wtorek, 2 lipca 2013

22. Zdradzony człowiek jest pierwszym, który zdradzi.



      Hej! Chciałbym tylko Was poinformować, że od tego czasu, gdy Hermiona straciła pamięć jest bardzo zagubiona. Postaram się tu to wszystko opisać i mniej więcej przedstawić całą sytuację, by później jak zauważyła Oli Fajna przy wątku z oskarżeniem nie jest to do końca jasne. Oczywiście cieszę się każdą opinią i uwierzcie dla Was to kilka minut pisania, a dla mnie to kilka dobrych dni radochy. Muszę przyznać szczerze, że ostatnio byłam mile zaskoczona widząc ponad sto wejść, jednak było tylko sześć komentarzy… No cóż.. Nikogo nie zamierzam zmuszać, ale odeszłam od tematu :D. Miejcie na uwadze, że Hermiona nadal będzie niepewna i powiem nawet, że przestraszona. Nie będę w każdej notce rozpisywać się o jej bezradności, bo to nie jest moim celem.
Życzę miłego czytania.
Dziękuję i pozdrawiam. :-]

Edit.
Słuchajcie, mam jeszcze jedną prośbę. Jeśli prowadzicie bloga, to naprawdę byłabym wdzięczna, gdybyście zostawiły adres.
Z przyczyn technicznych lista waszych blogów uległa zniszczeniu. A, że informujecie mnie o waszych nowych postach, chciałabym mieć też waszą twórczość pod ręką.
Mam nadzieję, ze nie sprawi Wam to kłopotu :).
PS. Do Konoe oraz Hermiony Grenger:
Dziewczyny, Wasze blogi mam zapisane, więc one się pojawią.
Przepraszam za usterkę i dziękuję.
~*~
     Ostatnimi czasy wszystko wyjątkowo dobrze mu się układało. Teraz to on panował nad sytuacją i był z tego szczerze zadowolony. Przymknął oczy, oparł się wygodniej o fotel i popijał Whisky. Żyć nie umierać… Nagle usłyszał pukanie do drzwi.

-Kogo tu licho niesie.-Warknął do siebie i wygładził szaty. Wiele osób mogło mu zarzucić, że był pedantem. Możliwe. Lubił porządek, nie tolerował niechlujstwa. Nie mógł sobie pozwolić na niesubordynację w szeregach. Po raz drugi ktoś zapukał. Musiał to być ktoś z jego „podopiecznych”. Wywnioskował to ze sposobu pukania. Trzy razy, przerwa, trzy razy. Dzięki temu unikał nieporozumień.- Wejść!

     Do sali wkroczył wysoki, chudy mężczyzna. Rude włosy zaczesane do tyłu, piegi mocno odcinały się na niezdrowo bladej twarzy. Niebieskie oczy błyszczały w akcie zemsty i wrogości. Uklęknął przed stopami Rookwood’a i czekał na to, co powie mu jego pan.

- Witaj przyjacielu, co cię do mnie sprowadza?- Chłopak wstał z ziemi i spojrzał na Augustusa.

- Chciałbym się dowiedzieć, czy misja się powiodła.

- Oczywiście, dziewczyna jest nieprzytomna, zajmuje się nią skrzat. Zawróciła w głowie młodemu Malfoy’owi, jest ważna dla Potter’a. Idealna przynęta, a ty się do tego przyczyniłeś. Możesz spodziewać się nagrody albo nie, wiem już. Awansujesz w wewnętrznym kręgu. Od teraz jesteś moją prawą ręką. Za zdradę grozi ci śmierć. Idź sprawdzić, co się dzieje z dziewczyną. Potem przyjdź do mnie, a poinformuje cię o dalszych planach. Możesz odejść.- Gdy już był przy drzwiach, zatrzymał go chłodny, pełen zadowolenia  głos.- Zdrajca krwi, najlepszy przyjaciel, nie spodziewałem się tego po tobie Weasley. A jednak…- Po pomieszczeniu rozniósł się paranoiczny śmiech, zwiastujący kłopoty.

     Musiał stamtąd wyjść. Nie zniósłby kolejnych pochwał. Czy żałowała, że się do niego przyłączył? Zdecydowanie nie. Potrzebował wolności, władzy i władowania się fizycznie. Miał dosyć Potter’a, który wszystko chciał załatwiać ugodowo.
Miał dosyć Malfoy’a, który przystawiał się do JEGO Hermiony.
Miał dosyć Zabini’ego, który zabrał mu siostrę.
Miał dosyć samej Hermiony, która dała mu do zrozumienia, że go nie kocha.
Do jasnej cholery! On chyba też ma prawo do bycia szczęśliwym i należy mu się coś więcej niż ta pusta idiotka Brown! Życie sypało mu się na głowę, a on nie wiedział, co ma z tym zrobić. Nie miał zielonego pojęcia, co ma ratować, a co jest warte ratowania.
I pewnego dnia znalazł człowieka, który go rozumiał. Pozwolił się wyżyć. Nie potępiał. Nie wyśmiał. Teraz czuł, że jest po właściwej stronie. W Zakonie Feniksa marnował czas. Dumbledore potrafił tylko wykorzystywać ludzi. Chociażby jego ojca… „Arturze, jeśli nie zrobisz tego i tego to, dzieci i Molly mogą na tym ucierpieć…”, „Remusie dzięki tobie, Tonks może być bezpieczna lub może to bezpieczeństwo być zachwiane.”
Ten stary dziad wykorzystywał człowieka przeciw człowiekowi byle tylko zrobił jak mu zagra. Zacisnął ręce w pięści i zaczął wspinać się po schodach do góry. Westchnął ciężko. A pomyśleć, że ludzie, którzy śmieli nazywać się jego przyjaciółmi, odwrócili się od niego. Teraz on ma swoje pięć minut i wykorzysta to. Potter myślał, że jeśli zajął stołek Ministra to może pomiatać ludźmi tak jak to robił jego autorytet- Dumbledore. Już on mu pokaże jak bardzo się mylił. Właśnie w tym celu musiał donieść na Hermionę. Czy ją kochał? Oczywiście! Ale jeśli ona olała go i zostawiła dla Malfoy’a, to, dlaczego on ma zwracać na nią większą uwagę. Jeśli ona nie będzie z nim, nie będzie z nikim innym, a tym bardziej nie z tym Śmierciożercą. I właśnie w tej chwili coś w niego uderzyło. Malfoy śmierciożercą, a on? Nie, on zdecydowanie nim nie jest. On po prostu wierzy w wyższe dobro, tak odmienne od Dumbledore’a. Nie dał się pomiatać, dlatego znalazł sprzymierzeńca, który podziela jego racje. Poszukał sobie współpracownika, który ma takie same poglądy jak on i razem dążą do urzeczywistnienia wspólnej idei, tak, więc nie jest Śmierciożercą!

