Malfoy’a. Po sypialni chłopaka rozniosły się różnorodne epitety, nienadające się do druku. W stronę sowy poleciała poduszka, lecz to nie zachęciło ptaka do odlotu. Po 20 minutach Draco zmotywował się do wstania z łóżka. Ociężałe powieki ważyły zdecydowanie za dużo, a ból głowy zaćmiewał bodźce, które miały trafiać do mózgu. Powoli doczłapał do łazienki. Z trudem odnalazł błękitny płyn. Odkorkował buteleczkę i pochłonął całą zawartość. Skutki zażytego „lekarstwa” odczuł po kilku minutach. Powędrował do sypialni, by sprawdzić korespondencję i prawie się zadławił powietrzem, gdy zauważył, że ptak przyniósł mu Proroka Codziennego. Bez namysłu złapał różdżki i aportował się do domu Granger. Nawet nie czytał tej gazety…, Dlaczego? Sam dokładnie nie wiedział… Może to przez strach, który gdzieś się tam czaił. Albo przez niepewność, która wzrastała wraz z kolejnymi minutami. A może chciał pokazać jej pierwszej, by… I tu są dwie opcje; Po pierwsze, by pokazać jej, ze wcale nie jest taka wspaniała i wkopała jego ojca. Po drugie, pochwalić i podziękować za dobrą współpracę. A później deportować się gdzieś daleko i nigdy nie wracać. Prawda była taka, że on już nie mógł tak po prostu przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Coś go rozsadzało od środka i dziwnie paliło, gdy się do niego uśmiechała, czy tylko rozmawiała… A on? On nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć. To było coś nowego, coś, co nie szło po jego myśli, i w końcu coś, na czego nie mógł znieść i maił serdecznie dosyć. Zapukał do drzwi i czekał. Nic, zapukał jeszcze raz no i dalej cisza. Spojrzał na zegarek, 10.15. Porządkowa Granger na bank już nie spała, dzisiaj sobota, więc nie ma jej w pracy…, Chociaż u niej to wszystko możliwe… Po chwilowym zastanowieniu, doszedł do wniosku, że najnormalniej w świecie poszła odwiedzić Rudą. Pokiwał głową na wznak ogólnego roztargnienia i zniknął.

    Ginny leżała w łóżku rozmyślając nad wszystkim i nad niczym. Dzisiaj rano kursowała chyba z sześć razy toaleta, łóżko, łóżko, toaleta, a Zabini nawet nie drgnął. Obróciła głowę w prawą stronę i spojrzała na swojego chłopaka. Dlaczego jej brat jest tak bardzo do niego uprzedzony? Przecież to nie jego wina, ze jego rodzice to śmierciożercy. To nie przez niego zginęło tyle ludzi. Taka była wola rodziców. A on jako mały chłopczyk chciał, by byli z niego dumni. Czy to tak trudno zrozumieć? No chociażby ona… Była zdrajcą krwi. Tylko, dlatego, że jej rodzice zadawali się z mugolami i charłakami. Ale było warto, Nie do końca rozumiała, na czym polega to całe zdradzenie. Przecież, na przykład Voldemort, uznaje się za lepszego od ludzi nie magicznych, a tak naprawdę jeden mugol wart był więcej od całego zastępu śmierciżerców. Polityka ludzi czystej krwi była wygodna dla nich samych. A rozumowanie niby zdrajców było dobre dla wszystkich. Bynajmniej ona tak uważała. Po chwili poczuła jak ręka Blaise’a gładzi ja po brzuchu. Ponownie odwróciła głowę w jego stronę i delikatnie się uśmiechnęła.

- Długo nie śpisz?- Zapytał, głośno ziewając. Poszedł wczoraj późno spać, a jego organizm potrzebował bardzo dużo snu. Przynajmniej on tak uważał…

-Gdzieś tak od ósmej. Dzieciątko daje popalić.- Powiedziała ciężko wzdychając, tym samym podsumowując swój żywot.

- Wdało się w tatusia! Ot, co! Wrośnie nam mały diabełek! A będzie normalnie chodził jak w zegarku. Średnia 6.0, Dom, Slytherin, doskonały kapitan Quidditch’a no i oczywiście przystojniak po tatusiu!- Ginny zachodziła się ze śmiechu, trzymając się za brzuch. Blaise miał naprawdę wybujałą wyobraźnie. Taaak, żeby on jeszcze taki idealny był jak sam się widzi. Otarła  łzy rozbawienia i ponownie spojrzała na chłopaka, po czym znowu wybuchła niekontrolowanym śmiechem na widok zdezorientowanej miny Diabła.

- No Diabełku, czyli wyrośnie nam samo-uwielbiający się alkoholik z wybujałym ego. Merlinie broń!

-, Jaki alkoholik? Kochanie ja nie wiedziałem, ze masz do tego skłonności, ale obiecuję, ze znajdziemy jakiegoś…- Ruda zamachnęła się i uderzyła Diabła poduszką, na której się opierał. Blaise nie rozumiejąc, co się dzieje chciał złapać poduszkę jednak Ginny przetrzymała ją i pchnęła lekko w przód. Satynowa pościel owinęła się wokół nóg chłopaka i ściągnęła go na ziemie. Po pomieszczeniu rozniósł się perlisty kobiecy śmiech. Zabini pokręcił ze zrezygnowaniem głową i próbował się podnieść. Gdy miał oddać poduszkę (poduszką) dziewczynie, usłyszeli dzwonek do drzwi.

- Spodziewasz się kogoś?- Weasley pokiwała przecząco głową i wstała z łóżka ruszając do łazienki.

