poniedziałek, 29 lipca 2013

27. Pustka



Witam,
Udało mi się w końcu napisać nowy rozdział.
Kochani, nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo ucieszyły mnie Wasze komentarze dotyczące poprzedniego wpisu. Jestem Waszą dłużniczką i możecie na mnie polegać w razie  „kłopotów”- Tak to nazwijmy.
Chciałabym zwrócić jeszcze uwagę na to, że właśnie od tego są komentarze. To nie jest tak, że jak ktoś mi napisze, że mój blog mu nie przypadł do gustu, bo na przykład, nie podoba mu się koncepcja.- Ja to rozumiem!
Przecież wszystkim nie może i nie musi się podobać to, co piszę, ale proszę bardzo o uzasadnienie swojej krytyki. Tylko wtedy będę miała możliwość nauczyć się czegoś nowego.
Rozdział dedykuję wszystkim, którzy komentują, czytają mojego bloga oraz tych, którzy nie zostawiają po sobie śladu.
Osobiście nie jestem zadowolona z tego rozdziału no, ale ocenę pozostawiam Wam.
Zapraszam do czytania i komentowania.
Pozdrawiam,
Wasza Rouse :*

~*~

Tylko martwi nie mają nadziei.
(Teokryt)

      Nawet najbardziej zimnego i „pustego” człowieka da się złamać. Za takiego właśnie uważał się Draco Malfoy. Był ironiczny i bezwzględny. Gdy coś mu nie pasowało, po prostu się tego pozbywał. Nie zależało mu na niczym i na nikim. Taki stan rzeczy bardzo mu odpowiadał. Nie był za nic odpowiedzialny, nie musiał się o nic martwić. Nawet nie wiedział jak bardzo się mylił.

      Bo prawda jest taka, że każdy człowiek potrzebuje wsparcia drugiego człowieka. Wsparcia psychicznego.- Pocieszenia, porozmawiania lub po prostu milczenia. Lub pomocy fizycznej czy duchowej. W tym mogą się znaleźć zwykłe czułe gesty. Podsumowując, człowiek musi wiedzieć, że jest komuś potrzebny i że ktoś go potrzebuje. W innym wypadku nie potrafi normalnie funkcjonować. Z biegiem czasu wznosi wokół siebie grube mury, które izolują go od „niepotrzebnych” według niego uczuć. Jest przekonany, że nikt nie może obalić wewnętrznej fortecy.
     
      Wtedy nadchodzi taki moment, że wszystko zaczyna się psuć zaczynając od samego fundamentu. Gdy ten jest już zniszczony, psychika tego człowieka ulega destrukcji… A wtedy pojawia się osoba, która go ratuje, choć sama o tym nie wie. A najgorsza jest myśl, że taki człowiek uzależnia się od osoby, która jest dla niego światełkiem w ciemnym tunelu. Pojawia się strach przed zgaśnięciem światełka nadziei i rozpacz.

~*~

      Jak co dzień zszedł do kuchni, by wypić kawę, zobaczyć, Granger tańczącą po całym pomieszczeniu oraz poczytać proroka. Rozsiadł się wygodnie na krześle i sięgnął po kubek z życiodajnym płynem. Rozwinął proroka, a szklanka rozbiła się z brzękiem na karmelowych płytkach. Kilka razy przewertował nagłówek, po czym zerwał się z krzesła i wybiegł na pole, znikając z głośnym trzaskiem aportacji.

      Hermiona usiadła na kuchennym blacie sącząc ciepły napój, gdy do kuchni wszedł Draco. Nie odzywał się do niej od czasu „incydentu” w ogrodzie. Choć nie… Ostatnio nakrzyczał na nią, tylko, dlatego, że nie podobała mu się koszula nocna, w której spała. Nie żeby się tym przejmowała… Codziennie było to samo. Wstawała, szła do łazienki doprowadzić się do porządku, później kierowała się do kuchni, by zaparzyć kawę dla siebie i Dracona. Następnie on przychodził, czytał gazetę, a ona zmywała naczynia.

      Dzisiaj było inaczej… Odkryła ostatnio, że bardzo lubiła obserwować blondyna. I choć była pewna, że on o tym wie, nie dał po sobie tego poznać. Jak zawsze zajął miejsce przy stole i chciał przeczytać gazetę. Po chwili upuścił kawę i wybiegł z domu. Hermiona wpatrywała się wielkimi oczami w puste miejsce. Co rozłościło go tak bardzo? Jednym ruchem różdżki pozbyła się bałaganu na podłodze i podeszła do stoły, by zabrać gazetę.


Żona najbardziej wpływowego anglika nie żyje!
                                            
     Wczoraj Narcyza Malfoy została przywieziona do szpitala w Św. Mungu.
Zajmowali się nią specjaliści. Jeden z nich zgodził się odpowiedzieć na nasze pytania.
Dowiedzieliśmy się, że zmarła na wskutek klątwy czarno- magicznej, która nie jest powszechnie używana w kraju. Co więcej jest surowo zakazana. Za złamanie prawa grozi śmierć.
Narcyza Malfoy zostawiła po sobie syna Draco Lucjusza Malfoy’a oraz męża Lucjusza Malfoy’a, którym składamy szczere kondolencje.
Jej mottem życiowym było:
 „Troska o dziecko jest pierwszym i podstawowym sprawdzianem stosunku człowieka do drugiej osoby.”

Hermiona na zdjęciu rozpoznała troszkę starszą blondynkę od tej, którą widziała w zakazanym pokoju. Jej oczy delikatnie się zaszkliły. To, dlatego Draco, tak się zachował. Usiadła ciężko na krześle i płakała. Dlaczego? Z bezradności, bezsilności i niewiedzy…

~*~

Tylko w pochłaniającej
 Wszystko pustce samotności,
 W ciemnościach zacierających
 Kontury świata zewnętrznego można odczuć,
 źe się jest sobą aż do granic zwątpienia [...].
(Gustaw Herling- Grudziński)

      Łzy ciekły mu po policzkach. Obrazy przewijały się w zwolnionym tempie. Ból i wielka pustka rozdzierała wnętrzności. Palące poczucie winy wypełniały każdą komórkę. To właśnie była ta chwila w jego życiu, która wyryła gromkie potoki suchych strumieni. Gorycz zawładnęła umysłem, a w żyłach płynął ogień. Chciał krzyczeć, zabijać, torturować, byle tylko zepchnąć te uczucia na inną osobę. Jego mama, tą, którą szanował i jako jedyną kochał. To ona pozwalała mu podejmować decyzje bez względu na jej własne poglądy. To ona nie krytykowała go na każdym kroku.

      Stanął przed drzwiami szpitala. Mokry od śniegu i przemarznięty. Nie miał na sobie żadnego okrycia. Wybiegł z domu w koszuli i zwykłych dresach. Nogi zaprowadziły go do recepcji i z dala zauważył rudą, niską osóbkę.

- Ginny?- Wyszeptał zachrypniętym głosem. Kobieta odwróciła się w jego stronę i o mało nie zaczęła krzyczeć. Pierwszy raz w życiu widziała Malfoy’a w takim stanie.

- Malfoy… Ta-tak mi… Bardzo mi przyk- przykro.- Zaczęła się jąkać. Ten tylko skinął głową.

- Mogłabyś mnie zaprowadzić do sali mojej matki?- Zapytał bezbarwnym tonem wpatrując się w podłogę. Nic nie mówiąc ruszyła przed siebie. Doprowadziła do sali numer 4576 i odeszła.

     Stał przed tymi pieprzonymi drzwiami i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. W końcu nacisnął klamkę i wszedł do środka. Nowy strumień łez wyrył swój ślad na przeraźliwie bladych policzkach. Usiadł na stołku obok łóżka. Wziął zimną rękę swojej matki w swoją ciepłą dłoń. Otarł jej dłonią swoje łzy, tak jak zawsze ona to robiła.

 - Witaj, mamo. Przepraszam, że ostatnio cię nie odwiedzałem, ale mam lokatorkę w domu. Chciałem ci tylko powiedzieć… Wiem, że nie byłem idealnym synem.- Głos mu się powoli załamywał.- Ale… Ale kocham cię. Byłaś jedyną osobą w moim życiu, która mnie nie potępiała i pragnęła mojego szczęścia, a ja Ci nawet nie podziękowałem. Obiecuje ci, że człowiek, który ci to zrobił zapłaci. I będzie cierpiał tak samo jak ja teraz. Przysięgam.- Nie potrafił nic więcej powiedzieć.

     Wielka gula w gardle utrudniała mu nawet oddychanie. Pogłaskał matkę po włosach, znacząc palcem jej twarz, aż w końcu dotarł do serca. Tam jego ręką zakończyła wędrówkę, nie wyczuł nic, nawet najmniejszego drgania. Pokręcił głową i zabrał rękę. Podniósł się z miejsce, pocałował matkę w czoło i zniknął.

~*~

-Zadanie wykonane?
- Tak panie.
- Ślady pozostawione?
- Nie panie.
- Bardzo dobrze… Czeka cię nagroda.
- Dziękuję panie.
- Pamiętaj, to już dziś…
- Tak panie.

~*~

      Zwołał wszystkich sprzymierzeńców. Tą bitwę wygra. Wilkołaki, cienie, skrytobójcy oraz jego armia. To będzie jego sukces. Nikt go nigdy nie doceniał. Zawsze znaleźli się tacy, którzy byli lepsi od niego. Oczywiście w to nie wierzył. A teraz udowodni, jak bardzo się mylili. Właśnie zjawiły się ostatnie cienie. Wszyscy patrzyli na niego z szacunkiem i oddaniem. Uśmiechnął się pod nosem.

- Przyjaciele, chciałem podziękować za fatygę. Jednak wszystko jest potrzebne czemuś.- Zrobił krótką pauzę i obserwował reakcje poddanych.- Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co i wy. Teraz ogrzewają lochy twierdzy Azkabanu. Co wy na to żeby im pomóc?- Zapytał a po pomieszczeniu rozległy się głuche wiwaty. Uśmiechnął się obleśnie i podniósł różdżkę do góry. Za nim uczynili to samo wszyscy zgromadzeni. Deportował się z głośnym trzaskiem, a za nim poszło tysiąc istot pragnących zemsty.

      Wiatr targał koronami drzew na wzgórzu. Ciemne chmury opatuliły szczelnie niebo. Błyskawica rozcięła niebieskie sklepienie, a przez otwarta ranę nieba spadł rzęsisty deszcz. Rookwood z nienawiścią w oczach wpatrywał się w wielkie zamczysko, które odebrało mu człowieczeństwo. Tarcze ochronne połyskiwały za każdym razem, gdy złota smuga trafiała na srebrną ścianę.

- Defodio!- Wrzasnął celując w tarczę. Za nim poleciało jeszcze kilka innych zaklęć łamiących. Powoli klątwy zaczęły przełamywać bariery ochronne.

     Dementorzy wyczuli obecność wroga i zaczęli kierować się w stronę osłabionej ochrony. Wtedy Rookwood nasłał na nich cieni. Czarne płachty zaczęły opadać w dół. Dementorzy nie byli w stanie zobaczyć cieni, ale cienie doskonale zdawały sobie sprawę z zagrożenia i opętały latające stwory, oszałamiając je.