     Szedł wzdłuż długiego korytarza, a następnie skręcił w prawo. Otworzył drzwi i za pomocą różdżki zapalił pochodnie. Rozglądnął się po pomieszczeniu i poczuł, że krew zatrzymała się w żyłach, serce przestało bić, a płuca nie przyjmowały powietrza. Osunął się po kamiennej ścianie w dół, chowając twarz w dłonie. Nie wiedział jak to się stało. Jeszcze raz przeszukał cały pokój i doszedł do wniosku, że jest on pusty. Jego mózg powolutku przetwarzał, że oprócz jego w tym pokoiku nie ma nikogo. Uciekła mu, kolejny raz mu uciekła…, Ale jak to możliwe?! Nie panując na sobą, zaczął biec w stronę sali Rookwood’a.
Bez pukania, z zadyszką wykrzyczał zdziwionemu Augustusowi.

- NIE MA JEJ!

~*~
­­­
Zaraz po tym, gdy się obudziła jakieś stworzonko złapało ją za rękę i przenieśli się w nieznane jej dotąd miejsce. Był to wysoki domek. W tej chwili grzecznie szła za skrzatem. Swoja drogą bardzo milutkie zwierzątko. Strzępek zapukał do drzwi i po chwili ktoś je otworzył. Była to grubsza, ruda kobieta. Widocznie starsza o ciepłych niebieskich oczach. Gdy ją zobaczyła uśmiechnęła się szeroko.

- Hermionka! Kochanie wchodź proszę. Nie stój na zimnie.- Siłą została zaciągnięta do środka. Była zdezorientowana i zażenowana. Przecież to są obcy ludzie! Dlaczego traktują ją jak kogoś znajomego, skoro ona pierwszy raz na oczy ich widzi?- Strzępku może ty coś zjesz? Dawno nas nie odwiedzałeś…- Skrzat posmutniał jeszcze bardziej i zwrócił swoje wyłupiaste oczy na panią Weasley, po czym przemówił skrzeczącym głosikiem.

- Strzępek musi coś powiedzieć. Panienka Hermiona niczego nie pamięta. Posiada ogólne zdolności magiczne, ale nie pamięta twarzy, osób, uczuć, jakie z nimi powiązywała. To sprawka Pana. Pani Weasley wybaczy Strzępkowi, Strzępek próbował uratować, ale udało się tylko Strzępkowi deportować.- Molly ucichła i popatrzyła na Hermionę, która patrzyła na nią pustym wzrokiem. Żadnych wesołych ogników. Powoli podeszła do męża i wtulając się w jego koszulę wybuchła płaczem. Reszta rodziny ucichła patrząc na Hermionę ze współczuciem. Fleur i dziewczyna Freda- Kate płakały.  Dziewczyna widząc, co się dzieje usiadła na najbliższym stołku chowając twarz w dłoniach. Próbowała sobie coś przypomnieć. Przecież to niemożliwe by nic nie pamiętała. Po chwili przypomniała sobie jedno słowo. Co prawda nie pamiętała, co ono oznacza, ale to już był sukces, bynajmniej dla niej. Po chwili w kuchni rozniósł się cichy szept.

-Draco..- Wszyscy ucichli, a pani Weasley podeszła do niej z troską wymalowaną na twarzy i łzami na policzkach.

-Co powiedziałaś, kochanie?- Każdy obecny w pomieszczeniu czekał na odpowiedź dziewczyny. Niektórzy tylko zrozumieli, co ona powiedziała, a niektórzy nie chcieli się z tym pogodzić.

-Draco.- Powtórzyła głośniej i obserwowała reakcje innych. Przeważnie było to zdziwienie i niedowierzanie. Po chwili odezwał się mężczyzna o rudych włosach. Był troszeczkę straszy od kobiety.

-Wyślijcie patronusa do Dracona.- Zwrócił się do Bill’a. Już i nie chce słyszeć sprzeciwu. A teraz rozejść się do swoich pokoi.

     W kuchni została tylko gospodyni z mężem i Bill z żoną. Victoria wzięła swoje rodzeństwo i zaprowadziła je do pokoju, proponując różne rozmaite zabawy. Cisza, która zapanowała w pomieszczeniu była nie do zniesienia. Hermiona nie rozumiała tego całego poruszenia. Przecież nic takiego nie powiedziała. Pustka w głowie zaczęła jej coraz bardziej dokuczać. Powoli wstała z krzesła i podeszła do malutkiego okienka. Obserwowała jak płatki śniegu tańczą na wietrze, a następnie opadają z gracją na ziemię, by stworzyć piękną wyścieloną panoramę bieli. Widziała jak wiatr szarga nagimi gałęziami drzew. Nagle zapragnęła razem z nim znaleźć się gdzieś daleko. Gdy tak stała, zdała sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nic nie wie. Co z jej rodzicami? Gdzie mieszka? Czy ma gdzieś rodzinę, która czeka i tęskni za nią?
    