- Ja idę się ubrać, a ty otwórz drzwi. Za chwilkę zrobię cos do jedzenia. Dobrze?- Blaise pokiwał potakująco głową i ruszył do drzwi. Gdy schodził po schodach dzwonek zabrzmiał jeszcze raz.

-Już idę!- Odkrzyknął natrętnemu gościowi. Szybko uporał się z zamkiem w drzwiach i uchylił je. Na progu stał Draco Malfoy. Cały biały i przemoknięty. Blaise przetarł oczy ze zdziwienia.

- Wpuścisz mnie czy będziesz podziwiał?- Warknął strzepując śnieg z marynarki. Zabini bez zbędnego słowa otworzył szerzej drzwi, by Draco mógł przez nie przejść. Gdy już się rozebrał, skierowali się do kuchni, gdzie Gin szykowała śniadanie.

- Kochanie, mogłabyś zrobić śniadanie dla trzech osób?- Spytał wesoło. Ginny odwróciła się zdziwiona i ujrzała Malfoy’a, który jakby nigdy nic siedział sobie wysokim, kuchennym stołku.

-Jasne, cześć, Malfoy… Co ty tu robisz?- Zagadnęła, wracając do robienia jedzenia. Draco siedział na tym krzesełku i obserwował. Ta cała sytuacja dała mu dużo do myślenia. Już od dawna nie widział kumpla tak uradowanego. To wszystko było takie normalnie a zarazem dziwne. I to cholernie dziwne! Bo oni byli po prostu szczęśliwi, bo Zabini odrzucił wszystkie normy, które obowiązywały arystokratę, bo ona chciała byłego śmierciożercę i teraz tworzą rodzinę. Tak, to zdecydowanie było przerażająco dziwne i Draco nie mógł tego pojąć. Niby miał te 23 lata, a czuł się jak 5 latek poznający nowy, inny świat.

-Ej, Stary wróć do nas..! –Z rozmyślań wyrwał go Blaise machający mu ręką przed oczami. Zamrugał kilka razy i spojrzał na niego z pytaniem w oczach.- No opowiadaj, co tam u ciebie i co cię do nas sprowadza.

- Myślałem, że jest u was Granger… Nie ma jej u siebie, a dostałem Proroka.- Sięgnął po kanapkę i spojrzał na Rudą.- Nie wiecie gdzie może być?

- Czekaj! Masz Proroka?! No i co?! W ogóle wiesz już?- Blaise uradował się jak małe dziecko. Tak naprawdę bardzo lubił i szanował Lucjusza Malfoy’a. To właśnie dzięki niemu teraz jest tym, kim jest. Dzięki niemu udało mu się wyczołgać z największego bagna, jakie tylko mógł spotkać. Był jego dłużnikiem i mimo wszystko wierzył w jego niewinność.

- Ja nawet nie patrzyłem… Od razu deportowałem się do Granger.- Malfoy wyciągnął Proroka i spojrzał na pierwszą stronę. Twarze wszystkich rozjaśnił szczery uśmiech.- Udało się! Naprawdę się udało! Nie wierze!- Draco wstał od stołu i zaczął chodzić po kuchni.- Tylko gdzie podziała się Granger..

- Spokojnie Smoku, może najnormalniej w świecie siedzi w biurze na papierami.- Blaise wygodniej rozłożył się na krześle wywalając nogi na stół. Jednak widząc zabójczy wzrok swojej dziewczyny, postanowił nie ryzykować i przyjął bardziej stosowną postawę. Draco obserwując to całe zajście, uśmiechnął się kpiąco i prychnął.

-Pantoflarz.- Ginny uśmiechnęła się z satysfakcją, a sam zainteresowany siedział jak sparaliżowany, po chwili zrozumiał sens słowa, wypowiedzianego przez przyjaciela i zerwał się z miejsca.

- Coś ty powiedział?!- Ruda wybuchła śmiechem, gdy zobaczyła jak Malfoy pada na kolana i wchodząc pod stół, kieruje się na czworaka do wyjścia. Zdezorientowany Blaise szukał wzrokiem czysto teoretycznie martwego Dracona, lecz zauważył go dopiero wtedy, gdy ubierał marynarkę. Po króciutkim „żegnam” skierowanym do Ginny deportował się i tyle go widzieli. Zabini spojrzał na ocierającą łzy rozbawienia Weasley’ówne, też się uśmiechnął, a po chwili dodał.- Wszelakie skrzywienia emocjonalno- psychiczne dotyczące mojej osoby, zafundował mi właśnie on. Widzisz, z kim ja muszę pracować?

- Jakiś ty biedny…- Ginny pogłaskała Blaise po policzku i uśmiechnęła się szerzej.- Idę na górę…- Ziewnęła szeroko.- Twoje dziecko nie dało mi się porządnie wyspać.

- Jasne, bo jak zrobi coś źle, to już jest moje dziecko?! Oj, ja ci za chwilę pokażę!- Na te słowa Ruda uciekła z piskiem na górę.

