poniedziałek, 25 marca 2013

15.Bo istnieją różne odcienie czerni...



Światło nie zawsze niesie ze sobą dobro. Ciemność nie zawsze jest złe. Tak i było w jego przypadku. Nic nie widział, nic nie słyszał. Było mu dobrze, nie chciał się stąd ruszać. A tak właściwie… To gdzie on jest? Draco Malfoy balansował pomiędzy dwoma światami. I choć nie zdawał sobie z tego sprawy, to i tak był w nim jakiś dziwny niepokój. Musiał się wydostać z tej otchłani. Nie może dłużej tutaj być. Dlaczego? Tego nie wiedział. Czuł, że nie może tutaj dłużej zostać, w przeciwnym razie nigdy się na to nie zdecyduje. Tylko jak to zrobić. Skoncentrował się na chwile, a przed jego oczami pojawił się dziwny, brązowy kolor. Mimowolnie przypomniał sobie Granger. Właśnie, przez tą przeklętą szlame ma teraz kłopoty. Ale czy nie sam się w nie wpakował? Przecież wiedział, co go czeka za spoufalanie się z osobami, które nie mają czystej krwi. Z drugiej strony to nic nie daje… Na przykład on. Posiada czystą krew, ma wykupiony respekt oraz szacunek, a jest traktowany jak nie jeden skrzat domowy. Piepszyć to wszystko. Chciał znowu spokojnie zaspać, znów poczuć tą idealną ciszę. Jednak cały czas myślał o tym, że musi zabić tę dziewczynę.

Hermiona od godziny stała pod ścianą, bijąc się z myślami. Leżał tam, podpięty pod te ogromne maszyny. Chyba jest mu to winna? Ale moment „winna”? Niby, dlaczego. A jednak się przełamała. Nieśmiało weszła do pomieszczenia i stanęła w progu. Bała się, że on jednak za chwilę otworzy oczy i uśmiechnie się w ten swój perfidny sposób, a ona będzie musiała się tłumaczyć. Stała tam powoli uspokajając rozdygotane serce i wmawiając sobie, że nic takiego się nie stanie. Przecież on jest nie przytomny. Podeszła do łóżka. Czyżby miała stracić następną osobę? Doskonale pamiętała jak niespełna kilka miesięcy temu była tutaj, żegnając się z ojcem. Usiadła na krześle i przyglądała się młodemu miliarderowi. Niezdrowo blada twarz i te blond włosy. Uświadomiła sobie jak bardzo brakuje jej tego ironicznego spojrzenia. Nachyliła się i lekko odgarnęła włosy z jego czoła. Nie mogła się powstrzymać by nie dotknąć jego policzka. Był zimny. Oczy zaszkliły jej się delikatnie. Pogładziła go po twarzy.