Augustus rzucił na wszystkich zaklęcie kameleona i z dzikim wrzaskiem rzucił się do przodu. Za nim ruszyły wilkołaki i jego poddani. Najbliżej Rookwood’a biegł rudowłosy mężczyzna, który oślepiał napotkanych wrogów.

~*~

      Darias Flitwick pełnił nocną wartę w Azkabanie. Jego młodszy brat Filius pracował jako nauczyciel zaklęć w Hogwarcie. Mieli bardzo dobry kontakt, ale ostatnimi razy rzadko się widywali. Darias usłyszał krzyk i podszedł na wschodnią ambonkę. Nikogo nie zauważył. Krzyk stawał się coraz silniejszy, więc udał się na północ. Stamtąd zobaczył jak dementorzy upadają, a bariera zaczyna się kruszyć. Machnął różdżką budząc wszystkich strażników kurhanu. Wielkie kamienne posągi ruszyli do walki. Nikogo nie widzieli, ale gdy poczuli, że są atakowani, zaczęli bić na oślep. Trafiani napastnicy opadali martwi na trawę, materializując się.

     Rookwood bez problemu mijał żołnierzy, biegnąc w stronę wejścia do zamku. Większość atakujących wzięła z niego przykład i ruszyli za nim. Po szaleńczym biegu byli w jednym z podziemnych korytarzy. Augustus doskonale pamiętał te cele i ścieżki prowadzące do nich. Na jego widok w lochach zawrzało. Większość śmierciożerców, którzy rozpoznali w nim starego kolegę, zaczęło skandować jego imię. Rookwood zadowolony z takiego obrotu spraw, nakazał swoim ludziom wrzucać zaklęcia na kłódki. Na szczęście nie były to jakieś skomplikowane zaklęcia. Zwykła klątwa była w stanie je złamać. Uwolnieni skazańcy zaczęli biec w stronę wyjścia.

     Darias zwołał aurorów. Niestety nie byli oni w stanie stawić czoła cieniom. W jednej z przewodniczących grup był sam minister. Instynkt zaprowadził go na najniżej położone kondygnacje. Zabrał ze sobą garstkę ludzi i ruszył schodami w dół. Pchnął kraty i ujrzał jak najgroźniejsi skazańcy aportują się. Przed nim stanął Rookwood i wesoło mu pomachał, po czym się aportował. Ruszył wąskim korytarzem w nadziei, że uda mu się powstrzymać przynajmniej nielicznych. Przed oczami mignęły mu rude włosy i zraniony wodnisty wzrok. Potter przetarł oczy, by znowu spojrzeć w to samo miejsce.
     Niestety ono było już puste…

~*~

      Nie mogła spać. Draco wrócił właśnie do domu. Wyglądał na wycieńczonego. Martwiła się o niego. Zmęczona własnymi myślami, zsunęła się z łóżka i wyszła z pokoju. Zeszła na dół sprawdzając czy nie ma go w solnie przy Whisky. Jednak pomieszczenie było puste, z resztą tak samo jak i kuchnia. Ruszyła na górę i skierowała się w kierunku pokoju, do którego nie miała wstępu. Znalazła go… Siedział na podłodze, głowę opierał o łóżko, a w ręku trzymał zdjęcie. To samo, któremu i ona się przyglądała. Delikatnie zamknęła drzwi i usiadła obok niego. Podniósł na nią szklany, pusty wzrok, żeby następnie nadal wpatrywać się w fotografie.

      Nie wiedziała, co ma zrobić. Nie znała go na tyle dobrze. Zawsze to on był tym silnym, który dyktował zasady. Teraz to on potrzebował wsparcia. Położyła mu rękę na ramieniu, lecz nie odezwała się nawet słowem. Ciszę przerwał suchy, wyprany z jakichkolwiek emocji głos.

- Była naprawdę dobra. Nie zasługiwała na taki żywot. Zawsze pomagała, wysłuchała, ale nie potępiała.- Spojrzał na nią.- Czułaś kiedykolwiek taką cholerną pustkę, którą nie jesteś w stanie zapełnić nawet alkoholem.- Pokiwała twierdząco głową. A on uśmiechnął się gorzko.- A ja jestem pierwszy raz w takiej sytuacji.- Po jego policzku spłynęła pojedyncza łza, którą otarła lekko kciukiem.

- Takiej pustki nie da się niczym wypełnić. Ale można się nauczyć z nią żyć. Z czasem ona zastyga. Ale nadal istnieje.- Powiedziała cichutko i podniosła się z ziemi.- Choć. Na podłodze jest trochę niewygodnie.- Skinął jej głową i wstał. Ułożył się na łóżku trzymając fotografie w ręce. Hermiona nieśmiało usiadła na krawędzi łóżka i obserwowała mężczyznę.

- Chyba nie będziesz siedzieć przez całą noc?- Zapytał podnosząc jedną brew do góry. Kobieta uśmiechnęła się lekko na ten gest. Czyli nie jest z nim tak źle.- Pomyślała.

- Zaczekam aż uśniesz i pójdę do siebie.- Powiedziała i odebrała mu zdjęcie stawiając na półkę.- Szkoda żeby się zniszczyło.

- Mam prośbę…- Powiedział nie patrząc na nią.- Zostaniesz? Tylko tę noc. Nie chcę być sam… Nie wytrzymam, jeśli ona mi się przyśni.- Oznajmił z taką goryczą, że mimowolnie coś ścisnęło ją za gardło. Pokiwała głowa na znak zgody. Draco posunął się kawałek dalej zagarniając do siebie Hermionę. Zaskoczona kobieta wydała z siebie pisk przerażenia, który mimo wszystko go rozbawił.- Czyżbyś się mnie bała?- Zapytał z delikatną przekorą w głosie. Ta tylko pokiwała głową w geście ogólnego niezrozumienia życia i ułożyła się wygodniej. Po chwili obydwoje odpłynęli do krainy Morfeusza.

~*~

      Czy każdą pustkę można zabić? Nie, zdecydowanie nie. Ale zawsze można znaleźć osobę, która złagodzi palący ból. Oczywiście dana wybawicielka nie jest tego świadoma i właśnie na tym polega cały proces. Jednak wtedy pojawia się strach. Bo, gdy ona zniknie, pozostawi po sobie pustkę, którą nie da się niczym załagodzić. Gdy ona zniknie, świadomie zabije. I wtedy on będzie wegetował.
A cały paradoks polega na tym, że nie może jej stracić, a ona nie może się o tym dowiedzieć.

piątek, 19 lipca 2013

26. "Zgodził się!"



Po pierwsze : ) 
Rozdział z podwójną dedykacją.
Dla Lili Potter- Za poprawianie humoru, miłe słowa i wspaniałego bloga.
Oraz ShinePurpleYew- Za ciepłe słowa, które motywują mnie do dalszego pisania.
Dziękuję kochane, naprawdę jestem Wam wdzięczna.
Z resztą jak i reszcie komentujących.
Po drugie : )
Zostałam nominowana do Liebster Award przez Istotkę wymienioną już wyżej, ale powtórzę Lili Potter
Już dziękowałam, ale nie wiem, kiedy uda mi się uaktualnić nominację. Na razie nie mam zbytnio czasu, a doszłam do wniosku, że chyba nowy rozdział spodoba Wam się bardziej : D.
No i zapraszam do czytania i komentowania : P.
Pozdrawiam,
Rouse :**

~*~

       Siedziała skulona w rogu pokoju. Kłócili się, a on siedział i nic sobie z tego nie robił. Bała się, niewyobrażalnie się bała. Czuła na sobie jego palący wzrok. Nie podniosła wzroku. Byli coraz głośniej. Przez jej ciało przeszła fala szlochu, ale nikt jej nie usłyszał. A on dalej na nią patrzył i uśmiechał się. Próbowała wstać. Przecież trzeba to zakończyć! Podparła się o ścianę, by dźwignąć się na kolana. Podniosła głowę i napotkała jego oczy. Brąz mieszał się z topionym metalem. Jasna obramówka oczu mocno odcinała się na pokrwawionych białkach. W tym spojrzeniu było tyle nienawiści i pogardy, że mimo wszystko skuliła się w sobie. Dwójka kłócących mężczyzn mierzyło w siebie różdżkami. Wytrzymała ten natarczywy wzrok. Gdy już klęczała, podparła się rękami powolutku prostując nogi. Nagle w okolicach ud złapał ją palący ból. Jakby ktoś przyłożył jej do skóry rozgrzany pręt. Krzyknęła i ponownie upadła na ziemię. Zawyła żałośnie, ale nikt się tym nie przyjął. Blondyn uderzył drugiego mężczyznę, który padł, powalony na ziemię. Krzyczeli, obydwoje głośno wykrzykiwali swoje racje. Parę razy usłyszała swoje imię i imiona swoich przyjaciół, ale nic poza tym. Jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie ogłuszające i zdejmował, gdy oni wymieniali poszczególne nazwiska. Zatkała sobie uszy rękami, chaotycznie kręcąc głową. „Niech oni przestaną, błagam. Dłużej nie wytrzymam…” A jej oprawca nadal siedział na środku wielkiej sali i przyglądał się z widocznym zadowoleniem całej sytuacji. Nagle z jej gardła wydobył się niekontrolowany krzyk. Wszyscy troje spojrzeli w jej stronę. Chciała coś powiedzieć, ale zauważyła jak trzy różdżki skierowane są w jej stronę. Z przerażeniem patrzyła na człowieka, któremu ufała. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Ostatnim, co zobaczyła, był zielony promień światła wstrzelony z trzech różdżek, który mknął w jej stronę. Dla niej nie było ratunku. To koniec…

~*~

- NIEE!- Szamotała się i płakała. Obudził go jej krzyk.
  
     Po powrocie z ogrodu zrobił jej ciepłego kakao, on wypił trochę Whisky i poszli spać. Ona nie pytała o sytuację w labiryncie, on do niej nie wracał. Nagle usłyszał jak ktoś krzyczy. Na początku nie wiedział, co się dzieje, ale gdy oprzytomniał pognał do pokoju na końcu korytarza. Od 10 minut nie mógł jej uspokoić. A przy okazji musiał jeszcze uspokajać siebie. Nie odwiedzał jej jeszcze o takich godzinach, a była 3.20. Co za tym idzie, nie widywał byłej Gryfonki w piżamach. Do tej pory mu to niespecjalnie przeszkadzało. Teraz, gdy  rzucała się po całym łóżku, kołdra została skopana na ziemię, a jej prymitywna piżama podwinęła się do połowy ud, miał niemałe kłopoty z koncentracją.


- Ej, Granger… Hej, obudź się, słyszysz?- Troszeczkę się uspokoiła, lecz oczy miała dalej mocno zaciśnięte, a po policzkach płynęły łzy.- To tylko sen… Zły, ale sen.- Po krótkim zastanowieniu postanowił ją obudzić. Uspokajanie nie szło mu najlepiej i nie wiedział, co ma z tym fantem zrobić. W duchu klął na wszystkie bóstwa, ze nie zostawił jej Potter’owi. Bynajmniej jego samokontrola nie wisiałaby teraz na włosku.- Granger.- Warknął.- Już wstawaj… No już…- Potrząsnął nią za ramię, a kobieta zesztywniała. Zmarszczył brwi i powtórzył czynność.