~*~

Śmierć nie jest jedynym wyjściem nawet z najgorszej sytuacji. Jednak w nadzwyczajnych przypadkach jest najlepszym, co może nas spotkać. Śmierci nie można się bać, ponieważ nie dotyczy ona ani ludzi żywych ani martwych. Ludzi żyjący nie mogą się nią przejmować, bo mają 100 innych rzeczy na głowie. Praca, kariera, rodzina, wyjazdy, delegacje, firma, zdrowie, romanse. Jest tego naprawdę wiele. A ludzie martwi? No tak, trupki z reguły nie mają zbyt dużo rzeczy na głowie, ale oni nie muszą przejmować się śmiercią, bo już nie żyją. Śmierć jest stanem przejściowym, prawda? No, bo pojawia się tylko wtedy, gdy umieramy. A co potem? Czy ludzie mogą być „w śmierci” cały ten czas, gdy już nie żyją? Nie, zdecydowanie nie. Rozmyślania przerwał palący ból. Nie wiedziała czy żyje czy jest martwa, a może całkowicie przypadkiem jest w tym stanie przejściowym, potocznie nazywanym śmiercią. Pali, całe ciało płonie, o tym była przekonana. Każdy nerw, komórka, tkanka. Chciała sprawdzić, co się dzieje, otworzyć oczy, poruszyć się, cokolwiek byleby poczuć, że jednak żyje. Spróbowała otworzyć oczy, skoncentrowała się tylko i wyłącznie na tej czynności jednak coś blokowało przedostawanie się bodźców do mózgu, tym samym jej zmagania z samą sobą nie dawały oczekiwanego rezultatu. Usłyszała, że ktoś otwiera drzwi. Poczuła dotyk zimnych palców na swoim ciele. Poruszyła delikatnie palcami u prawej ręki. Powoli paraliż ustawał a ona była zdolna do coraz bardziej skomplikowanych ruchów. Gdy już mogła poruszać kończynami, ponownie starała się otworzyć oczy. Coś się jej udało. Widziała coś żółto czarnego. Chyba. W obecnym stanie nie była niczego pewna. Otworzyła szerzej oczy. Barwne plamy zlewały się w zlepek kolorów, które nie przedstawiały żadnego, sensownego obrazu. Kilka razy zamrugała, by odzyskać ostrość widzenia. Znajdowywała się w kwadratowym pomieszczeniu. Oświetlenie dawały tylko dwie pochodnie wiszące na przeciwnych ścianach. Leżała na ziemi, a skrzat domowy pochylał się nad nią i przyglądał się jej tymi, swoimi wyłupiastymi oczami. Dostała kilka płynów, które wypiła bez sprzeciwu. Ciszę przerwał skrzat.

- Wszystko w porządku? Strzępek pomógł panience i jak panienka będzie lepiej się czuła, Strzępek deportuje się z panienką.- Zaskrzeczał, tłumacząc się ze strachem w oczach. Dziewczyna przyjrzała się stworzeniu i skinęła głową. Miała tyle pytań. Głowa pękała jej od ich nadmiaru.

- Czy mogę się ciebie o coś zapytać, Strzępku?- Skrzat skinął zdziwiony głową.- Powiesz mi gdzie jestem? I w ogóle jak ja się nazywam? Mam pustkę w głowie…

- Jest panienka w niebezpieczeństwie, nazywa się panienka Hermiona Granger i jest panienka przyjaciółką Harry’ego Potter’a. To przez zaklęcie Pana nic panienka nie pamięta. Musimy uciekać.

-Kim jest twój pan?- Dziewczyna nic nie rozumiała, ani nic nie pamiętała. Po chwili ktoś wszedł do pomieszczenia, a ona poczuła się ociężale i padła na poduszki. Chciała odwrócić głowę by zobaczyć przybysza jednak skrzat przytrzymał jej głowę i wlał coś do gardła. Nawet nie zauważyła, kiedy zaspała.

~*~


Draco deportował się pod ministerstwo. Miał ogromną nadzieję, że spotka tu Granger. Jednak pomylił się. Zajrzał do jej gabinetu, ale sekretarka powiadomiła do że szefowej nie ma od rana w pracy. Z taką informacją skierował się do Potter’a. No bo kto inny ma wiedzieć o tym, gdzie się podziali jego pracownicy, jak nie sam kierownik. Szybkim krokiem udał się na 10 piętro. Przed gabinetem stało puste biurko, więc sekretarka udała się na przerwę. Zapukał do gabinetu i nie czekając na zaproszenie wszedł do środka. Potter uzupełniał jakieś papiery, gdy zjawił się w środku, Złoty Chłopiec zdjął okulary i przywitał się.

-Cześć Malfoy, w końcu przyszło się popracować?- Spytał ściskając dłoń Malfoy’a.

-Nie do koniecznie. Wiesz gdzie podziała się Granger? Szukam jej od rana… U siebie jej nie ma, u Zabini’ego też nie i tu również.- Harry zrobił zdziwioną minę.

- A co ona mogłaby robić u Zabini’ego?- Draco uśmiechnął się ironicznie. Powoli patrzył jak Potter bierze filiżankę z kawą do ręki. Tak to jest bardzo dobry pomysł o poinformowaniu go o nowym miejscu zamieszkania Rudej.

-A Potter, coś ty taki nie poinformowany… Ruda przyjaciółeczka Granger mieszka teraz z Zabini’m.- Kierownik działów departamenckich zaczął krztusić się napojem. Malfoy ułożył ręce na biurku i nachylił się w stronę Harry’ego.- Powiem więcej…- Szepnął konspiracyjnie.- Ruda spodziewa się bobasa i zgadnij kto jest szczęśliwym tatusiem…- Kawa wylądowała na uzupełnianych papierach, a sam zainteresowany powolutku przypominał sobie jak się oddycha.- No, no, no Potter spokojnie, bo ci ciśnienie skoczy. A teraz wracając do tematu: wiesz gdzie jest Granger?- Harry pokiwał przecząco głową, a Malfoy wstał od biurka. Już miał wychodzić, gdy do okna zapukała czarna pomykałówka. Draco aż za dobrze znał te sówkę. Mimowolnie cos ścisnęło go w żołądku. Potter podszedł do okna odbierając liścik:


Potter!
Zabaw się jeszcze raz w bohatera, który musi ratować wszystko czego ratunku nie potrzebuje. Mam twoją znajomą, szczerze mówiąc to ja nie wiem jakim cudem zaszedłeś tak daleko z takimi debilami w ministerstwie, ale to już nie moja sprawa. Może i nawet dla mnie lepiej.
No, ale Granger jest dosyć uciążliwym gościem i rozważam opcje pozbycia się go. Jednak wspaniałomyślnie cię o tym informuję, byś nie musiał się martwić. No Potter jestem zaszczycony…
R.