Draco z ulgą stwierdził, że jednak żyje i nie musi się wydostawać z żadnego fanaberyjnego świata. Usłyszał, ze ktoś wchodzi do jego sali. Nie otwierał oczu, gość nie kwapił się do pogawędki, w wyniku, czego Malfoy słyszał miarowe pikanie maszyny, która wyręczała go za utrzymywania miarowego oddychania. Zdziwił się, gdy na policzku poczuł ciepłą dłoń.
Po chwili otworzył oczy i nie wierzył w to, co widzi. Na krześle siedziała Granger. Miała spuszczoną głowę. Draco już chciał coś powiedzieć, ale dziewczyna go wyprzedziła. Nadal nie podnosiła głowy, wiec spokojnie mógł się jej przyglądać:
- Nie wiem, co się ze mną dzieje. Myślałam, ze cię nienawidzę, a teraz widzę cię na tym łóżku nieprzytomnego i czuję się winna. Boje się na ciebie spojrzeć. Boje się, że gdy otworzysz oczy zobaczę w nich złość i smutek. Sama się sobie dziwię, ale brakuje mi ciebie. Tego zakochanego w sobie arystokratę od siedmiu boleści. Draco proszę cię nie możesz mnie teraz zostawić. Nawet gdybyś miał tu i teraz wstać i wyzywać mnie od najgorszych, czułabym się lepiej niż teraz. A najgorsza jest świadomość, ze doskonale wiem, że nie będę ci w stanie tego powiedzieć, gdy będziesz mógł mnie słuchać.- Szeptała tak cicho, ze chłopak miał spore trudności ze zrozumieniem tej wypowiedzi. Jednak nawet jak już usłyszał to i tak wszystko docierało do niego w zwolnionym tempie. Sam do siebie się uśmiechnął. Przecież nie może zmarnować TAKIEJ okazji…
Po jej policzkach spływały łzy. Sama się sobie dziwiła, ze ostatnio jest taka słaba. Kiedyś, żeby zmusić ją do płaczu potrzebowali kilo cebuli, a teraz? Jest gotowa się rozpłakać przy pierwszym lepszym łzawym filmie romantycznym.
- Wiesz Granger, nie jestem w stanie teraz wstać i cię wyzywać, ale obiecuje, ze, gdy tylko mi się poprawi nadrobię zaległości. A i wiesz…- szepnął konspiracyjnie- mnie nie tak się łatwo pozbyć. Swego diabły tak szybko nie wezmą. No i wiesz Zabini ma tam wpływy.
Hermiona zrobiła się blada i podniosła głowę. Zobaczyła uśmiechniętego Malfoy’a, który lekko mrużył oczy. Widać było, że ta wypowiedz dużo go kosztowała, ale nie stracił na uroku. Dziewczyna mimowolnie się uśmiechnęła na te słowa.
- Ja już pójdę, przepraszam, ze cię obudziłam.
- Nie, nie, nie. Teraz to ty grzecznie ze mną zostaniesz i ładnie się wytłumaczysz- Draco czuł się niesamowicie dobrze. Patrzył jak dziewczyna się rumieni. A po chwili usłyszał w głowie słowa Rookwood’a. „I tak będziesz musiał ją zabić, normalnie …aż nie mogę się doczekać. Jej mina będzie bezcenna”. Zignorował gadkę śmierciożercy i dalej przyglądał się dziewczynie- No i jak Granger? Podobno za mną tęskniłaś, ale wiesz musisz poczekać, aż dojdę do siebie, bo w przeciwnym razie nie pociągnę zbyt długo- Uśmiechnął się jeszcze szerzej do dziewczyny, z radością obserwując jej ogromne czerwone rumieńce.
- Ty, ty… Jak tak możesz?!- Hermiona oburzyła się słowami chłopaka. Ona się o niego martwiła. Wylewała łzy, a on? Przeklęty arystokrata!
- Ale słoneczko, ty moje. Nie denerwuj się, bo to szkodzi… I mogę, co? Bo nie zrozumiałem z kontekstu …
- Jak widać rozumienie idzie ci bardzo opornie…-warknęła do niego, odwracając głowę.
- I dziwisz mi się? To tylko i wyłącznie twoja wina…- Roześmiał się na głos patrząc jej w oczy.- Rozpraszasz mnie Granger…
-Malfoy, poprzestawiało ci się coś? Może się w głowę uderzyłeś, albo po prostu leki źle na ciebie działają.
- Wszystko ze mną w porządku. Granger, kiedy jest pierwsza rozprawa mojego ojca?- Zapytał już poważniej.
- Jeszcze nie ustaliłam terminu. Malfoy, kto ci to zrobił? Wiem, ze nie powinnam pytać, ale…- I co ona ma mu teraz powiedzieć? Że go kocha? Że się martwi? Przecież to jakiś absurd. Hermiona wstała z krzesła i podeszła do okna. Widok był śliczny, piękne labirynty przyozdabiane goździkami. Zauważyła na parkingu jakąś parę. Mężczyzna mocno trzymał kobietę, która mocno gestykulując rękami krzyczała na niego. Chłopak w ogóle się tym nie przejął i pocałował ją. Ruda osóbka się uspokoiła. Dopiero zdała sobie sprawę, że to Gin z Diabłem. Uśmiechnęła się sama do siebie. Strasznie im zazdrościła. Są razem, mimo wszystko kochają się i za niedługo na świat przyjdzie ich córeczka. Tak, Ginevra Weasley miała urodzić córeczkę i to już za niecałe 6 miesięcy. Powoli odwróciła się do chłopaka. Patrzył na nią, jak zwykle z jego oczu nie dało się nic odczytać.
- Granger uwierz jesteś ostatnią osobą, której mam zamiar się tłumaczyć. Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz. Prawdopodobnie ze szpitala wyjdę za tydzień. Wtedy ustalimy termin rozprawy. A teraz możesz już iść.
Nie wierzyła w to, co usłyszała. On ją po prostu wygania. A ona głupia wierzyła, ze coś jednak dla niego znaczy. Nie mógł zobaczyć jej łez spływających po twarzy. Nie mógł usłyszeć cichutkiego szlochu. Nie mógł poczuć ogromnego bólu, który jej zadał.