     Granger powoli otworzyła oczy, jakby bojąc się tego, co zobaczy. Początkowo w jej spojrzeniu zauważył najczystsze przerażenie. Gdy go zobaczyła w jej oczach pojawiła się ulga i ku jego zaskoczeniu ufność. Hah! I to, do kogo!? Do niego! Nie miał czasu się nad tym rozwodzić, ponieważ Granger skuliła się w sobie i zaczęła szlochać. Ponownie zaczął ją uspokajać. Tym razem go nie odepchnęła. Dała się przytulić, choć on już chyba do końca życia będzie sobie wmawiał, że to tylko ona go przytulała, a on wcale tego gestu nie oddał ze zdwojoną siłą.
    
     Hermiona wygramoliła się do niego na kolana, cała się trzęsąc. Merlin musiał go dzisiaj naprawdę wybitnie nienawidzić. Po pół godzinie był wykończony, nadal opierał się o oparcie łóżka i trzymał ją w ramionach. Zasypiał na siedząco, nie żeby mu to przeszkadzało. Gdy był już pewien, że Granger jest spokojna, delikatnie ściągnął ją ze swoich kolan i położył na łóżko. Poszedł z drugiej strony, podniósł skopaną kołdrę i nakrył kobietę.

    Wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. „Cholera! Kolejna nieprzespana noc i to przez nią!” Ona go wykończy tą swoją niewinnością i niewiedzą. Szlag go powoli trafiał. Skierował się do salonu. Kieliszek zbawiennego płynu był teraz dla niego jedynym sensownym rozwiązaniem. Niech Snape się streszcza z odpowiedzią, bo będzie miał chrześniaka na sumieniu. Wypił duszkiem zawartość kieliszka i odstawił go do zlewu. Deportacja pod wpływem alkoholu była surowo zakazana. Groziło to rozszczepieniem ciała jak i duszy. A mu w jednym kawałku było znakomicie. No dobra, może trochę przesadził, ale nie narzekał.

~*~

Z punktu widzenia, Augustusa Rookwood:

     Twierdza Azkaban była więzieniem dla najgroźniejszych i najbardziej okrutnych ludzi w świecie magicznym. Była strzeżona warstwowo. Najbardziej wewnętrznymi ochroniarzami byli aurorzy. Ci idioci myśleli, że po magicznych studiach kryminalno- psychologicznych, byli wstanie porozmawiać z więźniem i sprowadzać go na „dobrą drogę”. No cóż… Więźniowie mając trochę więcej oleju w głowie udawali, że się zmieniają. Przestawali obrażać innych, wdawali się w krótkie konwersacje i uczyli porozumiewać się ze światem. Świat w postaci, aurorów był na tyle naiwny i głupi, że wierzył w idealną grę aktorską zniewolonych. A najgorszy błąd to zaufać wrogowi. Rookwood całą teorię na ten temat mógł wykładać na uczelniach tym debilom, którzy myślą, że potrafią coś osiągnąć lub coś znaczą pracując w Azkabanie. To właśnie było kluczem do jego wolności. A wystarczyło trochę zaufania tego „Aurora” i zwykły nóż obiadowy. Zdobył jego zaufanie i zgrywał biedną sierotę, by później wbić mu nóż w tętnice. Cóż za bohaterska śmierć!

      Następnym warunkiem obrony byli strażnicy kurhanu. Groźnie brzmi, co? Nic bardziej mylnego… Owszem strażnicy kurhanu są nieśmiertelni, ale nie wszechmocni. Dysponują siłą większą niż stado testrali, ale wystarczy zwykłe zaklęcie kameleona, by przejść obok nich niezauważenie. Strażnicy wyczuleni są na punkcie ruchu. Kierowani instynktem samozachowawczym zabijają. Nie są to roboty, które są zaprogramowane na zabijanie i wystarczy przekręcić korbkę i już są potulni, o nie! Dumbledore musiał przecież wszystko zepsuć! Wystarczyło wpoić strażnikom kurhanu, że każda osoba zbliżająca się do nich, im zagraża. A, że ten dziad to manipulant pierwsza klasa, więc nie sprawiło mu to wiele kłopotu. Strażnicy, gdy widzą, że ktoś próbuje uciec, przechodząc koło nich, myślą, że ktoś chce mi zrobić krzywdę, więc zabijają.

     Wielkie, czarne płachty latające wokół tego obskurnego zamku, to przesadnie nazwani dementorzy. Są najbardziej niebezpieczni ze wszystkich warstw ochronnych. Muszą na nich uważać nawet aurorzy. Te bestie są nieobliczalne. Pragną tylko duszy. Nie ważne, kogo! Byli posłuszni Voldemortowi, który był tak potężny i tak nieśmiertelny, że dał się pokonać byle dzieciakowi, który teraz prawnie grzeje tyłek na stołku ministra. Wracając do dementorów… Załatwi je zwykły patronus. Niby proste, co? Jest jednak jeden szczegół. By użyć tego czaru trzeba posiadać niezwykle mocne, szczęśliwe wspomnienie. A ile może ich mieć zwykły więzień i w dodatku były zwolennik beznosego? A no właśnie. Nie za dużo.

     No i zaklęcia ochronne. Jeśli pokona się strażników kurhanu i dementorów, to te zaklęcia to zwykła formalność. Nie mówiąc o Aurorach, bo to chyba już zostało omówione. W tej „organizacji” nie ma wyższego stopnia umysłowego. Posługując się różdżką, Aurora bez problemu można złamać wszystkie zaklęcia.  W dodatku różdżka ma zaprogramowane wszystkie przeciw zaklęcia do ochrony, które sama zakładała.

     Wycieczkę do Azkabanu ma już zaplanowaną, teraz na spokojnie może oddać się w ręce swojej przyjaciółki. Ona go odpręży, z resztą jak zawsze.- Pomyślał rozbawiony swoim żartem wyższych lotów…

~*~

     Filius Flitwick przemierzał korytarze Hogwartu. Musiał przemówić swojemu koledze do rozsądku. Severus nie był łatwym człowiekiem. O nie! Życie go nie rozpieszczało, a on sobie wziął za punkt honoru utrudnianie życia innym. Jednak Molly ostatnio tak dramatyzowała, że nie mógł przejść obojętnie obok wypadku Hermiony. Naprawdę ją lubił. Była jego najzdolniejszą uczennicą, z resztą tak samo jak na reszcie przedmiotach. Rozumiała zaklęcia i nigdy nie musiał ją poprawiać i to się ceni. W czasie wojny uratowała mu życie, gdy walczył z Grayback’iem inny śmierciożerca zaatakował go od tyłu. Gdyby nie ona dostałby niewybaczalnym w plecy. Później nie chciała słuchać podziękowań, mówiąc, że każdy zrobiłby to samo na jej miejscu. Zapukał do mosiężnych drzwi Mistrza Eliksirów. Po chwili usłyszał inwektywy skierowana w jego kierunku, zdecydowanie nienadające się do druku. Zapukał raz jeszcze, ku wielkiemu niezadowoleniu dyrektora, po czym wszedł bez zaproszenia do środka.

-Po, jakie licho pukasz, jak nie czekasz na moją zgodę.- Severus siedział za biurkiem. Na nim stała do połowy opróżniona Whisky i niedopałki papierosów. O tak… Te mugolskie używki były stopą Achillesową w jego życiu. Na szczęście wiedziało o tym zawężone grono pracowników Hogwartu… Musiał przecież czymś odreagowywać, oprócz zabijania, nie? Z czasem i odbieranie życia staje się nad wyraz nudne, a zwykła Avada Kedavra, na pozór siejąca strach po „jasnej stronie”, jest tak samo odbierana jak on w czasie lekcji eliksirów. Nie, chociaż nie… On siał strach. Uśmiechnął się do swoich myśli, całkowicie zapominając o swoim koledze po fachu.

- Severusie… Czy ja przypadkiem ci nie przeszkadzam?- Zapytał Filius nalewając sobie trochę szkarłatnego płynu do kieliszka. Tym pytaniem wymusił na Mistrzu Eliksirów najbardziej mrożące krew w żyłach spojrzenie. Uśmiechnął się szeroko na widok reakcji starego przyjaciela, co jeszcze bardziej rozwścieczyło Snape’a.

- Nie zapraszałem cię tu Filiusie, nie oczekuj przywitania z konfetti…- Warknął niemiło i dopił resztę alkoholu w swoim kieliszku.

- Nawet, jeśli byś mnie zaprosił, to nici z konfetti.- Odpowiedział zdegustowany.- Z resztą nie przeszedłem toczyć z tobą kłótni na poziomie…- Flitwick zaciął się lekko szukając odpowiedniego słowa, po chwili jednak dodał bardziej zdecydowany.- Wiesz Severusie? Jak dla mnie to ta konwersacja nie ma poziomu. Dlatego pokaż mi, dlaczego mianowali cię dyrektorem i porozmawiajmy. Muszę ci powiedzieć o bardzo ważnej sprawie…- Snape skrzywił się i popukał palcami o biurko. Jego mina pokazywała bezgraniczne znudzenie nim jak i całym światem.

- Chciałbym cię tylko powiadomić, że gdy nawet rozmawia ze mną Weasley, to ta konwersacja jest na najwyższym poziomie…- Uśmiechnął się lekko.- Bynajmniej z mojej strony.

- Och.., Przechodząc do sedna… chodzi mi o pannę Granger. Znasz jej sytu…- Flitwick nie dokończył, ponieważ Mistrz Eliksirów zerwał się z fotela i ruszył w kierunku drzwi. Gwałtownie je otworzył, po czym spojrzał na nauczyciela zaklęć w głowie powoli szukając jego następcę.

-, Jeśli chodzi o Granger…- Syczał, nie spuszczając z niego wzroku.- Terroryzował mnie już młody Malfoy. Molly, Minerwa i wszyscy Weasley’owie po kolei. Jeśli ty zaczniesz o tym gadać, to przysięgam, że zacznę szukać twojego następcy.- Jego twarz była spokojna, a jedyne zdenerwowanie zdradzały mocno zaciśnięte szczęki i pięści.

     Filius niewzruszony zachowaniem przyjaciela pokręcił jedynie głową i chciał wstawać. Nagle usłyszeli trzask, który zazwyczaj towarzyszył teleportacji. W gabinecie dyrektora zmaterializował się zdenerwowany Draco. Gdy zorientował się, że w pomieszczeniu, Snape nie jest sam, uśmiechnął się malfoyowsko i podniósł jedną brew, w geście zapytania. Severus jęknął rozgoryczony, podsumowując swój jakże trudny żywot. Z hukiem zatrzasnął drzwi i wrócił do swojego fotela. Schował twarz w dłoniach, a młody Malfoy ruszył w kierunku wujowego barku procentowego. Snape nie odrywając rąk od twarzy warknął.

- Malfoy, wara od mojej Whisky albo ci krzywdę zrobię, a uwierz w tej chwili jestem do tego zdolny.- Draco zatrzymał się w pół kroku i spojrzał pytająco na swojego byłego nauczyciela od zaklęć. Ten jednak pokręcił głową i wzruszył ramionami. Zrezygnowany Draco odwrócił się na pięcie i zajął miejsce naprzeciw biurka.