-Kto to jest ten R.?!- Krzyknął wściekł Harry. Czuł jak krew w żyłach znacznie przyśpieszyła. Jakim cudem on ja dostał. Przecież Hermiona tyle razy powtarzała, ze ma nałożone zabezpieczenia i w ogóle kto to jest i co od niej chce! Spojrzał na Malfoy’a, który zacisnął pieści.

-Rookwood.- Syknął i wyszedł z gabinetu. 





***********************************************************************************

I tym oto sposobem zakończyliśmy pierwszy wątek tej historii. Trochę długo to trwało, ale jako, że  to mój pierwszy ff... same rozumiecie..;P 
Dziękuję wszystkim za komentarze no i pokornie proszę o kolejne. 
Ach, no to za tydzień wakacje?  

niedziela, 2 czerwca 2013

20. Scrambling wounds



Budynek Ministerstwa Magii w Londynie. Jeden z najważniejszych organów władzy w Wielkiej Brytanii. Była to ogromna siedziba podzielona na departamenty i administracje, każdy oddział zajmował się innym przypadkiem. To dziś miała się odbyć rozprawa, dotycząca Lucjusza Malfoy’a. Budynek oblegany był przez dziennikarzy i redaktorów różnych szmatławców. Hermiona z trudem przedostała się do drzwi Ministerstwa. Natrętni reporterzy próbowali na siłę szukać nowych rewelacji, jakimi mogła ich obdarzyć sama pani adwokat. Powoli spławiała wszystkich ciekawskich i dotarła do drzwi swojego gabinetu. Po 10 minutach usłyszała pukanie do drzwi.  Gość nie czekając na pozwolenie wtargnął do środka rozsiadając się na fotelu naprzeciw biurka.

- Zestresowana?- Ironiczne spojrzenie, platynowa grzywka opadająca na czoło i ten wkurzający grymas na ustach, jednym słowem cały Malfoy.

- Trochę… Czytałeś gazetę? To wszystko moja wina, to przeze mnie. Gdyby nie ja, to ona może…- urwała chowając twarz w dłoniach, pokręciła głową i szepnęła.- Ona… Jej córce grozi niebezpieczeństwa, ale jak do jasnej cholery mam to udowodnić.- Draco widząc stan dziewczyny podszedł do niej delikatnie ją przytulając.

- Będzie dobrze, przecież jesteś profesjonalistką, kto miałby to wygrać jak nie ty… No już otrzyj łzy i się zbieramy…- Hermiona popatrzyła zdziwiona na Malfoy’a. On był dla niej miły? Czyżby coś się mu poprzestawiało? Draco dostrzegł jej zdziwioną minę i uśmiechnął się sardonicznie.- Nie przyzwyczajaj się kotku, to jest terapia szokowa przed rozprawą.

- Nie jestem twoim kotkiem, Malfoy.- Jednak mówiąc to delikatnie się uśmiechnęła.

- Jak nie jak tak!- Draco lekko ją do siebie przytulił i odszedł w stronę drzwi.- Zbieramy się pani adwokat, rozprawa się zacznie za jakieś 15 minut. Chyba nie chcemy się spóźnić, prawda?- Przytaknęła ruchem głowy, zabrała potrzebne jej akta i ruszyła wraz z Malfoy’em w stronę sali rozpraw. Na korytarzu przed sala siedziało kilka osób. Od razu dostrzegła ojca Dracona, siedział z głowa opartą o ścianę i z przymkniętymi oczami. W dłoni trzymał białą chustę i co jakiś czas stukał nerwowo palcami w krzesło obok. Naprzeciw męża siedziała Narcyza, wpatrując się w Lucjusza z troską wymalowaną na twarzy. Hermiona podeszła do swojego klienta i chrząknęła, dając znać o swojej obecności.

- Dzień Dobry, jak samopoczucie?- Zagadnęła na pozór wesoło podając rękę małżeństwu.

- Witamy, no cóż bywało lepiej, ale to jeszcze nic straconego…? Prawda?- Granger zdziwiona melancholijnym tonem mężczyzny przytaknęła bezwiednie głową, gdy ten odezwał się po raz drugi.- Ile lat może grozić mi za zabójstwo?

- Czyżby maił pan jednak coś na sumieniu?- Zapytała widocznie zdziwiona pytaniem mężczyzny.

- Nie, oczywiście, że nie, ale pytam w wypadku, gdyby jednak coś poszło nie tak.

-Wszystko będzie dobrze, obiecuje, a teraz zapraszam na salę.

Sala Rozpraw w Londynie miała szczególny wygląd. Wchodząc do środka, w oczy wrzucał się ogromny, podłużny stół. Po prawej i lewej stronie było po dwa miejsca dla oskarżonego obrońcy, oskarżającego i pokrzywdzonego. Na przeciw Rady sędziowskiej znajdowały się miejsca dla ławy magiczno- zaprzysięgłej. Wszyscy zajęli swoje miejsca. Po chwili do Sali wkroczył Bartholomew Stlone. Hermiona wraz z Lucjuszem zajęli miejsce naprzeciw Jacoba Kamena oraz Karolda Gray’a. Sędzia zaczął przeglądać złożone akta, podniósł wzrok na zabranych i przyjrzał się obu stronom.