     I dlaczego pamiętała imię tego mężczyzny? Wywnioskowała to dzięki temu, że (chyba) gospodarz kazał po niego posłać. Patronus… Gdzieś jej się obiło o uszy, co to jest. Skupiła się jeszcze bardziej i znikąd przyszła jej do głowy regułka: „Czar, którego używa się, by przepędzić dementorów. Zazwyczaj jest srebrną mgłą, lecz wytrenowany czarodziej umie wyczarować cielesnego patronusa. W takim wypadku Patronus danego czarodzieja za każdym razem przybiera formę tego samego zwierzęcia.” Uśmiechnęła się do siebie. Czyli jednak coś pamiętała… Nie mogła być z nią aż tak źle. Ponownie zaczęła oglądać pokaz białych płatków. Były takie delikatne… Usłyszała pukanie do drzwi, ale nie mogła się zmusić by się obrócić. Doszła do wniosku, że jeśli będą chcieli to ją zawołają…

     Miotał się po pokoju, gdy nagle dostał patronusa od jednego z Weasley’a. Miał natychmiastowo stawić się w Norze. Bez namysłu deportował się i szybkim krokiem zmierzył do drzwi. Gdy wszedł do środka wszyscy rzucili się w jego stronę coś tłumacząc. Jednak on nic z tego nie rozumiał. Uspokoił Molly i poprosił o powtórzenie informacji, tylko wolniej. Kobieta już miała mówić, gdy gula w jej gardle urosła i rozpłakała się jak małe dziecko. Draco zdezorientowany popatrzyła na Artura Weasley’a, mając cichą nadzieję, że może on wyjaśni mu w końcu, o co w tym wszystkim chodzi.

- Kochanie, proszę cię idź na górę i połóż się spać.- Pan Weasley zwrócił się do żony, wysyłając ją na górę. Fleur bez słowa wstała i podążyła za Molly, by ta nie zrobiła czegoś głupiego, jak na przykład płakanie i obwinianie się przez całą noc. Artur odczekał chwilę aż kobiety wszyły z kuchni i spojrzał na siedzącego przed nim Dracona.- Czy wiesz, co przytrafiło się Hermionie?- Zapytał, a gdy młody Malfoy przytaknął głową, westchnął ciężko i kontynuował.- Dzisiaj wraz z skrzatem deportowali się tutaj. Dziewczyna nic nie pamięta. Strzępek tłumaczył, że jego pan rzucił na Hermionę jakieś zaklęcie! Gdy spytaliśmy czy coś pamięta, ona wypowiedziała twoje imię i kazałem po ciebie posłać. Jeśli to czarno- magiczne zaklęcie, a co gorsza klątwa nie pomożemy jej…- Głos Artura delikatnie się załamał, a Draco siedział i przypominał sobie jak się oddycha. Zdawał sobie sprawę, że pan Weasley ma rację.
Podszedł cicho, do Granger i przyjrzał się jej. Była zafascynowana widokiem za oknem. Powoli, by jej nie wystraszyć, położył jej rękę na ramieniu. Spojrzała na niego, a następnie na jego rękę na ramieniu.

- Cześć. Podobno pamiętasz moje imię?- Obserwował jej reakcję. Na początek było to zmieszanie, a następnie znowu ta cholerna pustka.

- Pamiętam tylko imię i to wszystko. Nic więcej. Do tej pory nie wiedziałam jak wyglądasz. Nadal nie wiem, kim jesteś. Wszyscy pytają mnie o to czy coś pamiętam. Nie pamiętam nic! Próbuję przypomnieć sobie tych ludzi, ale nie wychodzi mi to.- Widział jak w jej oczach pojawiają się łzy bezsilności. Skinął głową na znak, że rozumie.
    
     W pomieszczeniu zalęgła się tak nieznośna cisza, że Malfoy miał ochotę wrzeszczeć. I co on miał teraz zrobić? Do cholery, kto mógł rozpoznać klątwę?! Nikt z Zakonu nie specjalizował się w tych dziedzinach, ponieważ Dumbledore jeszcze za życia zabronił jakichkolwiek poczynań w tamtą stronę. Nie, a jednak nie każdy. Jest jeden wyjątek. Nagle go coś przerwało ciszę, była to sowa. Ciężka czarna pomykałówka pukała do szyby okna. Bill odebrał list i rozwinął go.

Zdrajcy Krwi
Informuję, że jeśli ukrywacie tą nędzną szlamę pod swoim dachem, to lepiej żebyście ja oddali. Tylko ja wiem jak cofnąć klątwę i zdajecie sobie z tego sprawę.
Tylko do was należy, czy dziewczyna odzyska pamięć.
Czekam na doręczenie szlamy.
AR.

Pierwszy odezwał się pan Weasley. Po mimo tego, że każdy miał wiele do powiedzenia, nikt nie wiedział jak zacząć.

-Ostatnio szczęście nam nie dopisuje. Mamy problem za problemem, a gdy rozwiążemy ten pierwszy ten drugi odbija się na nas ze zdwojoną siłą.

-Rookwood od zawsze miał dużo do powiedzenia. Od kiedy pamiętam przechwalał się i gęby nie mógł zamknąć. Jego zarozumialstwo i ego jak stad do jutra pozwoliły mu na przegapienie bardzo ważnego szczegółu.- Obecni wpatrzyli się w Malfoy’a ze niezrozumieniem w oczach. No, z wyjątkiem dziewczyny, która siedziała na jednym z wysokich parapetów i machała wesoło nogami.- Tym szczegółem jest jeden z członków zakonu. Mianowicie chodzi mi o Snepa. Był śmierciożercą i czarna magia u niego to podstawa.- Kiwnęli zgodnie głową i spojrzeli na dziewczynę, która zeskoczyła z parapetu i podeszła do Dracona.- Zostaje jeszcze jedna rzecz… Rookwood domyśla się, że Granger może być u was. Może napaść na wasz dom. Zabezpieczę jej dom i aportuje ją do mnie. Chłopak złapał dziewczynę za rękę i zniknął z głuchym trzaskiem.