- No profesorze Snape… Jak tam życie?- Zapytał niby obojętnie, bawiąc się jednym z posążków stojących na biurku. Przyszedł w jednej zasadniczej sprawie. Jednak chciał usłyszeć to od Snape. On już się naprosił.

     Dyrektor Hogwartu popatrzył na mężczyzn, którzy wpatrywali się w niego oczekująco. Postanowił to zignorować i zaczął uzupełniać papiery leżące na biurku. Po 10 minutach spojrzeń rzucanych w jego stronę miał serdecznie. Dosyć. Obu potraktował takim spojrzeniem, że mimo wszystko skulili się w sobie, ale wzrok wytrzymali.

- Zjawi się tutaj równo 1 stycznia z samego rana o godzinie 05.00. Jeśli spóźni się choćby minutę drzwi się zamkną. Potter ma pożyczyć jej niewidkę, codziennie wejście będzie się pojawiać przy sali wyjściowej, w drugim korytarzu po lewej stronie. A teraz znikajcie z mojego gabinetu i nie gapcie się na mnie jak Potter na eliksirach, bo potraktuje jakimś wyjątkowo paskudnym zaklęciem.- Zero reakcji. Nadal siedzieli z szeroko otwartymi oczami. Gdy Severus podniósł się i sięgnął po różdżkę obydwoje zerwali się z miejsc i ruszyli do wyjścia. Gdy Postrach Hogwartu pozbył się natrętów, opadł bezwładnie  na fotel, zastanawiając się, w co on się znowu wpakował.
     „Mam dar do wpakowywania się w kłopoty.”- Pomyślał i wrócił do uzupełniania dokumentów.

      Draco wyszedł uradowany z gabinetu swojego wujka. Gwiazdka już niedaleko, a on sprawił mu taki prezent, że nie mógł się pozbierać. Odwrócił się do profesora Flitwicka.

- Zgodził się!- Powiedzieli obydwoje i podali sobie ręce. Tak, to była bardzo krótka, ale i bardzo owocna współpraca, jaką kiedykolwiek Draco przeprowadził z nauczycielami. 
~*~

     Przy stole panowała cisza. Bardzo niezręczna cisza… Pani Weasley wpadła  na genialny pomysł, by zebrać rodzinę na obiedzie. Fred i George byli wniebowzięci. Mogli w końcu przetestować kilka nowych wynalazków. Pognębić Rona.. Ech, żyć nie umierać. Choć ostatnio znaleźli bardzo odpowiadającego im sprzymierzeńca. Blaise Zabini. Traktowali go jak brata. Był dla nich naprawdę miły i uwielbiał denerwować Rona. Na początku traktowali go jako wroga, ale po założeniu z nim sojuszu doszli do wniosku, że był to najlepsza decyzja, jaki mogli podjąć. Po kolejnej wypowiedzi Diabła najmłodszy z braci postanowił się więcej ni odzywać. Dopiero, gdy Zabini położył rękę na kolanie jego siostry coś się w nim obudziło.

- Łapy przy sobie, czarny orangutanie.- Warknął w kierunku rozbawionego chłopaka.

- Przecież cię nie dotykam Weasley.- Odpowiedział przybijając żółwia jednemu z bliźniaków.

-Wiesz, o czym mówię …- Ron przebrał na tworzy kolor swoich włosów i uparcie przyglądał się talerzowi, który przed nim leżał.

- Wiesz, co Weasley? Pogadaj do rynny, będzie większe echo, może ktoś w końcu zacznie cię słuchać.- Bliźniacy zaczęli się śmiać. W końcu dołączył do nich czarnoskóry. Ginny kopnęła, Blaise’a w kostkę. Ten popatrzył na nią wzrokiem, który ukazywał ucieleśnioną niewinność.

- Uspokój się proszę, bo następnym razem zostaniesz w domu pilnować wycieraczki. Zostaw go w spokoju.

-, Dlaczego mówisz to do mnie?- Zabini’emu puściły z deka nerwy. On ma się uspokoić, a ten rudy szczur ma go obrażać? I co jeszcze?!

-, Bo wierzę w twój rozum, kochanie…?- Odpowiedziała nieprzekonana patrząc na minę swojego chłopaka.

- Jasne, bo gdyby jemu wsadzić łepek od szpiki w mózg to byłaby grzechotka.- Odpowiedział zgryźliwie, obrażony na Rudą. (Nie)stety powiedział to trochę za głośno i usłyszał to Fred. Przekazał to swojej drugiej połówce i wybuchli śmiechem. Diabeł domyślił się, o co chodzi i uśmiechnął się szeroko do swojego talerza.- Pyszna zupa pani Weasley, naprawdę, w życiu lepszej nie jadłem.- Odpowiedział przymilnie do gospodynie, uśmiechając się przy tym zabójczo. Molly zarumieniła się mocno, dziękując za komplement. Ginny pokiwała z dezaprobatą głową i spojrzała na Blaise’a, który zamaszyście oczyszczał talerz.

- Wiesz Zabini, ciekaw jestem czy twoi rodzice kiedykolwiek przyjmą Gin na obiad. Bo jak na razie to pasożytujesz tutaj. Czyżby te zaszczute psy nie miały czasu dla przyszłej synowej?- Zastanawiał się na głos, Ron.

     A w Diable coś pękło. To fakt, jego rodzice nie mieli dla niego czasu… Jego jedyną rodziną był Draco, Hogwart i teraz Ginny. Powiedział jej o wszystkim, kiedyś, gdy leżeli razem, po wspólnym wieczorze. A teraz, gdy usłyszał to z ust tego… Nawet określenia nie mógł znaleźć. Gwałtownie podniósł się z krzesła i wymierzył w Rona różdżką. Gdy wszyscy myśleli, że rzuci na rudego jakąś klątwę, nadzwyczajnej w świecie aportował się z cichym trzaskiem.

     Ginny która obserwowała to całe zajście miała łzy w oczach. Blaise niejednokrotnie wspominał, że nie miał szczęśliwego dzieciństwa, a gdy dowiedziała się o wszystkim pewnego razu, obiecała sobie, ze zrobi wszystko, by mu to wynagrodzić. Zdegustowana wstała od stołu i spojrzała na zadowolonego z siebie Rona.

- Wspaniale.- Powiedziała bezbarwnym głosem.- Od tego czasu Ronaldzie Weasley możesz przestać uważać mnie za siostrę.- Wyciągnęła różdżkę, skierowała ją w stronę Rona i powiedziała.- Sanguinis Separatio*.- I w chłopaka ugodziła fala białej smugi światła.- Dziękuję mamuś za obiad. Do widzenia.- I deportowała się.


*rozłąka krwi z łaciny. 

Edit. Lili Słońce już poprawiłam XD
Przepraszam, ale starałam się jak najszybciej dodać notkę i napisałam głupoty.
W każdym bądź razie jest poprawione. 
Dziękuję :*
Co do pytania, nie na każde odpowiadam w ten sposób, ale wydaje mi się, że może być to niezrozumiałe dla więcej niż jednego czytelnika :) 
Zaklęcie Sanguinis Separatio oznacza rozłąkę krwi. Jest to klątwa, którą używała ciemna i jasna strona, by wymazać poczucie bezpieczeństwa w zdrajcach. 
Ginny użyła czaru na Ronie w efekcie chłopak przestaje ją traktować jako siostrę. Ginny jest z Diabłem więc jest połączona krwią z nim przez dziecko. Ron przestaje czuć cokolwiek wobec Ginny. Jego troska, miłość, etc. do niej zostaje rozłączona i rozdzielona na każdą osobę w rodzinie.
Mam nadzieję, że wszystko jasne :D 
W razie jakichkolwiek pytań, draga wolna :P
Na wszystkie odpowiem :D 
Pozdrawiam i Przepraszam za niejasności.
Rouse :*
 

środa, 17 lipca 2013

25. Labirynt.



Słonka, to już naprawdę ostatni rozdział w tym miesiącu, :D
Życzę miłego czytania,
Pozdrawiam,
Rouse :*
~*~
- Czy mógłbyś mi powiedzieć, w którą stronę mam pójść?
- Zależy to od tego, dokąd chcesz dojść.
- Nie wiem, dokąd chcę iść.
-, Więc tym bardziej nie ma znaczenia, w którą stronę pójdziesz…
     Marzenia i tęsknota.
To te dwie rzeczy nadają sens naszemu życiu.
Dzięki nim wiemy, po co żyjemy. Bo żyjemy dla marzeń.
Tęsknić możemy za zatraconymi szansami i zgubionymi marzeniami, dla których żyjemy.
Zrozumiałe?
Może…
Ale właśnie to jest warunek każdego istnienia na ziemi. System, który zaprogramowany jest w niewiadomy dla nas sposób.
Sposób niezrozumiały, ale tylko wtedy chce nam się żyć.
By odkrywać życie.

       
     Śnieg pokrył każdy fragment ziemi. Biały, puszysty koc okrył zziębniętą krainę. Coś pięknego. W mugolskich dzielnicach paliły się kolorowe lampki, przez okna można było się dopatrzeć piękne, barwne bombki na przystrojonych drzewkach. Święta wszystkim kojarzyły się z czasem wesołym. Najbardziej zażyli wrogowie, godzili się. Wojny kończyły się sojuszem. On tego nie rozumiał. Dlaczego dla jednego dnia miałby zmieniać plany? Przecież to bezsensu. A nawet lepiej dla niego. Nikt nie spodziewa się ataku.

- Jak już wspominałem, mamy do uwolnienia kilku naszych przyjaciół. Z nimi będziemy bezpieczniejsi i co ważniejsze silniejsi. Priorytetem są: Avery, Alecto i Amycus Carrow, Crouch, Dołohow, Gibbon, Jugson, Bella i Rabastan Lastrange, Macnair, Mulciber, Rosier, Rowle i Yaxley. Reszta przy okazji… Nie będę dla nich się aż tak poświęcać…- Myślał na głos. Od dawna planował skok na znienawidzoną twierdzę, w której sam przebywał. Jemu się udało… Był sprytny, szybki i przebiegły. Nikt nie jest w stanie go pokonać. Nawet Złote Dziecko Potter, który bał się własnego cienia.

- Jak się tam dostaniemy? Wejścia strzegą dementorzy, strażnicy kurhanu*, wyszkoleni aurorzy oraz liczne zaklęcia. Nie przedostaniemy się.- Zauważył jego rozmówca. Oj ten Weasley to był bardzo dobry nabytek, ale jedną z jego wad było to, że nie wierzył w jego możliwości. On Augustus Rookwood może wszystko! I niech lepiej on sobie to zapamięta.- Wychwalał się w myślach.

-Oczywiście, że się przedostaniemy!- Wybuchnął histerycznym śmiechem, dławiąc się wypitym alkoholem. Ron skrzywił się lekko.- Znajdziemy więźnia i zawleczemy go tam. Od czego są eliksiry wieloskokowe!- Rudy mężczyzna tylko skinął głową i wstał.

-Rozumiem, że mogę się już oddalić?- Zapytał z niepewnością w głosie. Rookwood spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w oczach.