- Jeżeli wszyscy już są obecni zaczynamy!- Wszyscy zebrani na sali podnieśli różdżki w górę.- Moim prawem jak i obowiązkiem jest przestrzegać wolności. Rozgraniczać ją między dobrem a złem.- Z różdżek wystrzelił żółty promień światła.- Niech potępią mnie potomkowie Merlina, jeśli na tej sali wygra zło. Moja dusza czystą będzie, gdy prawomocny wyrok zapadnie.- Jeszcze jedna wstęga światła oślepiła wszystkich tym razem srebrno- liliowa.- Tak oto, niech rozpocznie się sąd, a Merlin mi świadkiem o mojej bezstronności.- Bartholomew zakończył swoją mowę i usiadł na swoim miejscu.- Czy Karold Gray za stronnictwem swojego pełnomocnika podtrzymuje oskarżenie? – Karold wstał i pełnym gracji ruchem skłonił się wypowiadając cicho:

- Tak, powstrzymuje oskarżenie.

- A zatem czy Lucjusz Malfoy, oskarżony o popełniony czyn przyznaje się do winy?- Lucjusz wstał i patrząc zimno w oczy swojego oskarżyciela, odpowiedział hardo.

- Nie, nie przyznaję się do winy, jestem gotów udowodnić swoja niewinność, bez względu na to, jakie zarzuty będą mi stawiane.

- W takim razie przeczytam oskarżenie Lucjusza Malfoy’a.- Sędzia sięgnął po prostokątne grube okulary i spojrzał na akt oskarżenia. Odchrząknął i zaczął czytać.-  Ja Karold Gray  wnoszę pozew oskarżający przeciw Lucjuszowi Malfoy’owi. Dopuścił się on zabójstwa z premedytacją mojej córki Kattriny Karabeli Saradel Gray. Ja jako członek Zakonu Feniksa, ubolewam nad śmiercią mojej jedynej córki oraz dziedzica fortuny Gray’ow. Liczę na sprawiedliwość w wydawanej karze, bym mógł jawnie patrzeć na sąd z podziwem i wychwalać jego potęgę i znaczenie w świecie Magii i Czarodziejstwa, jakim jest Anglia. Podpisano:
Karold Gray
Rosalie Gray
Sędzia rozejrzał się po zgromadzonych. Nikt nie miał odwagi podnieść wzroku.

- Jak mniemam wszystko się zgadza.- Spojrzał w stronę Graya’a, który na potwierdzenie słów kiwnął głową. – Czy ty Lucjuszu Malfoy, zgadzasz się z zarzutami wcześniej opisanymi, które ubliżają twojej osobie? – Lucjusz podniósł się z miejsca i spojrzał na zadowolonego z siebie Karolda.

- Nie, nie zgadzam się…- powiedział chłodno i zajął swoje poprzednie miejsce.

- W takim razie poproszę teraz Hermionę Granger o złożenie raportu, potwierdzającego niewinność pana Malfoy’a.

- Oczywiście. Nie ukrywam, że pan Karold Gray to trudny przeciwnik. Odkąd dowiedziałam się o tym, że będę prowadzić tę sprawę, szukałam jakichkolwiek informacji na temat Karolda Graya’a. Otóż, do czego zmierzam.- Hermiona spojrzała na ławę zaprzysięgłych oraz na sędziego.- Okazało się, że w roku 1995, a dokładniej 23 czerwca, pan Gary miał rozprawę dotyczącą śmierci córki. O dziwo, to on był oskarżonym. Sprawę wytoczył Parley Gamb, który zgodził się świadczyć w tej sprawie.

- W takim razie zapraszam na salę świadka Parley’a Gamba.- Drzwi się otworzyły, a do środka wszedł średniego wzrostu mężczyzna z laską w ręce. Spojrzał na Gray’a i uśmiechnął się litościwie. Podszedł do balustrady i spojrzał na sędziego.- Proszę się przedstawić i pokazać mi swoje świadczenie magiczne oraz poza-terytorialne*.- Starszy mężczyzna podszedł do stołu sędziowskiego i podał radzie plik papierów oraz swoją różdżkę.- Nazywam się Parley Gamb. Mam 67 lat. Nie jestem tutaj pierwszy raz..- Powiedział tajemniczo, gdy zauważył, że sędzia chce mu przerwać.- Byłem tu 40 lat temu z małą różnicą. To ja siedziałem na miejscu Gray’a. Z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że jest to człowiek przebiegły i dwulicowy. Przez całe moje życie nie spotkałem większego manipulanta. To morderca dokonały.- Na Sali zapadła cisza. Nikt nie ośmielił się odezwać ani słowem, co jakiś czas zerkając na reakcję Karolda. Ten zaś milczał z kamiennym wyrazem twarzy. Od początku rozprawy przyglądał się tylko i wyłącznie Malfoy’owi. Bartholomew chcąc przerwać krępującą ciszę, spojrzał na świadka i zapytał:

-Jakie ma pan podstawy sądzić, że Karold Gray jest, jak to pan ujął, mordercą.

- Od sądzenia to jest pan, panie sędzio. Ja nie zamierzam sądzić, ja to wiem. 40 lat temu, gdy pana miejsce zajmował Cyprian Ervin, siedział ten sam mężczyzna, z tą samą pokerową twarzą. Pana poprzednik za niewłaściwie słowa przepłacił życiem. A ja? Ja bałem się przez całe życie odezwać się. Teraz żałuje.

- Czego się pan bał?- Stlone spróbował od bardziej pedagogicznej strony. Sędzia był święcie przekonany, że ten stary mężczyzna ma jakieś zaburzenia psychiczne, dlatego plecie od rzeczy, jednak po usłyszeniu odpowiedzi, stwierdził, że Gamb może już usiąść.

- Bałem się, że podzielę jego los. Pan też powinien uważać, prawda Karoldzie?- Odpowiedziała mu cisza. Hermiona widocznie usatysfakcjonowana spojrzała na Jacoba, który był wyraźnie zirytowany całą tą sytuacją.