     Artur Weasley posłał swojego syna, by ten sprawdził jak czuje się jego matka. Molly nigdy nie potrafiła zachować kamiennej twarzy. Wystarczyło tylko na nią spojrzeć i człowiek wiedział, o czym myśli i co czuje. Po części właśnie za to ją kochał. Za tą jej otwartość i pozytywne nastawienie wobec świata. Jego rozmyślania przerwał nagły gość. Drzwi otworzyły się pod wpływem naparcia na nie ciała. Do przedpokoju dosłownie wpadł jego najmłodszy syn. Jego stan było trudno opisać słowami. A jednak pozbierał się z ziemi i prawie doczołgał do stołu. Jego ciemne szaty poklejone były krwią. Ron miał wielkie sińce pod oczami i rozcięcie na policzku, z którego nadal tryskała krew. Artur podbiegł do syna, ale ten odepchnął go. Zrobił to na tyle, ile zostało mu sił, ale nie było wątpliwości, że nie chce jego pomocy. Spojrzał z nienawiścią na ojca i zaczął wlec się w kierunku schodów. Pan Weasley był w ciężkim szoku i obiecał sobie, że porozmawia sobie z synem jutro rano, gdy ten będzie w lepszym stanie. Zadawał sobie tylko jedno pytanie. Mianowicie, kto mu to zrobił?

~*~

     Aportowali się przed jedną z droższych dzielnic. Hermiona trzymała chłopaka pod rękę i ani myślałaby go puścić. Przy nim czuła się bezpiecznie. Zmierzali w nieznanym jej kierunku. Po 10 minutach stanęli przed małym dworkiem. Niepewnie popatrzyła na towarzysza, który skinął jej głową. Dom był ogromny i Hermiona była pewne, że gdyby chciała iść na spacer, by pozwiedzać to na pewno by się zgubiła! Malfoy pomógł jej się rozebrać z płaszcza i zaprowadził ją salonu. Był on duży i gustownie urządzony. Obserwowała jak Draco podchodzi i zapala w kominku, po czym siada w skórzanym fotelu naprzeciw jej. Podciągnęła nogi pod brodę i objęła się rękami.

     Draco patrzył się na kobietę siedzącą naprzeciwko niego i nie mógł pojąć, jak tak silna kobieta o tak mocnym charakterze, była jednocześnie taka bezbronna i przestraszona. Chciał ją zapytać o wiele rzeczy, jednak coś mówiło mu, że ona musi stawić pierwszy krok. Dał jej czas na zaaklimatyzowanie się i ruszył do kuchni. Po chwili wrócił z dwoma kubkami herbaty. Jeden kubek podał Hermionie, a z drugim usiadł w tam gdzie wcześniej. Granger podmuchała i wzięła łyk napoju, poczym odstawiła go na stolik, przebierając taka samą pozę.

- Dlaczego nic nie pamiętam? Dlaczego zapamiętała tylko twoje imię?- Wyszeptała tak cicho, że w pewnym momencie miał wrażenie, ze nie powiedziała nic. Ale widząc jej wyczekujące spojrzenie, zrozumiał, że jednak nie ma problemów ze słuchem.

- Nie wiem Granger, nie mam zielonego pojęcia. Pytaj o to, co mam nadzieję będę wiedział.- Spojrzał na nią i pokiwał ze rezygnacją głową.

- Dlaczego mówisz do mnie po nazwisku? Ja nie znam twojego…- Powiedziała lekko urażona.- Mężczyzna zaśmiał się głośno

- Przez tyle lat zwracałaś się do mnie po nazwisku, że w końcu zapomniałaś jak się nazywam… A mówię ci po nazwisku z przyzwyczajenia. Tak po prostu…

- Czy…- zawahała się przed zadaniem tego pytania. Nie wiedziała czy chce znać na nie odpowiedź.- Czy byłam dla ciebie kimś ważnym?- Gdy zobaczyła jego zaskoczoną minę, pośpieszyła z wyjaśnieniami.- Jeśli zapamiętałam twoje imię, wywnioskowałam, że musiałam darzyć cię jakimś uczuciem. Nie wiem cokolwiek…-Odparła zmieszana.

- Tak, można tak powiedzieć, ale…- Po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk tłuczonego szkła. Hermiona sięgała kubka z herbatą, ale nie chciało jej się zrzucać nóg na ziemię i popchała kubek. Spojrzała ze skruchą na Dracona, który pokręcił ze zrezygnowaniem głową i jednym ruchem różdżki usunął szkło i rozlany napój.- Chcesz jeszcze jedną?- Pokręciła przecząco głową i położyła głowę na oparciu fotela.
    
     Draco odniósł swój kubek do kuchni. Spojrzał za okno. Londyn zaczął chować się za kurtyną nocy. Wyglądał wtedy wyjątkowo dobrze. A jednak coś nie dawało mu spokoju… Miał wyrzuty sumienia, gdyby wtedy na nią zaczekał nie wypadłaby w ręce Rookwood’a. Nic już teraz nie mógł zrobić. Wrócił do salonu i jego wzrok padł na śpiącą kobietę. Uśmiechnął się pod nosem i rozsiadł się w fotelu z butelką Whisky. Wpatrywał się w tańczące ognie w kominku. Powoli morzył go sen, gdy usłyszał ciche jęki dobiegające z kanapy. Spojrzał w tamtą stronę i zobaczył jak Granger rzuca się i wymachuje rękami.