- Idź Weasley, ale ona cię zgubi… Jeszcze zobaczysz, ja mam zawsze racje.- Ale go już nie było. Właśnie zamykał za sobą drzwi. Augustus pokręcił głową. Szkoda, że nie miał okazji pogadać z tą całą Granger. I co z tego, że byłaby przerażona?  Coś musi w sobie mieć… Coś, co mu by się przydało. Najpierw Malfoy, teraz Weasley… Westchnął głośno, pociągając zdrowy łyk z butelki. Jego najlepszą przyjaciółką od lat była Whisky i nigdy się na niej nie zawiódł. Pozwalała zapomnieć, nigdy nie zdradziła, zawsze była pod ręką.

-Tak, to zdecydowanie był dobry wybór.- Powiedział sam do siebie, trzymając w ręce butelkę. Etykietka połyskiwała w świetle, które dawał kominek. Z nią nigdy nie będzie sam…

     Mijał kolejne zakręty. Schody, długi korytarz, schody i następny zakręt. Nienawidził legilimencji! Nic nie mógł na to poradzić. Ostatnio mu się śniła. Taka roześmiana na szkolnych błoniach. A najwspanialsze było to, że śmiała się do niego! Nie do Malfoy’a, nie do Potter’a, a do niego! No i jak on miał zapomnieć!? Jak do cholery miał o niej zapomnieć! Przeklął głośno trzaskając furtką od posiadłości. Dawno nie był w domu… A jak ostatnim razem się tam pojawił, to nikt nie rzucił się w jego stronę z powitaniem. Przez tyle dni nawet tam nie zaglądnął i nikt się o niego nie martwi. Bo jak przychodzi Ginny, to wszyscy koło niej latają jak koło porcelanowej lalki. Fred i George? Ich nie da się pominąć, a reszta jego rodzeństwa miała rodziny. Jego rodzice mieli upragnione wnuki! A on? Został na szarym końcu… O nie! Nie będzie się nad sobą rozczulał! Oni jeszcze sobie go przypomną! Ale wtedy, to on zapomni.
Zapomni, że cokolwiek ci ludzie dla niego znaczyli.

     Leżała na łóżku i czytała książkę. „Historia Hogwartu” wciągnęła ją naprawdę mocno. Fascynująca książka o czterech założycielach i ich losach. Poprzypominała sobie niektóre zaklęcia i musiała przyznać, że była całkiem niezła. Za oknem panowała szaruga, która nie zachęcała do wyjścia na dwór, ale coś ja natchnęło na spacer. Zeszła na dół i ubrała płaszczyk. Gdy tylko wyszła na zewnątrz uderzył w nią tak silny podmuch wiatru, że przez chwile dusiła się powietrzem. Zamrugała kilka razy, odzyskując rezon. Rozejrzała się dookoła i ruszyła w boczną ścieżkę. Prowadziła ona do uroczego ogrodu, w którym znajdował się owy labirynt, który widziała z okna. Każda ścieżka prowadziła do jednego miejsca, więc nie musiała się przejmować, którą drogę wybrać. A szła tą, najbardziej zawiłą podziwiając piękno rosarium**.

     Mijała kolejne zakręty rozglądając się dookoła. Fontanna była piękna. Coś niesamowitego. Pierwszy raz w życiu czuła się jak księżniczka. Jednak to nie piękno ogrodu podziwiała. Na huśtawce, tyłem do niej siedział mężczyzna. Jego platynowe włosy mieszały się z bielutkimi płatkami śniegu. Na czarnej marynarce można było się, dopatrzeć rozmaitych kształtów malutkich kuleczek, które wsiąkały w materiał. Podeszła bliżej niego, starając się zrobić jak najmniej hałasu. Nawet śnieg skrzypiący pod nogami, był za głośny. Potarła o siebie ręce, by je rozgrzać i zakryła oczy spotkanemu towarzyszowi.

- Oj Granger, Granger… Ty się chyba nigdy nie nauczysz słuchać innych, co?- Zapytał dziewczynę, łapiąc ją za ręce. Powoli się do niej odwrócił i ujrzał wielkie roześmiane oczy. Jej włosy sterczały w każdą stronę, nadając dziecięcego wyglądu. Kiedyś to one były powodem wszystkich drwin z jego strony, ale uświadomił sobie, że nie wyobraża sobie Granger bez szopy na głowie. To już by nie była jego Granger. Oczywiście nikt nie musi o tym wiedzieć!

- Och, kazałeś mi siedzieć w pokoju, a ile można czytać jedną książkę w kółko? Chciałam wybrać się na spacer, a ty? Ty się jakąś napatoczyłeś przy okazji.- Wybuchła śmiechem widząc niezadowoloną minę Draco. Mężczyzna pokiwał z dezaprobatą głową, by uśpić jej czujność. Po chwili przechylił śmiesznie głowę w bok i spojrzał na nią.

- Ja? Ja się „napatoczyłem”?- Hermiona potakiwała zawzięcie głową. Draco uśmiechnął się szerzej. Właśnie o to chodziło! Podniósł się z huśtawki i złapał kobietę wpół, przerzucając ją przez ramię. Towarzyszył temu pisk Hermiony, który go rozbawił.- Jeszcze raz Granger użyjesz tego stwierdzenia wobec mojej osoby, to nie będę aż taki miły.- Postawił ją w dogodnym miejscu. Znaczy Hermiona nie wiedziała, dlaczego akurat w tym miejscu musiała stać, ale jej było bez różnicy.

- No, ale dlaczego? Przecież powiedziałam zgodnie z prawdą.- Patrzyła na niego z determinacją w oczach. I tą swoją nieodłączną zadziornością.- Po prostu szłam na spacer…-Draco zrobił krok w jej stronę.-… A ty się NAPATOCZYŁEŚ, gdy zwiedzałam…- Nie dokończyła, ponieważ mężczyzna popchnął ją w wielką zaspę, która znajdowała się za nią.

     Hermiona w akcie desperacji pociągnęła oprawce za sobą. W efekcie obydwoje leżeli w śniegu. Kobieta roześmiała się głośno. Wzięła w ręce trochę śniegu i rzuciła go w Draco. Zdezorientowany chłopak dał się odepchnąć na bok. Jego mózg zarejestrował tylko śmiejącą się Granger, która uciekła w głąb ogrodu. Podniósł się z ziemi, wrzucając sobie w duchu to, że dał się podejść Gryfonce. Ale ona była na straconej pozycji. Znał ten ogród lepiej niż własną kieszeń. Niech ucieka. On ją i tak złapie. Otrzepał się ze śniegu i spacerkiem ruszył w jedną z zasypanych dróżek.

     Biegła przed siebie. Czuła się jak mała dziewczynka w ukochanym ogródku. Biegła ile sił w nogach, byle tylko mu uciec. Minęła dwa kolejne zakręty i w trafiła w zaułek. Obejrzała się za siebie i cofnęłaby wybrać inną ścieżkę. Jest udało się! Zwolniła trochę, wątpiąc w to, że Draco ją znajdzie. Uciekała mu z dobre 10 minut w naprawdę różne zakręty. Przez chwilę szła tyłem, by sprawdzić, czy nikogo nie ma za nią. Nagle poczuła jak ktoś łapie ją w talii i obraca w swoją stronę. Krzyknęła cicho, gdy zauważyła, że to Draco.

-Ale…, Ale jak..?- Nie odpowiedział jej, tylko się przyglądał. Jakby bił się z samym sobą.-Draco wszystko w porządku?- Zapytała niepewnie.

     Podjął decyzje. Choć wiedział, że nie powinien. Jego samokontrola powoli kapitulowała, a on bezowocnie szukał zdrowego rozsądku. Jednak wszystko na nic. Zbliżył się delikatnie do niej i musnął wargami jej cieplutkie usta. Teraz powinna go odepchnąć. I to by załatwiło sprawę. Nic takiego się nie stało. Kobieta jeszcze bardziej się w niego wtuliła. Pocałunki były coraz bardziej namiętne, a on coraz bardziej siebie nienawidził. Po chwili oderwał się od niej i ruszył w głąb ogrodu.

     Znowu to zrobił, stracił panowanie. Przegrał z samym sobą. Zaklął siarczyście i wrócił do domu. Musi się bardziej pilnować. Tylko jedno zdanie huczało mu w głowie.
„Gdyby tylko sobie o wszystkim przypomniała…”

   


*strażnicy kurhanu.- Wymyśleni przeze mnie wojownicy. Wskrzeszeni z prochów kurhanów ze starożytnych epok. Są niezniszczalni. Stworzył je Nicolas Flamel, alchemik, który współpracował z Albusem Dumbledore’m.
**rosarium.- Inaczej ogród różany. :D

sobota, 13 lipca 2013

24. Bolesna Przeszłość.



Rozdział ze szczególną dedykacją dla Skrzata za cudowny komentarz i wspaniałą twórczość.
Jednak chciałabym zadedykować to każdemu, kto czyta, kto komentuje moje wypociny.
Bardzo Wam za to dziękuję.
Jestem Wam naprawdę wdzięczna, ale już nie będę przedłużać.
To prawdopodobnie ostatni rozdział w tym miesiącu, ponieważ jadę na wakacje i nie wiem czy uda mi się zabrać ze sobą laptopa. : (
A wy się gdzieś wybieracie? : )
Pozdrawiam Was gorąco,
Rouse : *
PS.  W rozdziale pojawią się (chyba raz) mocniejsze inwektywy. Nie wiem czy czytają to osoby, które są wyczulone na tym punkcie, dlatego ostrzegam.

~*~
 „Nie jest łatwo pojąć nawet to
To, że co rano słońce świeci
[…]
Zapytałem o sens w życiu mym
I o prawdę zapytałem
Rzekł - mój synu problem leży w tym
Żeś pobłądził życiem całym”
(Piotr Rubik)


     Z reguły człowiek, który ma wszystko jest szczęśliwy. Z reguły…, Bo jeśli ktoś na górze stwierdzi, że człowiekowi nie jest potrzebne powszechne szczęście w życiu, to nawet, gdy ma on względne „szczęście”, to i tak jest nieszczęśliwy. Czy ma to sens? Jeśli przeczytamy to raz i weźmiemy pod uwagę ogólny sens, to nie. Nie ma to sensu… Zwykłe bełkotanie.
Ale jeżeli skłonimy się do głębszych refleksji, to odnajdziemy ukryty przekaz. Spójrzcie na to tak; Człowiek ma pracę, którą lubi, miłość życia, względny szacunek i zdrowie. Czy jest szczęśliwy? Oczywiście!- Powiemy. Co on od życia jeszcze chce?
A jednak. Jest jeden szczegół, który po latach przekreśla całe teraźniejsze życie i uniemożliwia postawienie nowych fundamentów.
Przeszłość.- Odbiera czystość sumienia.
To ona ogranicza dostęp do szczęścia.
To ona zanieczyszcza duszę.
To ona niszczy życie.
                                        
~*~

     Słońce uparcie zaglądało przez okno sypialni. Hermiona przetarła oczy i podeszła do ogromnego okna wdychając świeżego powietrza. Tak, zdecydowanie jej tego brakowało. Rozglądnęła się po pokoju. Była to ładna sypialnia gościnna. Znajdowała się tam tylko szafa i łóżko z regałem książek. Przejechała palcem po tytułach. Co ona w ogóle tu robiła? Nie przypominała sobie, żeby wczoraj się gdzieś… A no tak!