- Dobrze, dziękuję panie Gamb. Panno Granger, czy ma pani jeszcze kogoś, kto by poświadczył przeciwko panu Gray’ow?

- Tak, oczywiście. Mam nadzieję, ze pan Gray ma dobrą pamięć. Ostatnim razem na moim miejscu był znany adwokat Stephen Bern. Pan Gamb był jego klientem…- Hermiona z determinacją spojrzała w oczy Karolda, które rozszerzyły się w akcie zdziwienia, a poza tym nic. Zero reakcji.

- Bern?- Spytał zdziwiony Bartholomew.- Ten Bern?

- We własnej osobie…- na salę wkroczył wysoki, sędziwy mężczyzna. Chodź jego twarz była opanowana, to oczy zdradzały dziwna zaciętość. Podszedł do barierek, podając papiery i różdżkę. Bez pośpiechu wrócił na miejsce świadka i rozglądnął się po zgromadzonych. Spojrzał na „poszkodowanego” i uśmiechnął się sardonicznie. Ile już lat minęło od ostatniego spotkanie z tym człowiekiem?  Tym razem nie miał zamiaru się poddać tak łatwo.- Stephen Bern. Lat…- tu uśmiechnął się niezdecydowanie.- Już na pewno ponad 50. Jestem tutaj na prośbę panny Granger. No i przyznam się, ze jakąś dziwnie się tu czuję.- Popatrzył z rozbawieniem na Jacoba i pokiwał ze zrezygnowaniem głową. Spojrzał z wyczekiwaniem na sędziego, który osobiście przeglądał akta.

- W takim razie słuchamy, co ma pan do powiedzenia w tej sprawie…?- Lucjusz chrząknął znacząco, patrząc ze zdziwieniem na Hermionę. Granger pochyliła się i wyszeptała coś do ucha Malfoy’a seniora. Ten spojrzał na syna siedzącego w ławie magiczno- zaprzysięgłych i skinął głową.

- Prowadziłem sprawę wytoczoną przez Parley’a Gamba. Mój klient był przekonany, że Gray dopuścił się zabójstwa córki… Wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się o tej sprawie. Czy mógłbym zadać parę pytań poszkodowanemu?- Sędzia skinął potwierdzająco głową.- Karoldzie słyszałem o tragicznej śmierci żony, moje kondolencje, ale wiesz, że moja żona również została zamordowana w przed dzień rozprawy?- Karold poruszył się i skinął głową.

- Z tego, co wiem, to umarła śmiercią naturalną…

- Tak, a te cięte ślady noża na szyi, to tak dla zmyłki, tak Gray?- Zapytał z jadem w głosie, którego nie powstydziłby się sam Snape.- Jednak nie zebraliśmy się tu po to, by rozmawiać o insynuacjach na temat śmierci mojej żony. Ogólnie rzecz biorąc, moje zdanie nie zmieniło się ani o jotę, jeśli chodzi o tego człowieka.- Odparł zimno Bern, tym razem patrząc na Bartholomew’a.

- Czy może pan rozwinąć tę myśl? Musimy usłyszeć to od pana, by uzgodnić fakty.- Wytłumaczył powoli. Na to Stephen kiwnął głową i westchnął ciężko na wznak ogólnego niepowodzenia życiowego.

- Ten człowiek nigdy nie znał poprawnej definicji słowa sprawiedliwość. Gdy coś szło nie po jego myśli… Po prostu usuwał ludzi, którzy psuli mu światopogląd. Chcecie dokładnych przykładów? Proszę bardzo! Cyprian Ervin- sędzia, który wydał wyrok obciążający Karolda. Dzień po rozprawie, znaleźli zwłoki w jego domu. Mnie nie mógł zabić, więc zabił mi żonę…- Tu Karold nie wytrzymał i wydarł się na całe gardło.

- Ty nędzny charłaku! JA!? JA CI ZABIŁEM ŻONĘ?! NIE MAM NIC WSPÓLNEGO ZE ŚMIERCIĄ TAMTEGO SĘDZI I NIE ŻYCZĘ SOBIE OBRAŻANIA MNIE! – Miał kontynuować, ale Stlone stwierdził, że robi się nieciekawie i stuknął młotkiem, sprowadzając Gray’a do pionu.

- Za takie postępowanie może być pan wydalony. Chyba nie chce pan resztę rozprawy spędzić na korytarzu, prawda?- To był zdecydowanie kubeł lodowatej wody na głowę Karolda. Mężczyzna uspokoił się i zasiadł na swoim miejscu. Hermiona nie próbowała ukryć swojego zadowolenia. Szczerzyła się jak głupia. Tak właśnie na to czekała. Teraz maja znaczną przewagę. Pani adwokat zdawała sobie sprawę, ze Bartholomew Stlone nie pochwalał wybuchowości na sali. Świadczyło to, w jego mniemani, o barku kultury i poszanowania dla tego miejsca.- Panie Bern proszę mówić dalej. A co do pana, panie Gray jeszcze jeden taki incydent, a zostanie pan wyrzucony z sali i nie będzie maił pan prawa do własnej obrony.