-Ćśśśśś… To tylko sen…- Dziewczyna nie uspokajała się. Podszedł do niej i położył rękę na jej ramieniu.- Ćśśśśś… Granger, to tylko zły sen…- Wielkie było jego zaskoczenie, gdy Hermiona bezceremonialnie wtuliła się w niego, powoli się uspokajając. Niewiele myśląc wziął ją na ręce i zaniósł na górę do swojej sypialni. Położył dziewczynę na łóżku i nakrył szczelnie kołdrą. Przez chwilę patrzył jak wtula się ufnie w poduszkę i zasypia.
Westchnął ciężko podsumowując swój jakże straszny żywot. Czyli przyjdzie mu spać tej nocy na kanapie… Ruszył z powrotem na dół lewitując za sobą poduszkę i koc.

niedziela, 23 czerwca 2013

21.Death is not the only way even the worst situation.



    Hermiona właśnie wychodziła z biura. Było już późno i zimno. Zaczął padać silny deszcz. Z trudem rozłożyła parasolkę i ruszyła w kierunku ciemnej uliczki, gdzie spokojnie mogłaby się aportować. Gdy podnosiła różdżkę, by wypowiedzieć inkantacje ona wyleciała jej z ręki. Odwróciła się w stronę napastnika i wydała z siebie cichy okrzyk. Nie mogła liczyć na pomoc. Strach potęgowała dzika furia w oczach mężczyzny…

- Witaj Granger…- Dziewczyna wzrokiem szukała swojej różdżki, lecz na próżno. Zaczęła cofać się, mając cichą nadzieję, że może jakimś cudem uda jej się uciec. Plany pokrzyżowała jej ściana mająca około 6 metrów. Mężczyzna zaczął podchodzić do Hermiony dziwnie się jej przyglądając. Po chwili wybuchnął paranoicznym śmiechem i zaczął obracać w placach różdżkę, należącą do Granger.- Strach to jedyna ludzka zaleta. Wtedy człowiek traci zmysły i zdrowy rozsądek, czyż nie panno Granger? Dlaczego się mnie boisz? Przecież chciałem tylko porozmawiać..- Zapytał nie spuszczając z niej wzroku. Hermiona nie odezwała się ani słowem, próbując na chłodno przeanalizować sytuacje. Przerwał jej krzyk mężczyzny.- Kiedy pytam, żądam odpowiedzi! Jasne?!- Kiwnęła potwierdzająco głową.- Czyli dlaczego się mnie boisz?- Hermiona zebrała w sobie resztki odwagi, podniosła głowę i spojrzała na napastnika.

- Nie boje się ciebie…- Głos drżał jej i sama przeklinała wszystkie bóstwa za niepewność w swoim głosie. W zaułku rozniósł się histeryczny śmiech psychopaty.

-Szlamy nigdy nie były i nie będą inteligentne… Jesteś najbardziej znaną szlamą w całej Anglii. Powiedz mi, jak to możliwe.. Przecież już dawno powinnaś gryźć ziemię.- Westchnął ciężko i pokręcił głową na wznak ogólnego życiowego niepowodzenia. Po chwili uniósł głowę i spojrzał na przerażoną kobietę. W jego oczach zagościły szaleńcze iskry, a na twarz wkradł się przebiegły uśmiech.- A ładnie krzyczysz?- Hermiona patrzyła przez chwilę zdezorientowana na mężczyznę, ten widząc to uśmiechnął się jeszcze szerzej.- Crucio…- Przez jej ciało przeszła fala bólu. Krzyk przedarł się przez huczący wiatr. Upadła na ziemie, wijąc się i rzucając w spazmach niewyobrażalnego, palącego bólu. Spojrzał na nią z góry nie przerywając zaklęcia. Pokiwał głowa z uznaniem i po chwili zastanowienia rzucił następne zaklęcie.- Sectumsempra...- syknął, a po chwili na ciele kobiety pojawiły się krwawe rany z których płynęła krew. Ostatkami sił próbowała się podnieść, ale bez skutku. Włosy zlepione błotem i krwią, oczy, które wręcz błagały o litość. Jej determinacja pękła jak bańka mydlana, nadzieja uciekła, zgwałcona i poniżona. Odwaga oddała pokłon lękowi, a umysłem zawładnął szatan. Po policzkach spływały łzy bezradności i niesamowitego cierpienia. Deszcz przebrał na sile, a wiatr coraz mocniej wiał, próbując przypomnieć o swojej mocy. Nad zaułkiem, niebo rozdarła błyskawica, a grzmot przerwał ciszę. Ostatnie, co usłyszała to psychopatyczny śmiech. Nagle ból ustał, a mężczyzna zniknął wraz z resztą rzeczywistości.

~*~

    Wiele ludzi twierdzi, że topienie smutków w napojach procentowych to nie jest dobre wyjście. Jednakże istnieje pewna grupa zwolenników alkoholi, które notabene pomagają zapomnieć o tym, o czym nie chcemy pamiętać lub pozwalają rozluźnić się i wygonić na urlop szare komórki. Pewien blondyn stwierdził, że butelka podobnego napoju nie zaszkodzi. Po jednej dołączyła kolejna i następna, że w końcu przestał liczyć. Po godzinie lub dwóch ów chłopak nie wiedział czy to czwarta czy czterdziesta czwarta butelka „zbawiennego” płynu.
   