-Draco.- Szepnęła sama do siebie. To on ją tu przyprowadził. Tamci ludzie z tego śmiesznego domu mu na to pozwolili. Ale dlaczego? Przecież był dla niej obcym człowiekiem…

     Pokręciła głową ze zrezygnowaniem. A jeśli to prawda? To, co mówił skrzat… Czy ona naprawdę straciła pamięć? Czy ci ludzie są dla niej ważni? No, przynajmniej byli… Wiele niewiadomych, zero odpowiedzi. Takich sytuacji nie znosiła. Nienawidziła nie wiedzieć! Wyjrzała na korytarz, sprawdzając czy może ktoś wyjdzie z wielu drzwi na długim korytarzu. Jednak tam nie było nikogo.  Wyszła na korytarz kierując się na schody, które prowadziły na dół. W połowie drogi usłyszała dzwonek do drzwi. Właśnie chciała podejść i otworzyć, gdy przed wejściem zmaterializował się skrzat i uprzedził Granger. Do środka weszła niska, ruda osóbka z zaokrąglonym brzuszkiem. Stała koło schodów i wpatrywała się w gościa. Gdy kobieta odwiesiła na haczyk płaszcz, uśmiechnęła się do niej szeroko i rzuciła jej się na szyje.

- Miona! Nie masz zielonego pojęcia jak ja się o ciebie martwiłam! Ale na szczęście nic ci nie jest!- Nadal stała. Stała i nie mogła się poruszyć.- Mionka…, Co jest?- Jej radość trochę przygasła.

- Przepraszam, ale nie znam cię… Ja…Ja nie pamiętam…- Obserwowała jak ruda osóbka pokiwała przecząco głową. Jej oczy gasły, Hermiona obserwowała jak jej źrenice wypełnione radością i szczęściem, matowieją. Po policzkach, ociężale toczyły się łzy. Naprawdę było jej żal tej młodej kobietki, ale co ona mogła zrobić?

     W głowie Ginny dudniło. Czuła jak grunt spod jej nóg ucieka, ostrość widzenia szwankowała, rozmazując wszystko wokół. Jej najlepsza przyjaciółka, traktowała ją jak siostrę… Zawsze jej pomagała. Nie, to jakiś głupi żart. Ona sobie tylko z niej żartuje! Jednak pustka, jaką dostrzegała w oczach Hermiony przekonywała ją do tego, że nic takiego nie nastąpi.

- Może wejdziesz?- Zapytała nieśmiało panna Granger wskazując na wejście do kuchni. Ginny przytaknęła ruchem głowy. Obserwowała jak Hermiona krząta się po kuchni. Przymknęła oczy próbując się uspokoić.- To powiesz mi coś o sobie?- Najmłodsza latorośl  

     Weasley’ów ożywiła się i przytaknęła. Opowiadała jej o czasach szkolnych, o wojnie, o rodzinie. Jednak słowem się nie odezwała na temat Dracona. Nikt jej nie chciał o nim mówić. Zaczęło ją to trochę denerwować! Ten mężczyzna gościł ją pod własnym dachem, a ona nic o nim nie wiedziała! Kompletnie nic! Ale dowiedziała się kilku ciekawych rzeczy. Na przykład to, że jej tato nie żyje, a z matką nie utrzymuje kontaktu. Dlaczego? Tego Ginny nie wiedziała i z nią tą wiedzą podzielić się nie mogła. Musiał się naprawdę bardzo długo przyjaźnić, bo Gin strasznie dużo o niej wiedziała. Siedziały tak z dwie godziny aż po Rudą przyjechało jakiś samochód. Weasley’ówna szybko się ubrała i w trochę lepszym humorze opuściła dom Malfoy’a.

     Hermiona pomyła naczynia, posprzątała kilka pomieszczeń na dole i urządziła sobie wycieczkę po domu właściciela. Przechadzała się właśnie długim korytarzem. Po obu stronach, na ścianach wisiały portrety jakichś ludzi, którzy z zaciekawieniem się jej przyglądali i vice versa. Hermiona niektórych pamiętała z książek, które niegdyś czytywała. Wszystkim grzecznie kiwała głowa w ramach przywitania. Jednak najbardziej zainteresowały ją drzwi na końcu korytarza. Oglądnęła się za siebie sprawdzając czy nikt nie idzie i naparła na klamkę. Drzwi ustąpiły, a ona czuła jak jej serce obija się o żebra. Pomieszczenie było wręcz ogromne utrzymane w ciepłych barwach beżu. Meble z dębowego drewna, wielkie łoże z zieloną satynową pościelą, dwie szafki nocne po obu stronach z lampkami. Pokój był śliczny i gustowny.

     Hermiona podeszła do jednej z szafek i wzięła do ręki zdjęcie. Śmiała się z niego piękna blondynka w szafirowej szacie, jej niebieskie, pełne radości oczy były przepełnione czułością. Na rękach trzymała małego blondynka, który wtulał się w nią i nieśmiało spoglądał na fotografa. Uśmiechnęła się sama do siebie. Rozglądnęła się po pokoju, ale nic na tyle nie przyciągnęło jej uwagi. Usiadła na brzegu łóżka i chciała podkulić nogi pod brodę, ale piętą boleśnie zawadziła o „coś” pod łóżkiem. Potarła obolałe miejsce schyliła się, by wyciągnąć okrągły płaski talerz. Zaskoczona zajrzała do środka. Jakaś niebieska mgła unosiła się w misie. Delikatnie przejechała palcem po powierzchni. Próbowała sobie przypomnieć czy wie cos na temat tej rzeczy. Jednak nic nie przychodziło jej do głowy. Spojrzała na drzwi, by upewnić się, że jest sama i przybliżyła twarz do misy. Była pewna, że coś tam ujrzała! Na pewno coś tam było! Po chwili obraz dalej się rozmazał, a Hermiona nachyliła się jeszcze bardziej u poczuła jak coś ją wciąga do środka.

~*~
     Draco miał dosyć siedzenia w Norze. Co chwile ktoś go pytał jak czuje się Granger, czy nic jej nie jest i tak dalej. Na Salazara! Przecież on jej nic nie zrobi! Pokiwał za zrezygnowaniem głową. W końcu wykręcił się tym, że idzie sprawdzić, co z Granger, bo cały dzień siedzi sama w domu. Wszyscy zaczęli mu przytakiwać i wręcz wyganiać! Tylko pani Weasley dosłownie wcisnęła mu z trzy kilo pasztecików, „dla Hermiony”. Deportował się pod bramę posiadłości i machnął różdżką, a furtka ustąpiła. Wszedł do domu, ale nikt go nie przywitał. Dziwne… A myślał, że Granger czatuje pod drzwiami i nie może się doczekać, kiedy wróci. Otrzepał płaszcz ze śniegu i odwiesił go.

-Strzępek!- Krzyknął i ruszył do kuchni. Po chwili dołączył do niego skrzat.- Wiesz gdzie jest Granger?- Skrzat pokręcił przecząco głową. Malfoy wniósł oczy ku górze.- A możesz jej poszukać?- Stworzonko pokiwało głową i już go nie było. Draco odłożył paszteciki do lodówki i udał się do salonu. Rozłożył się w fotelu, przywołał butelkę Whisky i jednym ruchem różdżki rozpalił ogień w kominku. Od razu lepiej… Myślał, że pójdzie zdecydowanie ciężej, a tu? Uśmiechnął się sam do siebie. Skrzat nie wracał już dobre piętnaście minut i Draco zaczął się trochę denerwować. Usłyszał trzask i stanął przed nim skrzat z przestraszoną miną.

- Paniczu Malfoy, Strzępek nie znalazł panienki Granger. Strzępek szukał wszędzie, ale znalazł tylko myśloodsiewnie na łożu panicz rodziców.- Skrzat ledwie skończył mówić, a Draco zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę sypialni rodziców.

~*~
    
     Wszystko jej się na początku rozmyło. Następnie zaczęły się pojawiać ściany, drzwi i meble. Znajdowała się na korytarzu. Słyszała stłumione śmiechy i rozmowy. Bez zastanowienia ruszyła w tamtą stronę. Minęła kilka drzwi, skręcając w boczny korytarz. Podeszła bliżej i weszła do ogromnego pomieszczenia. Na środku stał długi stół. Dookoła stały zwykłe drewniane krzesła, tyle z jednej strony stało coś na kształt tronu. Hermiona chciała uciekać gdzie pieprz rośnie, ale zauważyła, że nikt nie zwrócił na nią uwagi. Minęła największe krzesło i cicho krzyknęła. Obok leżał wielki wąż. Ze strachem rozglądała się czy ktoś, chociaż na nią spojrzał, ale nic takiego się nie stało. Wszystkie krzesła były zajęte, brakowało tylko osoby, która zasiadłaby na tronie. Każdy coś między sobą szeptał, ale gdy tylko wysoka postać pojawiła się w przejściu zapanowała idealna cisza. W końcu i ostatnie miejsce zostało zajęte przez beznosego mężczyznę z czerwonymi oczami. Hermiona wzdrygnęła się. Gdy go zobaczyła miała ochotę krzyczeć, ale gdy pojęła, że nikt jej nie widzi ani nie słyszy, zrezygnowała z tego pomysłu. Mijała kolejne krzesła, gdy nagle zauważyła tlenione blond włosy. Przyśpieszyła kroku, by dokładniej przyjrzeć się mężczyźnie. Był trupio blady i płytko oddychał. Niebieskie oczy były przymrużone, a na czole perlił się pot. Był strasznie podobny do Draco…, Ale najwidoczniej wszyscy się bali. Czego? Tego Hermiona nie wiedziała. Po chwili do sali wszedł niska, gruba postać z wielkim, przekrzywionym nosem. Za nim wlokła się jakaś kobieta. Hermiona podeszła bliżej i nie mogła uwierzyć własnym oczom. Była to śliczna blondynka ze zdjęcia.

- Widzisz Lucjuszu?- Przeraźliwy syk wypełnił cały pokój, a Hermionie zjeżyły się włosy na karku.- Nie umiałeś przypilnować żony to ci pomogłem… Teraz powinna być posłuszna…- Kobieta ledwo utrzymywała się na nogach. Na twarzy miała liczne opuchnięcia, zadrapania i sińce. Jej szata była porwana i brudna. Jej łzy mieszały się z krwią, która nie zdążyła wyschnąć. Na nadgarstkach widniały siniaki i strupy z kajdan. Teraz miała przywiązany do szyi sznurek, za który wprowadził ją ten skrzat. W Hermionie zawrzało. Co oni jej robili?! Sznurek podano mężczyźnie o platynowych włosach, któremu się przyglądała. Kobieta usiadła na ziemi, niczym pies, skuliła się i zaczęła cichutko szlochać. Czerwone ślepia cały czas się w nią wpatrywały z pogardą.- Czy ja jej pozwoliłem wydawać jakiekolwiek odgłosy?!- Zasyczał i podniósł różdżkę. Kobieta zaczęła wić się i krzyczeć. Hermiona zatkała sobie usta dłonią i uciekła na korytarz. Nie, ona już chce stąd zniknąć. Nie chce już na to patrzeć! Przecież to nieludzkie! Poczuła jak coś ją wsysa i po chwili ponownie stała w tym samym pokoju, do którego weszła. Z tą różnicą, że w drzwiach stał gospodarz z różdżką w ręce. Hermiona niewiele myśląc rzuciła mu się na szyje. Zdezorientowany mężczyzna objął ją i poczuł jak jego koszula robi się mokra.