Został sam w pustej sali. Musiał się bardziej pilnować. Musi sprawić by znienawidziła go tak, jak jeszcze nigdy. Tak będzie lepiej, łatwiej dla wszystkich. Jak on ma ją zabić, skoro coś do niej czuje? W tej chwili czuł się jak najgorsze ścierwo. W sercu panowała pustka, która wsysała wszystkie zmysły. Nie radził sobie już z niczym. Parametry chłopaka zaczęły niebezpiecznie spadać. Do sali przybiegło kilka pielęgniarek. Po chwili sytuacja była już pod kontrolą. Stan pacjenta stabilny.

Wyszła ze szpitala. Poczuła się zmęczona. Komórka w jej kieszeni zaczęła niebezpiecznie wibrować. Wyjęła telefon i popatrzyła na wyświetlacz. „Zastrzeżony”. Zmarszczyła lekko noc i odebrała:
- Hermiona Granger, Kierownik Działu Departamenckiego Zabójstwa I Niewyjaśnionych Okoliczności, słucham?- Postarała się o najbardziej służbowy ton, na jaki było ją stać.
- Dzień Dobry panno Granger. Z tej strony Stephen Bern. Czy mógłbym z panią porozmawiać? Chciałbym niezwłocznie się z panną spotkać.
- Jeśli sprawa jest na tyle poważna najwcześniej za 20 minut. Może być?
- Tak oczywiście. Zapraszam do mnie. Town Street 34f. Czekam na pannę.
I po jej wypoczynku…
Droga, ponura dzielnica nie wyróżniała się spośród wielu innych. Hermiona zaparkowała auto przed olbrzymim zamkiem. Misternie rzeźbione ogrodzenie było zabezpieczone różnymi zaklęciami, o których dziewczyna nie miała zielonego pojęcia. Podeszła ostrożnie do furtki, która sama się otworzyła. Niepewnie przeszła przez bramkę rozglądając się dookoła. Widok przypominał scenę rodem filmu Brama Stokera „Dracula”. Połamane gałęzie opierały się o ogrodzenie. Trawa była szara, z resztą jak wszystkie inne rośliny. W progu drzwi stanął pan Bern. Z ciekawością przyglądał się kobiecie. Zdawał sobie sprawę z tego, ze to, co widzi wprawia ją w zaskoczenie. Tak jak resztę jego przypadkowych gości. Lekko pomachał jej na znak, że na nią czeka. Granger szybko ogarnęła swoje myśli i ruszyła w stronę wejścia do domu.
- Witam panno Granger. Widzę, że nie jest pani zachwycona dekoracją.- Tutaj uśmiechnął się zapraszając Hermionę do środka.
- Dzień Dobry panie Bern. Jeśli chodzi o wystrój dosyć ponury. Chciał się pan ze mną widzieć?
- Tak, rzeczywiście. Zapraszam do salonu. Zaraz wszystko wyjaśnię. Czego sobie pani życzy do picia? Kawy, herbaty czy może jakieś napoje procentowe?
- Wystarczy herbata…- Hermiona uśmiechnęła się delikatnie do Berna i rozsiadła się w pokoju gościnnym. Po chwili do pomieszczenia wszedł Stephen niosący tacę z filiżankami i talerzykiem ciastek.
- Proszę się częstować.- Bern zauważył jak panna Granger rozgląda się po pokoju. Uśmiechnął się szczerze. Pierwszy raz od dawna.- Dekoracja nie jest zachwycająca. Zdaje sobie z tego sprawę. Jednak, na co stać starego wdowca?
- Panie Bern, do rzeczy. Po co się chciał pan ze mną spotkać?
- Hmm, widzi pani, panno Granger… Chciałem się z panią spotkać w sprawie rozprawy pana Lucjusza Malfoy’a. Czy zna pani przysłowie mówiące, że trzeba się naprawdę bardzo mocno przypatrzeć, by ujrzeć, że jest więcej niż jeden odcień czerni?
- Co chce pan przez to powiedzieć?- Hermiona choć była inteligentną kobietą to nie zrozumiała ani słowa. Odcienie czarnego? Nie… Coś musi być nie tak.
- Jak pani to rozumie, panno Granger?
- Odcienie czerni… Nie istnieje coś takiego. Może chodzi o paradoks powiedzenia. Bo jest to tak, jakby powiedziałby pan o odcieniach bieli. Chyba, ze chodzi o szarość…- Hermiona zastanawiała się na głos. Bern był szczerze zaskoczony taka dedukcją sprawy.  
- Ciekawe wnioski panno Granger jednak mylne. Załóżmy, że jest dobro i zło. Biel przypasujemy do dobra, zatem złu dostanie się czerń. Tymi złymi w naszej sprawie są państwo Gray, tymi zasłużonymi państwo Malfoy, pani i ja. Ale co jeśli ludzie ze strony ciemnej należą do niej z woli przymuszonej.- Starzec upił łyk grzańca obserwując reakcje kobiety. Był ciekawy jej reakcji.
- Chce pan mi powiedzieć, że ktoś z rodziny Gray’ow jest szantażowany?- Szok jaki teraz pojawił się na jej twarzy rozbawił starego adwokata.
- Owszem, mowa teraz o Rosalie Karonii Gray, żony Karolda. Moje jakże zaufane źródła donoszą, ze kobieta jest zastraszana przez męża. Gdyby jednak się przełamała i z nami porozmawiała, całą sprawę byśmy rozwiązali od tak. Jednak bez jej informacji, zaczynamy od zera. Nie oszukujmy się panno Granger, te wiadomości które leżą w pani posiadaniu nie umożliwiają posunięcia się dalej. Nie ma punktu zwrotnego ani zaczepnego, którym moglibyśmy się wspomóc. Możemy snuć domysły na temat tego, co się tak naprawdę stało. Ale i ja i pani wiemy doskonale że w naszym fachu fakt bez poparcia dowodami…
- To nie fakt.- Dokończyła cicho dziewczyna. Choć nie chciała, to musiała przyznać rację Bern’owi. Dopiła resztę herbaty i popatrzyła na Stephena Berna.- Czyli chciał mi pan uświadomić, że pomimo tego ile informacji nagromadziłam to i tak są one w 90% zbędne?
- Powiedzmy może delikatniej. Nie są niezbędne do wygrania sprawy. Muszę panią ostrzec, że Karold Gray to trudny zawodnik. Wygrałem tę wojnę z nim. Wtedy na Sali. I zapłaciłem za to najdroższą mi cenę. Dlatego teraz jestem wdowcem. Uważaj moja droga, bo i ciebie może to czekać.
- Niech się pan o mnie nie martwi dam sobie radę, a teraz jeśli pan pozwoli pójdę już.
-Ależ oczywiście. Odprowadzę panią.- Hermiona szybko się ubrała i żegnając się z właścicielem dworku, pośpiesznie opuściła posiadłość   