    Słońce nieśmiało zaglądało do okna szarookiego mężczyzny. Co prawda był grudzień, lecz śniegu można było się dopatrzeć naprawdę w mikroskopijnych ilościach. W Anglii takie anomalia pogodowe to nic dziwnego. Przez cały rok mieszkańców tego kraju nawiedzały deszcze, więc dlaczego teraz miałoby się to zmienić? Po chwili do okna zapukał śliczny, brązowy puchacz. Draco nawet nie drgnął. Uparte słoneczko oburzone zachowaniem arystokraty przebrało na sile i z całą swoją mocą uderzyło w okno Malfoy’a. Po sypialni chłopaka rozniosły się różnorodne epitety, nienadające się do druku. W stronę sowy poleciała poduszka, lecz to nie zachęciło ptaka do odlotu. Po 20 minutach Draco zmotywował się do wstania z łóżka. Ociężałe powieki ważyły zdecydowanie za dużo, a ból głowy zaćmiewał bodźce, które miały trafiać do mózgu. Powoli doczłapał do łazienki. Z trudem odnalazł błękitny płyn. Odkorkował buteleczkę i pochłonął całą zawartość. Skutki zażytego „lekarstwa” odczuł po kilku minutach. Powędrował do sypialni, by sprawdzić korespondencję i prawie się zadławił powietrzem, gdy zauważył, że ptak przyniósł mu Proroka Codziennego. Bez namysłu złapał różdżki i aportował się do domu Granger. Nawet nie czytał tej gazety…, Dlaczego? Sam dokładnie nie wiedział… Może to przez strach, który gdzieś się tam czaił. Albo przez niepewność, która wzrastała wraz z kolejnymi minutami. A może chciał pokazać jej pierwszej, by… I tu są dwie opcje; Po pierwsze, by pokazać jej, ze wcale nie jest taka wspaniała i wkopała jego ojca. Po drugie, pochwalić i podziękować za dobrą współpracę. A później deportować się gdzieś daleko i nigdy nie wracać. Prawda była taka, że on już nie mógł tak po prostu przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Coś go rozsadzało od środka i dziwnie paliło, gdy się do niego uśmiechała, czy tylko rozmawiała… A on? On nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć. To było coś nowego, coś, co nie szło po jego myśli, i w końcu coś, na czego nie mógł znieść i maił serdecznie dosyć. Zapukał do drzwi i czekał. Nic, zapukał jeszcze raz no i dalej cisza. Spojrzał na zegarek, 10.15. Porządkowa Granger na bank już nie spała, dzisiaj sobota, więc nie ma jej w pracy…, Chociaż u niej to wszystko możliwe… Po chwilowym zastanowieniu, doszedł do wniosku, że najnormalniej w świecie poszła odwiedzić Rudą. Pokiwał głową na wznak ogólnego roztargnienia i zniknął.

    Ginny leżała w łóżku rozmyślając nad wszystkim i nad niczym. Dzisiaj rano kursowała chyba z sześć razy toaleta, łóżko, łóżko, toaleta, a Zabini nawet nie drgnął. Obróciła głowę w prawą stronę i spojrzała na swojego chłopaka. Dlaczego jej brat jest tak bardzo do niego uprzedzony? Przecież to nie jego wina, ze jego rodzice to śmierciożercy. To nie przez niego zginęło tyle ludzi. Taka była wola rodziców. A on jako mały chłopczyk chciał, by byli z niego dumni. Czy to tak trudno zrozumieć? No chociażby ona… Była zdrajcą krwi. Tylko, dlatego, że jej rodzice zadawali się z mugolami i charłakami. Ale było warto, Nie do końca rozumiała, na czym polega to całe zdradzenie. Przecież, na przykład Voldemort, uznaje się za lepszego od ludzi nie magicznych, a tak naprawdę jeden mugol wart był więcej od całego zastępu śmierciżerców. Polityka ludzi czystej krwi była wygodna dla nich samych. A rozumowanie niby zdrajców było dobre dla wszystkich. Bynajmniej ona tak uważała. Po chwili poczuła jak ręka Blaise’a gładzi ja po brzuchu. Ponownie odwróciła głowę w jego stronę i delikatnie się uśmiechnęła.

- Długo nie śpisz?- Zapytał, głośno ziewając. Poszedł wczoraj późno spać, a jego organizm potrzebował bardzo dużo snu. Przynajmniej on tak uważał…

-Gdzieś tak od ósmej. Dzieciątko daje popalić.- Powiedziała ciężko wzdychając, tym samym podsumowując swój żywot.

- Wdało się w tatusia! Ot, co! Wrośnie nam mały diabełek! A będzie normalnie chodził jak w zegarku. Średnia 6.0, Dom, Slytherin, doskonały kapitan Quidditch’a no i oczywiście przystojniak po tatusiu!- Ginny zachodziła się ze śmiechu, trzymając się za brzuch. Blaise miał naprawdę wybujałą wyobraźnie. Taaak, żeby on jeszcze taki idealny był jak sam się widzi. Otarła  łzy rozbawienia i ponownie spojrzała na chłopaka, po czym znowu wybuchła niekontrolowanym śmiechem na widok zdezorientowanej miny Diabła.

- No Diabełku, czyli wyrośnie nam samo-uwielbiający się alkoholik z wybujałym ego. Merlinie broń!

-, Jaki alkoholik? Kochanie ja nie wiedziałem, ze masz do tego skłonności, ale obiecuję, ze znajdziemy jakiegoś…- Ruda zamachnęła się i uderzyła Diabła poduszką, na której się opierał. Blaise nie rozumiejąc, co się dzieje chciał złapać poduszkę jednak Ginny przetrzymała ją i pchnęła lekko w przód. Satynowa pościel owinęła się wokół nóg chłopaka i ściągnęła go na ziemie. Po pomieszczeniu rozniósł się perlisty kobiecy śmiech. Zabini pokręcił ze zrezygnowaniem głową i próbował się podnieść. Gdy miał oddać poduszkę (poduszką) dziewczynie, usłyszeli dzwonek do drzwi.

- Spodziewasz się kogoś?- Weasley pokiwała przecząco głową i wstała z łóżka ruszając do łazienki.

- Ja idę się ubrać, a ty otwórz drzwi. Za chwilkę zrobię cos do jedzenia. Dobrze?- Blaise pokiwał potakująco głową i ruszył do drzwi. Gdy schodził po schodach dzwonek zabrzmiał jeszcze raz.