     Granger była roztrzęsiona i głośno szlochała. Cholera! Co ona tam zobaczyła!? Malfoy westchnął głośno na podsumowanie swojego, jakże ciężkiego żywota. Zaczął cicho uspokajać dziewczyna i gdy była już w miarę normalnym stanie kazał jej zejść na dół. Schował myśloodsiewnie pod łóżko i zabezpieczył drzwi, by ciekawska Granger nie zapchała tu już więcej nosa. Przeczesał dłonią włosy i ruszył na dół. Granger siedziała na sofie w salonie, cicho pochlipując.

- Ja nie wiedziałam… Przepraszam… Więcej tam nie wejdę, obiecuję…- Zaczęła się jąkać i szarpać kawałek swetra. Widać było, że jest jej głupio. Malfoy obserwował ją i miał ochotę na nią nawrzeszczeć. Co ona sobie myślała!? Czy zezwalał na wycieczki krajoznawcze?! Westchnął głośno i ponownie pokręcił głową.

- Idź do swojego pokoju i nie ruszaj się stamtąd dopóki cię nie zawołam.- Gdy nie zauważył u niej żadnej reakcji powtórzył, tylko trochę… bardziej drastycznie.- NO JUŻ NA GÓRĘ!- Spojrzała na niego wielkimi oczami i uciekła. Draco sięgnął po butelkę Whisky i pociągnął z niej zdrowy łyk. Zdecydowanie musiał odreagować.

~*~

     Szedł długim korytarzem. Światło dawały tylko pochodnie, które tworzyły rozmaite cienie. Bał się tego spotkania… Mało tego, on był wręcz przerażony. Naparł na klamkę i wszedł do małego pomieszczenia. Na środku stał fotel. A w nim siedział niezadowolony mężczyzna w ciemnym płaszczu. W ręce dzierżył kieliszek. Ukłonił się nisko i podszedł bliżej.

- „Znajdź ją”…, Czego do kurwy nędzy nie zrozumiałeś!?- Mężczyzna wstał z fotela i cisnął kieliszkiem o czarną, marmurową posadzkę. Spojrzał na wściekłą postać, która zaczęła chodzić w kółko i mrucząc inwektywy w kierunku jego osoby, które zdecydowanie nie nadają się  do druku.

-Ja… Ja byłem… Byłem w mieszkaniu…, ale jej tam nie było…- Weasley jąkał się i zaczął wyłamywać palce. Wiedział, że zawalił…, Ale co on mógł jeszcze zrobić!? I co do cholery robił tam Malfoy!

- I ty się pytasz, co mogłeś jeszcze zrobić?!- Rookwood wydarł się, a po chwili wybuchnął paranoicznym śmiechem.- Młody Malfoy tam był? To ciekawe… Najpierw nie wykonuje zadania, a następnie pojawia się u szlamy? Będę musiał sobie z nim uciąć krótką pogawędkę.- Mówił sam do siebie, całkowicie zapominając o jego obecności. Weasley obserwował Augustusa ze zdziwieniem. Fakt faktem był zły, że użył na nim legilimencji, ale jeśli to miało go uratować, to nie jest aż tak źle. Chciał się pomału wycofać, bo, po co ma mu przeszkadzać? Gdy już miał dotykać klamki, usłyszał za sobą syk.

- A ty gdzie się wybierasz?- Obrócił się napięcie, by odpowiedzieć na pytanie, ale gdy zauważył ogniki furii błyszczące w oczach Rookwood’a, nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Ten mężczyzna był przerażający. W jednej chwili był okrutny, by po chwili zwracać się do przybyłych „przyjacielu”. Śmiał się, a później wpadał w furię i roznosił wszystko dookoła. Dlatego nie wiedział, czego ma się spodziewać.- Pytałem się ciebie CZY GDZIES SIĘ WYBIERASZ?!- Wykrzyczał, a stary żyrandol zakołysał się niebezpiecznie. Poruszał ustami, ale nie wydobył żadnego dźwięku. Usłyszał szaleńczy śmiech, a zaraz po tym krzyk.- CRUCIO!- Poczuł jak ziemia usuwa mu się spod nóg.
    
     Upadł uderzając twarzą o przesadnie czysty marmur. Z jego gardła wydarł się obłędny dźwięk. Brzmiał jak zranione zwierze, które błaga o śmierć. Łzy spływały po policzkach, zostawiając lśniące koryta. Nie wiedział, co się z nim dzieje. Każdy narząd palił, zimne poty oblewały ciało. Gdy usłyszał jak klątwa zostaje cofnięta, chciał odetchnąć, ale nie dał rady. Przechylił lekko głowę w bok, bo zobaczyć pedantycznie czyste, czarne buty.

-Jak dojdziesz do siebie umówimy nowy plan… Nasi przyjaciele zbyt długo siedzą za kratami Azkabanu. Trzeba im pomóc, nie sądzisz?- Jęknął głośno, próbując się podnieść.- Też tak sądzę.- Powiedział zadowolony z siebie i ruszył do barku.- Whisky?- Zapytał, po czym rozlał szkarłatnego płynu do dwóch kieliszków. Postawił jeden na stoliku, drugi wziął do ręki i rozsiadł się wygodnie w fotelu. Weasley dźwignął się na rękach i chwiejnym krokiem ruszył do stolika. Zagarnął kieliszek i duszkiem wypił zawartość. Odsunął drewniane krzesło, stojące obok stolika i zajął miejsce.

-, Co robimy?- Zapytał wpatrując się w płomienie oblegające drewno w kominku.

     Takie zawsze się tliły w Pokoju Wspólnym Gryffindor’u. Wtedy wszyscy w trójkę siadali przed kominkiem i odrabiali prace domowe. Znaczy odrabiali. Hermiona odrabiała, a on z Harry’m omawiał kolejną taktykę pozwalającą wygrać mecz i zgarnąć puchar quidditch’a. Uśmiechnął się do siebie. Wtedy myślał, że się przyjaźnią. Okłamali go, by później zostawić na lodzie, samego. Ale on się podniósł, dał sobie rade sam. Czy Potter naprawdę myślał, że jeżeli da mu posadę w ministerstwie, to naprawi wszystkie swoje błędy? O nie, nie tym razem. On mu jeszcze pokaże. Bo tak naprawdę, to Potter- Złote Dziecko, od zawsze był na straconej pozycji. Zemsta jest słodka.- Powiadają… Możliwe, on się dopiero o tym przekona.


sobota, 6 lipca 2013

23.Mission accomplished.



Słuchajcie, ludzie kochani.
Jest mi cholernie przykro, bo inaczej nie powiem!
50 wejść, a 2 komentarze?
Bardzo dziękuję dziewczynom za nie, ale to naprawdę nic trudnego!
Krótka piłka albo Wam się podoba albo nie…
Ale musicie mi to napisać, bo ja niestety nic o tym nie wiem!
Z ciężkim sercem dodaje następną część, a kolejna pojawi się, gdy chociaż 6 osób zdecyduje się na wyrażenie swojej opinii.
Pozdrawiam, ściskam i całuje,:*
Zasmucona i załamana Rouse.

       Draco przetarł oczy i spojrzał na zegarek. 4.45. Nie mógł spać tej nocy. Było mu niewygodnie i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Zrezygnował z dalszego „spania”, wstał z kanapy i skierował się do łazienki. Miał trochę spraw na głowie. Pierwsze, co powinien dzisiaj zrobić to zabezpieczyć dom Granger. Jest tam zbyt wiele informacji i rzeczy, których Rookwood potrzebuje. Pasowałoby napisać do Potter’a i choć Draco wątpił, że potrafi on coś zrobić w tej sytuacji, to w końcu minister był przyjacielem dziewczyny. Jednak priorytetem było odwiedzenie swojego, byłego opiekuna. On musiał mu pomóc i młody milioner nawet nie brał pod uwagę tego, że Snape może się nie zgodzić. Szybko się ubrał i skierował do kuchni po kubek kawy.

-Strzępek!- Krzyknął cicho, byleby tylko nie obudzić Granger. Po chwili skrzat zmaterializował się przed nim.

-Dotrzymasz dzisiaj towarzystwa Granger, masz dopilnować, żeby pod żadnym pozorem nie wychodziła z domu. Nie przyjmuj gości z wyjątkiem Weasley’ów i ewentualnie Zabinich…- Dodał z przekąsem i odstawił kubek do kranu.- A! I żeby najmłodszy z Weasley’ów nawet nie przekraczał progu posiadłości.- Skrzat pokornie skinął głową.- Na niego mam alergię.-Dodał ciszej do siebie i deportował się.

     Dom Granger znajdował się w spokojniej dzielnicy. Mimo, że było ciemno można było się dopatrzeć, że był ładny, skromny i zadbany. Draco już miał rzucać zaklęcia, gdy zauważył, że drzwi są niedomknięte. Rozejrzał się dookoła i rzucił na siebie zaklęcie kameleona. Powoli podszedł do drzwi, zdając sobie sprawę, że ślady na śniegu zdradzają jego obecność. Od progu zauważył mokre ślady stóp. Prowadziły one do salonu. Cichutko przeszedł do tego pomieszczenia i miał wrażenie, że wrasta w ziemie. Na sofie siedział… Weasley. Był zgarbiony, twarz schował w rękach i kręcił głową. Po chwili Draco usłyszał cichy szept.

-Co ja zrobiłem…, Co ja najlepszego zrobiłem…, Co ja…- I tak w kółko. Malfoy ściągnął brwi zastanawiając się czy z rudzielcem wszystko w porządku. On osobiście od pierwszej klasy w Hogwarcie wiedział, że jest on niezrównoważony psychicznie i ubytki neuronowe były ogromne, ale w takim stanie jeszcze go nie widział. Dopiero, gdy zaczął szeptać imię Granger coś się w nim odezwało i postanowił się ujawnić.

-Witam, Weasley, czyżbyś nie w trafił na oddział chorych psychicznie w Mungu? Co robisz w domu Granger?- Zapytał. Jad w jego głosie rozpływał się w powietrzu. Rudzielec obrócił się w jego stronę i zbladł. Po chwili jakby się opanował, wstał, podszedł do blondyna i wysyczał.

-Zapłacisz mi za to, śmieciu. Zapłacisz mi za zrujnowane życie.- I aportował się. Draco stał jeszcze przez moment w tym samym miejscu, po czym pokręcił głową, narzucił wszystkie potrzebne zaklęcia i wysłał patronusa do Potter’a. Teraz z czystym sumieniem może powiedzieć, że nadszedł najtrudniejszy moment, którego najbardziej się obawiał.