- Tak, więc jak mówiłem następnym przeszkadzającym pionkiem, do idei Karolda, była jego żona. Rosalie Gray była piękną i zawsze uśmiechniętą kobietą. Pokochała taką kreaturę, jaka jest, Gray, ale on tego nie doceniał. Zos­tała sa­ma żyjąc w złotej klat­ce która so­bie przygotowała....  Możecie mnie pytać skąd posiadam takie informacje. Widzicie, byłem jedyną osobą, której Rosi ufała. To do mnie przychodziła się skarżyć. Ile razy przylatywała cała zapłakana, mówiąc o wszystkich gwałtach i awanturach Karolda. Za to Gray nigdy nie mógł zrozumieć, że w dob­rym związku, mu­si is­tnieć część wspólna, jak i oddzielna. Ta kobieta wiedziała zbyt dużo.
Brak pier­wszej, rodzi sa­mot­ność,brak dru­giej, oz­nacza życie w złotej klatce...  Rosalie wiedziała o tym, że pan Malfoy nie zabił jej córki. Wiedziała o wszystkich wyczynach męża. Jednym słowem była przeszkodą.- Stephen Bern przerwał na chwilę, zastanawiając się, co jeszcze może powiedzieć w tej sprawie. Ułatwił mu to sędzia, zadając następne pytanie:

- Dobrze, a co może pan powiedzieć o śmierci córki pana Gray’a?

- Kate… Ostatnio widziałem ją jak miała 6 lat. A mogę mieć ja pytanie do pana?- Skinął głową.- Jak przebiegłym trzeba być, by stworzyć fałszywe akta zgonu własnej córki?- Stlone spojrzał ze niezrozumieniem w oczach na Berna. Tu głos zabrała Hermiona.

- Za pozwoleniem. Pan Bern wspomniał o aktach, które w trafił do mnie 6 miesięcy temu. Mam je ze sobą. Wyciągnęła papiery i podała je Radzie. Po chwili odezwał się sędzia…

- Skąd pewność, że są one podrobione?- Spytał patrząc na Hermionę.

- Pewności nie mamy..- W tym miejscu dało się słysząc krótkie „ha!” w wykonaniu Jacoba.- Ale jeśli mój klient zabił córkę Gray’ow, to, jakim cudem akta zgonu pochodzą z roku 1995. Czyżby pan Karold Gray zapomniał wysunąć wniosek oskarżający? A no tak! Zapomniałam! To on był oskarżony o morderstwo z premedytacją.- Hermiona zajęła swoje miejsce, zerkając na Malfoy’a Juniora. Siedział w radzie magiczno- zaprzysięgłej i obserwował. Jego mina krzyczała wręcz „Nudzi mi się! Zabierzcie mnie stąd!” I z trudem próbował pohamować ziewnięcie. Mimo wszystko uśmiechnęła się na ten widok. Potrząsnęła głową, wracając do sprawy.

- Dobrze teraz poproszę pana Jacoba Kamena o przedstawienie sprawy. – Mężczyzna o zielonych oczach, jasnych włosach i ciemnej karnacji. Uśmiechnął się delikatnie i spojrzał na swoja rywalkę. „Niestety ładna buźka nie zastąpi mózgu”.- Pomyślał z rozbawieniem i podniósł się z miejsca.

- Wszyscy zebrani widza w tym człowieku mordercę. Z całym szacunkiem droga pani adwokat. Jednak nie zapominajmy, że ten człowiek stracił żonę i córkę. Stracił wszystko, na czym mu zależało, co posiadał. Teraz siedzi i słucha tego, co inni mają mu do zarzucenia. Mój klient na początku naszej współpracy powiedział mi, że nie jest człowiekiem bez winy. Bo który człowiek nie popełnia błędów? Nasza pani adwokat wygrzebała doszczętnie wszystkie „brudy” pana Gray’a. Nikt jednak nie wspomniał o szanownym panu Malfoy,’u, który notabene należał do popleczników Tego- Którego- Imienia- Nie- Wolno- Wymawiać. Czyżbyście o ty małym szczególe zapomnieli?  Każdy z nich był równie okrutny. Zabijał, torturował i choć to słowo padło tu wielokrotnie to też gwałcił. Czyżbyście zapomnieli jak terror siali śmierciożercy.- To słowo praktycznie wypluł, spoglądając z premedytacją w oczy Malfoy’a seniora.- Podpalane wioski, napady na banki i urzędy. Nikt nie chce pamiętać tego, co było niespełna kilka lat temu i zdaje sobie z tego sprawę. Każdy w tym okresie stracił kogoś bliskiego. A ten człowiek się do tego przyczynił. To chyba tyle na ten temat.

- Czy chciałby się pan do tego jakąś odnieść panie Malfoy?- Sędzia spytał Lucjusza, dalej przeglądając plik kart.

- Owszem. Cała ta przemowa była równie wzruszająca i łapała za serce nie powiem.- Słowa cedził przez zęby. Każde kolejne zdania były coraz bardziej przesiąknięte jadem i bólem.- Ale jak to pan obrońca zaznaczył, każdy popełnia błędy. Moim największym było przystąpienie do Voldemorta i nie kryje się z tym.- Zebrani na sali praktycznie zapomnieli jak się oddycha, gdy usłyszeli znienawidzone przez wszystkich imię.- Jednak jak wszystkim wiadomo, jedna chwila mojej słabości, przekreśliła życie moje jak i mojej rodziny. Nigdy nie będę w stanie im tego wynagrodzić. I gdybym mógł cofnąć czas nigdy więcej bym nie poszedł tą drogą, którą szedłem dotychczas. Teraz wierzę, że jestem na właściwej ścieżce i nie pozwolę oskarżać się o rzeczy, które nie widziały mojego udziału.- Lucjusz usiadł na krześle i spuścił głowę na dół. Bartholomew widząc, że i jedna i druga strona milczy skinął głową na Radę, wstał, a po nim wstali wszyscy inni.