-Już idę!- Odkrzyknął natrętnemu gościowi. Szybko uporał się z zamkiem w drzwiach i uchylił je. Na progu stał Draco Malfoy. Cały biały i przemoknięty. Blaise przetarł oczy ze zdziwienia.

- Wpuścisz mnie czy będziesz podziwiał?- Warknął strzepując śnieg z marynarki. Zabini bez zbędnego słowa otworzył szerzej drzwi, by Draco mógł przez nie przejść. Gdy już się rozebrał, skierowali się do kuchni, gdzie Gin szykowała śniadanie.

- Kochanie, mogłabyś zrobić śniadanie dla trzech osób?- Spytał wesoło. Ginny odwróciła się zdziwiona i ujrzała Malfoy’a, który jakby nigdy nic siedział sobie wysokim, kuchennym stołku.

-Jasne, cześć, Malfoy… Co ty tu robisz?- Zagadnęła, wracając do robienia jedzenia. Draco siedział na tym krzesełku i obserwował. Ta cała sytuacja dała mu dużo do myślenia. Już od dawna nie widział kumpla tak uradowanego. To wszystko było takie normalnie a zarazem dziwne. I to cholernie dziwne! Bo oni byli po prostu szczęśliwi, bo Zabini odrzucił wszystkie normy, które obowiązywały arystokratę, bo ona chciała byłego śmierciożercę i teraz tworzą rodzinę. Tak, to zdecydowanie było przerażająco dziwne i Draco nie mógł tego pojąć. Niby miał te 23 lata, a czuł się jak 5 latek poznający nowy, inny świat.

-Ej, Stary wróć do nas..! –Z rozmyślań wyrwał go Blaise machający mu ręką przed oczami. Zamrugał kilka razy i spojrzał na niego z pytaniem w oczach.- No opowiadaj, co tam u ciebie i co cię do nas sprowadza.

- Myślałem, że jest u was Granger… Nie ma jej u siebie, a dostałem Proroka.- Sięgnął po kanapkę i spojrzał na Rudą.- Nie wiecie gdzie może być?

- Czekaj! Masz Proroka?! No i co?! W ogóle wiesz już?- Blaise uradował się jak małe dziecko. Tak naprawdę bardzo lubił i szanował Lucjusza Malfoy’a. To właśnie dzięki niemu teraz jest tym, kim jest. Dzięki niemu udało mu się wyczołgać z największego bagna, jakie tylko mógł spotkać. Był jego dłużnikiem i mimo wszystko wierzył w jego niewinność.

- Ja nawet nie patrzyłem… Od razu deportowałem się do Granger.- Malfoy wyciągnął Proroka i spojrzał na pierwszą stronę. Twarze wszystkich rozjaśnił szczery uśmiech.- Udało się! Naprawdę się udało! Nie wierze!- Draco wstał od stołu i zaczął chodzić po kuchni.- Tylko gdzie podziała się Granger..

- Spokojnie Smoku, może najnormalniej w świecie siedzi w biurze na papierami.- Blaise wygodniej rozłożył się na krześle wywalając nogi na stół. Jednak widząc zabójczy wzrok swojej dziewczyny, postanowił nie ryzykować i przyjął bardziej stosowną postawę. Draco obserwując to całe zajście, uśmiechnął się kpiąco i prychnął.

-Pantoflarz.- Ginny uśmiechnęła się z satysfakcją, a sam zainteresowany siedział jak sparaliżowany, po chwili zrozumiał sens słowa, wypowiedzianego przez przyjaciela i zerwał się z miejsca.

- Coś ty powiedział?!- Ruda wybuchła śmiechem, gdy zobaczyła jak Malfoy pada na kolana i wchodząc pod stół, kieruje się na czworaka do wyjścia. Zdezorientowany Blaise szukał wzrokiem czysto teoretycznie martwego Dracona, lecz zauważył go dopiero wtedy, gdy ubierał marynarkę. Po króciutkim „żegnam” skierowanym do Ginny deportował się i tyle go widzieli. Zabini spojrzał na ocierającą łzy rozbawienia Weasley’ówne, też się uśmiechnął, a po chwili dodał.- Wszelakie skrzywienia emocjonalno- psychiczne dotyczące mojej osoby, zafundował mi właśnie on. Widzisz, z kim ja muszę pracować?

- Jakiś ty biedny…- Ginny pogłaskała Blaise po policzku i uśmiechnęła się szerzej.- Idę na górę…- Ziewnęła szeroko.- Twoje dziecko nie dało mi się porządnie wyspać.

- Jasne, bo jak zrobi coś źle, to już jest moje dziecko?! Oj, ja ci za chwilę pokażę!- Na te słowa Ruda uciekła z piskiem na górę.