     Każdy ma swój cel. Określone ambicje, aspiracje, idee…, Jeśli jest to większy plan, mentor myśli zbiera ludzi, którzy myślą podobnie. Świat zaczyna się dzielić na kolejne części, każdy odłam wpatrzony w swego ideologa. Ale co jeśli jeden człowiek rozrywany jest pomiędzy dwa mijające się światy? Wtedy potrzebna jest zimna krew i pokerowa twarz. Człowiek taki wegetuje. Dzieje się tak, ponieważ nie ma on niczego i nikogo. Bo jeśli jednak zdecyduje się na rodzinę, jeden „pan” może wykorzystać to przeciw niemu. Drugi zaś zmanipuluje go tak, że wszystko, w co wierzy stanie się odległą rzeczywistością. Człowiek zapomina o ludzkich odruchach. Nie wie, co to miłość, smutek lub gorycz. Może czuć tylko i wyłącznie ból, który zada któryś z myśliciel za niespełnienie oczekiwań. Ale z biegiem czasu i cierpienia naszywa się na niego i jak druga skóra towarzyszy mu przez całe życie. Po latach praktyki jest mu już obojętne, co się z nim stanie. Nic gorszego od śmierci go nie spotka, a może to rozwiązanie nie jest aż takie złe, na jakie się kreuje. Wszystkie polecenia obydwu ideologów są wykonywane z chorą dokładnością, wszystkie odruchy są wyćwiczone i nic nie jest w stanie ich zmienić.
       
     Nawet, jeśli czysto hipotetycznie zabójstwo jest rzeczą, po której trudno się pozbierać, to z czasem zamienia się to w morderstwo z premedytacją, a zadawanie bólu przynosi nieziemska satysfakcję. W końcu i on może się poczuć panem sytuacji. To on odbiera życie i to od niego zależy jak to będzie wyglądało.
Z reguły taki człowiek nazywa się szpiegiem.
Z reguły tacy nie mają szans na przeżycie.
Z reguły tacy nie funkcjonują normalnie.
Jemu się udało.
Wygrał.

     Severus Snape siedział za biurkiem i sprawdzał wszystkie dokumenty. Uczniowie w końcu udali się do domów przygotowywać się do świat. Nie potrafił nawet opisać jak on nienawidził tego okresu. Z powrotem skupił się na aktach. Musiał pozapisywać wszystkie osiągnięcia uczniów, zachowania, szczególne notatki, które przydałyby się w następnym roku. Przed wakacjami trudno było to wszystko nadrobić. Jednak mimo usilnych starań nie mógł się skupić. Coś go dręczyło. Nękało, i nie dawało spać po nocach. Odłożył pióro i potarł skronie. Bóle głowy nasilały się u niego ostatnio bardzo często. Nie znał przyczyny, ale Minerwa cały czas matkowała mu jak tylko mogła żeby odwiedził Pomfrey. Z jego punktu widzenia ta kobieta była bardziej nienormalna niż Szalonooki. Chociaż po krótkim zastanowieniu byli siebie warci. Może, dlatego wytrzymywali ze sobą już od trzech lat? Ale wracając do McGonagal. Merlinie, jak on nienawidził jak ktoś się nad nim litował. Litości potrzebował Złote Dziecko Potter, który o ironio, grzał posadkę ministra. Jednak nie zazdrościł mu. Mimo wszystkich znienawidzonych lat w Hogwarcie czuł się tu jak w domu. Nie pałał do wszystkich sympatią, ot, co! Jest dyrektorem, ale to nie oznacza, że ma zachowywać się jak Dumbledore! Ale lubił uczyć, lubił dzielić się wiedzą i obserwować jak (nieliczni) uczniowie zaczynają się tym interesować. Gdy czegoś uczył miał z tego satysfakcję. Westchnął ciężko i wstał od biurka. Spojrzał przez okno. Błonia pokrył śnieg. Właśnie teraz zdał sobie sprawę z tego, że przez lata siedzenia w lochach, brakowało mu takiego okna. Czy to tak wiele? Kawałek dziury w ścianie, przez którą wpadałoby trochę świeżego powietrza. Prychnął zdenerwowany.- Dumbledore to ignorant pierwsza klasa i nawet po jego śmierci nie mógł przestać wypominać mu wad. Pokręcił głową na znak ogólnego życiowego niepowodzenia. Po chwili usłyszał natarczywe pukanie do drzwi. Spojrzał na zegar, wiszący pomiędzy portretami jego poprzedników. 5.20. Skrzywił się. Kto jest tak głupi, żeby przychodzić do niego o TAKIEJ godzinie? Pukanie nie ustawało, co zmusiło go do pozbierania wszystkich papierów i ogólnego „ogarnięcia” gabinetu.

-Wejść!- Warknął. Drzwi ustąpiły, a dyrektor szkoły musiał usiąść z wrażenia. Spodziewał się naprawdę każdego… Minerwy, która zaczęłaby mu jojczyć na uchem. Nawet Trelawney z kolejną fałszywą przepowiednią dla niego. Ale na pewno nie spodziewał się swojego chrześniaka, który teraz stał oparty o framugę drzwi z typowym malfoyowskim uśmiechem.

-Dzień Dobry. Mogę?- Spytał. Postrach Hogwatu szybko odzyskał rezon i skinął głową na znak zgody. Malfoy zajął miejsce w wygodnym fotelu.

-, Co cię do mnie sprowadza, Draco? O ile pamiętam, to skończyłeś szkołę…- rzekł, widocznie niezadowolony z wizyty. Dokładnie obserwował chrześniaka, a znał go wystarczająco długo, by spokojnie stwierdzić, że coś go trapi. Ten jednak milczał. Snape zaczął stukać palcami w biurko, wyraźnie przekazując, że nie ma czasu na błahostki.

- Mam problem i tylko ty jesteś w stanie go rozwiązać.- Powiedział cicho i spojrzał na Severusa. On jednak dał mu znak ręką, by kontynuował.- Wpakowałem się w kłopoty. I choć obiecywałem sobie, że nie wrócę na tamtą drogę, coś mnie tam zaciągnęło. Zacząłem znowu służyć, tym razem Rookwood’owi.- Dyrektor prychnął i pokiwał z dezaprobatą głową.- Dostałem rozkaz, miałem zabić Granger. Myślałem, że dam rady to zrobić. Jednak później okazało się, że ona ma wybraniać mojego ojca. Odmówiłem, a on stwierdził, że za to zapłacę. Nie przejąłem się tym aż do teraz.- Mówił to wszystko cichym szeptem, patrząc na swoje ręce. Niepewnie spojrzał na swojego wujka, który nie był zadowolony z jego poczynań.

-Po, co mi to mówisz? Przecież tyle razy ci tłumaczyłem! Za każdym razem, gdy przychodziłeś uczyć się oklumencji narzekałeś na poczynania Lucjusza, a sam, co robisz?! Narażasz swoje życie!- Snape wstał od biurka i zaczął krążyć po gabinecie.

-Gdyby to moje życie było zagrożone nie przychodziłbym do ciebie.- Syknął, a Severus zatrzymał się w pół kroku i spojrzał na chłopaka.

-Co masz na myśli?- Zapytał już normalnie opierając się o biurko.

- Rookwood porwał Granger. Rzucił na nią jakąś klątwę czarno- magiczną. Nikt nie wie, co to jest, a ona niczego nie pamięta. Pomyślałem o tobie, bo zajmowałeś się Obroną Przed Czarną Magią, ale i uczyłeś się podstaw jeszcze w szkole. Nie wspominając o „przeszkoleniu” w szeregach. Tylko ty możesz jej pomóc… Albo ty albo on. Z dwojga złego wole, żebyś to ty się nią zajął.- Malfoy spojrzał na Mistrza Eliksirów, który dziwnie mu się przyglądał. Po chwili znowu zasiadł z biurkiem i schował twarz w dłoniach.

- „Z dwojga złego”?- Zapytał ironicznie.- Mógłbyś mi to wytłumaczyć?- Spytał po raz kolejny z przekąsem, patrząc na niego spod byka. Draco uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.

- Wujku, obydwoje wiemy, jakie masz podejście do gryfonów. Oni po prostu nie są w twoim guście. Jednym słowem nie ta liga.- Podsumował i obserwował Snepa. Ten tylko mocno się skrzywił i posłał mu takie spojrzenie, że mimowolnie włosy na ręce mu się zjeżyły.- Po chwili spoważniał.- I jak? Pomożesz mi?

-Tobie czy tej gryfonce?- Spytał z ironią w głosie, a Draco uśmiechnął się.

- I mi i jej. No proszę cię, to Granger. Nie ukrywajmy się. Tylko ona rozumiała cos z twoich lekcji. Dzięki niej Longbottom wraz z Weasley’em nie wysadzili ci sali Eliksirów.

- Przemyślę to Draco, niczego nie obiecuję.- Odpowiedział poważnie.- A teraz daj mi dokończyć to, co mi przerwałeś!- Draco uśmiechnął się sarkastycznie.

- A co ci TAKIEGO WAŻNEGO przerwałem? Może byłbym w stanie ci pomóc?- Podniósł kpiarsko jedna brew do góry. I obserwował jak jego wujka dosłownie szlag trafia.

- WYNOCHA, ALE TO JUŻ!- Wydarł się tak, że prawdopodobnie podniósł cały zamek na nogi.

- To była luźna propozycja.- Zaczął się tłumaczyć.

- W takim razie…- Zaczął dyrektor milszym tonem jak na niego.- Nie przytrzaśnij sobie tyłka, jak będziesz wychodził!- Warknął i zaczął uzupełniać papiery.

     Draco z wielkim uśmiechem na ustach deportował się do Nory. Co prawda nie wiedział czy Snape zgodził się mu pomóc czy też nie, ale humor mu dopisywał. Otworzył drzwi Nory i ledwo, co przepchał się do kuchni. W domu panował taki tłok, że wszyscy obecni w pomieszczeniu mieli niemałe kłopoty z oddychaniem. Draco szukał w miarę normalnej osoby, od której mógłby się czegoś dowiedzieć.

-, Co tu się dzieje?- Zapytał Charlie’go,  który z rozbawiona miną obserwował zaistniałą sytuację.

-, Ooo..! Cześć, Malfoy!- Odparł śmiejąc się.- Widzisz, mama tak przejęła się obecnym stanem Hermiony, że postawiła cały Zakon na nogi. A! Żałuj, że nie widziałeś jak dzisiaj rano wpadł tu Harry.

- No tak, poinformowałem go dzisiaj rano. Dużego hałasu narobił?

- O to, że Hermiona straciła pamięć? Nie…- Chłopak wybuchnął śmiechem, zginając się w pół.- Ale o to, że Ginny jest w ciąży…- Przerwała mu napad śmiechu.- Biedak nie wiedział czy ma mordować Zabini’ego, czy zbierać szczękę z podłogi.- Malfoy uśmiechnął się ironicznie. Cały Potter, chociaż z drugiej strony dobrze mu tak. Zawsze chciał ratować wszystkich. Jako minister zapragnął ratować obcych mu ludzi, zamiast przyjaciół. I nawet nie zauważył, kiedy przeholował, wiec dobrze mu tak! Skinął głowa i podszedł do Filius’a Flitwick’a.

- Dzień Dobry.- Przywitał się z byłym nauczycielem.

- Oo! Witaj Draco. Słyszałem, co się stało. Naprawdę mi przykro. Mam nadzieję, ze znajdziemy jakieś rozwiązanie.

- Widzi profesor, ja już znalazłem!- Nauczyciel popatrzył zaciekawiony na młodego Malfoy’a.

-Słucham!- Powiedział ożywiony.-Zamieniam się w słuch!

-Snape.- Szepnął na ucho Flitwick’owi i zatarł ręce. Ten tylko pokiwał z uznaniem głową i uśmiechnął się szeroko.

„No, czyli zgoda samego Snape’a to będzie tylko formalność.”- Pomyślał zadowolony Draco i aportował się do domu.