- Dobrze, dziękuję za uwagę. Rada musi postanowić. Wyrok będzie ukazany w najnowszym wydaniu Proroka Codziennego. A teraz…- podniósł różdżkę w górę i wszystkie światła zgasły.- Wszystko, co było tu powiedziane, pomyślane, zrobione zostaje objęte tajemnicą!- Z różdżek zebranych wystrzelił ciemny snop światła:
Tajemnica zawiązana
Nigdy nie zostanie złamana
Człowiek potępiony
Ze złamanej obietnicy niewytłumaczony
Światło dobra i mrok zła
Niech w opiece sprawiedliwość ma!

Hermiona odetchnęła z ulgą wychodząc z sali. Wzrokiem szukała Dracona. Chciała mu powiedzieć… Nie, chciała mu podziękować. Sama musi się przed sobą przyznać, że należą mu się podziękowania. Jednak go nie było. Ukłucie zawodu… Przyjęła grzecznie podziękowania ze strony państwa Malfoy’ów, którzy właśnie aportowali się do domu. Ona też powinna już się zbierać. Ruszyła do swojego biura powoli zasiadając za biurkiem. Teraz wszystko wróci do normy…

*świadczenie terytorialne- Jest to papier, potwierdzający tożsamość. Są w nim wszystkie przewinienia {świadka} i przestępstwa w kraju i poza nim.
~***~
Ciemne, okrągłe pomieszczenie, w którym było słychać tylko i wyłącznie przyśpieszone oddechy i nieregularne krzyki bólu. Właśnie tam zmierzał. Musiał szybciej wyjść z rozprawy. Musiał ją ratować… Odetchnął głęboko i nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły, a on stanął tak, by nikt go nie zauważył. Na ziemi leżała dziewczynka. Draco przetarł oczy i pokręcił głową. Nie, to nie może być Kate… Nie, nie, nie… Przepychając się przez tłum powtarzał te słowa jak mantrę. Prosząc, błagając… Stanął za Rookwood’em i chrząknął znacząco by ten zwrócił na niego uwagę. Augustus spojrzał na intruza i uśmiechnął się paskudnie.

- Kogo me oczy widzą! Już tylko… skończę..- Draco chciał mu powiedzieć, żeby tego nie robił, przecież dziewczyna może być przydatna. Jednak było za późno. Rookwood z histerycznym śmiechem, podszedł do zbolałego ciała dziewczynki i kucnął nad nią. Przejechał kciukiem po jej policzku dokładnie ją obserwując. Po chwili zaśmiał się jeszcze raz i rzucił śmiercionośne zaklęcie. W pomieszczeniu zapadła cisza.- No, to po imprezie! Stell, posprzątaj. Przecież nie zostawimy bałaganu…NO JUŻ WAS NIE WIDZĘ!- Wydarł się tak, że stary, popękany żyrandol się zakołysał. Jeszcze raz roześmiał się paranoicznie i biorąc do ręki butelkę Whisky rzucił się na fotel.- No, co tam, Draco? Powiedz mi jak tam twoje zadanie?- Malfoy zacisnął szczęki i spuścił wzrok. Na sali zapanowała cisza. Rookwood patrzył z wyczekiwaniem na młodego Malfoy’a. Po chwili uzyskał odpowiedź.

- Nie zrobię tego…- Praktycznie wysyczał. Augustus z rozbawieniem pokręcił głową i pociągnął spory łyk z butelki. Podniósł się z fotela i podszedł do Dracona. Roześmiał się głośno, dławiąc się przy tym wypitym trunkiem. Malfoy patrzył na to z wyraźną odrazą, wymalowaną na twarzy.

- Chcesz zginąć za nią? Za nędzną szlamę?- Rookwood zaczął krążyć wokół Malfoy’a, popijając alkohol.

- Nie zabijesz mnie. Jestem ci za bardzo potrzebny.- Powiedział to z taką pewnością siebie. Augustus zazgrzytał zębami i wpadł w furię. Zaczął miotać różnymi zaklęciami. O dziwo, nic nie trafiło w Malfoy’a. Po chwili chłopak leżał na ziemi, a jego ciałem wstrząsały spazmy bólu. Nie krzyczał, nie, nie da mu tej chorej satysfakcji. Czuł jak każdy mięsień, każda tkanka, każda komórka płonie żywym ogniem. Zacisnął powieki aż do bólu. Przypominał sonie ją. Każdą chwilę, chociaż minutę spędzoną w jej towarzystwie, bo w końcu za nią przechodził teraz prawdziwe piekło. Zawsze myślał, że to nie istnieje. Te całe opowiadania o niebie i piekle. Ponoć osiąga się te stany dopiero po śmierci. Może gdyby nie wył z bólu, prychnąłby. To ludzie tworzą piekło, niezależnie od miejsca. Każde nawet najbezpieczniejsze miejsce, potrafią doszczętnie zniszczyć. Domy zamienić z zgliszcza. Radość w smutek. Napój w truciznę. Kochające serce w pompę do tłoczenia krwi.
Rookwood z fascynacją patrzył na wijącego się chłopaka i po chwili cofnął zaklęcie, aportując się w tylko sobie znane miejsce.
~***~
Hermiona właśnie wychodziła z biura. Było już późno i zimno. Zaczął padać silny deszcz. Z trudem rozłożyła parasolkę i ruszyła w kierunki ciemnej uliczki, gdzie spokojnie mogłaby się aportować. Gdy podnosiła różdżkę by wypowiedzieć inkantacje ona wyleciała jej z ręki. Odwróciła się w stronę napastnika i wydała z siebie cichy okrzyk. Nie mogła liczyć na pomoc. Strach potęgowała dzika furia w oczach mężczyzny…

- Witaj Granger…






OK., z czystym sumieniem przyznaję, że to był najtrudniejszy rozdział jaki od początku przyszło mi pisać. Za wszelakie błędy przepraszam! A i oczywiście pozdrawiam Konoe Subaru, która jest już po maturach. Zapewniam, ze dobrze poszło! :D