Nie czuła się najlepiej. Cały czas myślała nad tym, co powiedział jej stary wdowiec. Jest tylko jedno wyjście. Musi się spotkać z żoną Graya’a. Gdy tylko dojechała do domu, wzięła się za pisanie listu.

Rosalie Gray
Witam, może mnie pani nie pamiętać. Jednak bardzo chciałabym się z panią spotkać. Jeśli chodzi o termin, to zależy od pani. Byłabym wdzięczna, gdyby nasze spotkanie odbyło się w tajemnicy. To nic poważnego. Chyba nie ma sensu powiadamiać osób trzecich, które mogą okazać się niepowołane.
Z niecierpliwością czekam na odpowiedź
Hermiona Granger.

Teraz zostało jej już tylko czekać na odpowiedź. A co jeśli jednak się nie zgodzi? No nic, będzie się martwiła wtedy, kiedy już wszystko będzie jasne. Spojrzała na zegarek 18.45. Może tak by jeszcze odwiedziła, Malfoy’a? Nie no chyba ją pogrzało. Nie, nie pójdzie do niego. Nie po tym jak ją potraktował. On ją wyrzuca ze sali, a ona? Martwi się o niego! Nie odwiedzi go teraz, bo jest późno. Musi się jeszcze wykąpać, bo miło byłoby pokazać się w pracy! No, więc nie odwiedzi Malfoy’a. Hmm, zrobię to jutro rano.-Pomyślała. I zaspała z uśmiechem na twarzy.

1 komentarz:

  1. Och ta Hermiona jest jakaś uległa ;p :D ale podoba mi się ta notka bardzo, masz bogate słownictwo, korzystaj z niego częściej :)

    OdpowiedzUsuń