~*~

Śmierć nie jest jedynym wyjściem nawet z najgorszej sytuacji. Jednak w nadzwyczajnych przypadkach jest najlepszym, co może nas spotkać. Śmierci nie można się bać, ponieważ nie dotyczy ona ani ludzi żywych ani martwych. Ludzi żyjący nie mogą się nią przejmować, bo mają 100 innych rzeczy na głowie. Praca, kariera, rodzina, wyjazdy, delegacje, firma, zdrowie, romanse. Jest tego naprawdę wiele. A ludzie martwi? No tak, trupki z reguły nie mają zbyt dużo rzeczy na głowie, ale oni nie muszą przejmować się śmiercią, bo już nie żyją. Śmierć jest stanem przejściowym, prawda? No, bo pojawia się tylko wtedy, gdy umieramy. A co potem? Czy ludzie mogą być „w śmierci” cały ten czas, gdy już nie żyją? Nie, zdecydowanie nie. Rozmyślania przerwał palący ból. Nie wiedziała czy żyje czy jest martwa, a może całkowicie przypadkiem jest w tym stanie przejściowym, potocznie nazywanym śmiercią. Pali, całe ciało płonie, o tym była przekonana. Każdy nerw, komórka, tkanka. Chciała sprawdzić, co się dzieje, otworzyć oczy, poruszyć się, cokolwiek byleby poczuć, że jednak żyje. Spróbowała otworzyć oczy, skoncentrowała się tylko i wyłącznie na tej czynności jednak coś blokowało przedostawanie się bodźców do mózgu, tym samym jej zmagania z samą sobą nie dawały oczekiwanego rezultatu. Usłyszała, że ktoś otwiera drzwi. Poczuła dotyk zimnych palców na swoim ciele. Poruszyła delikatnie palcami u prawej ręki. Powoli paraliż ustawał a ona była zdolna do coraz bardziej skomplikowanych ruchów. Gdy już mogła poruszać kończynami, ponownie starała się otworzyć oczy. Coś się jej udało. Widziała coś żółto czarnego. Chyba. W obecnym stanie nie była niczego pewna. Otworzyła szerzej oczy. Barwne plamy zlewały się w zlepek kolorów, które nie przedstawiały żadnego, sensownego obrazu. Kilka razy zamrugała, by odzyskać ostrość widzenia. Znajdowywała się w kwadratowym pomieszczeniu. Oświetlenie dawały tylko dwie pochodnie wiszące na przeciwnych ścianach. Leżała na ziemi, a skrzat domowy pochylał się nad nią i przyglądał się jej tymi, swoimi wyłupiastymi oczami. Dostała kilka płynów, które wypiła bez sprzeciwu. Ciszę przerwał skrzat.

- Wszystko w porządku? Strzępek pomógł panience i jak panienka będzie lepiej się czuła, Strzępek deportuje się z panienką.- Zaskrzeczał, tłumacząc się ze strachem w oczach. Dziewczyna przyjrzała się stworzeniu i skinęła głową. Miała tyle pytań. Głowa pękała jej od ich nadmiaru.

- Czy mogę się ciebie o coś zapytać, Strzępku?- Skrzat skinął zdziwiony głową.- Powiesz mi gdzie jestem? I w ogóle jak ja się nazywam? Mam pustkę w głowie…

- Jest panienka w niebezpieczeństwie, nazywa się panienka Hermiona Granger i jest panienka przyjaciółką Harry’ego Potter’a. To przez zaklęcie Pana nic panienka nie pamięta. Musimy uciekać.

-Kim jest twój pan?- Dziewczyna nic nie rozumiała, ani nic nie pamiętała. Po chwili ktoś wszedł do pomieszczenia, a ona poczuła się ociężale i padła na poduszki. Chciała odwrócić głowę by zobaczyć przybysza jednak skrzat przytrzymał jej głowę i wlał coś do gardła. Nawet nie zauważyła, kiedy zaspała.

~*~


Draco deportował się pod ministerstwo. Miał ogromną nadzieję, że spotka tu Granger. Jednak pomylił się. Zajrzał do jej gabinetu, ale sekretarka powiadomiła do że szefowej nie ma od rana w pracy. Z taką informacją skierował się do Potter’a. No bo kto inny ma wiedzieć o tym, gdzie się podziali jego pracownicy, jak nie sam kierownik. Szybkim krokiem udał się na 10 piętro. Przed gabinetem stało puste biurko, więc sekretarka udała się na przerwę. Zapukał do gabinetu i nie czekając na zaproszenie wszedł do środka. Potter uzupełniał jakieś papiery, gdy zjawił się w środku, Złoty Chłopiec zdjął okulary i przywitał się.

-Cześć Malfoy, w końcu przyszło się popracować?- Spytał ściskając dłoń Malfoy’a.

-Nie do koniecznie. Wiesz gdzie podziała się Granger? Szukam jej od rana… U siebie jej nie ma, u Zabini’ego też nie i tu również.- Harry zrobił zdziwioną minę.

- A co ona mogłaby robić u Zabini’ego?- Draco uśmiechnął się ironicznie. Powoli patrzył jak Potter bierze filiżankę z kawą do ręki. Tak to jest bardzo dobry pomysł o poinformowaniu go o nowym miejscu zamieszkania Rudej.

-A Potter, coś ty taki nie poinformowany… Ruda przyjaciółeczka Granger mieszka teraz z Zabini’m.- Kierownik działów departamenckich zaczął krztusić się napojem. Malfoy ułożył ręce na biurku i nachylił się w stronę Harry’ego.- Powiem więcej…- Szepnął konspiracyjnie.- Ruda spodziewa się bobasa i zgadnij kto jest szczęśliwym tatusiem…- Kawa wylądowała na uzupełnianych papierach, a sam zainteresowany powolutku przypominał sobie jak się oddycha.- No, no, no Potter spokojnie, bo ci ciśnienie skoczy. A teraz wracając do tematu: wiesz gdzie jest Granger?- Harry pokiwał przecząco głową, a Malfoy wstał od biurka. Już miał wychodzić, gdy do okna zapukała czarna pomykałówka. Draco aż za dobrze znał te sówkę. Mimowolnie cos ścisnęło go w żołądku. Potter podszedł do okna odbierając liścik:


Potter!
Zabaw się jeszcze raz w bohatera, który musi ratować wszystko czego ratunku nie potrzebuje. Mam twoją znajomą, szczerze mówiąc to ja nie wiem jakim cudem zaszedłeś tak daleko z takimi debilami w ministerstwie, ale to już nie moja sprawa. Może i nawet dla mnie lepiej.
No, ale Granger jest dosyć uciążliwym gościem i rozważam opcje pozbycia się go. Jednak wspaniałomyślnie cię o tym informuję, byś nie musiał się martwić. No Potter jestem zaszczycony…
R.

-Kto to jest ten R.?!- Krzyknął wściekł Harry. Czuł jak krew w żyłach znacznie przyśpieszyła. Jakim cudem on ja dostał. Przecież Hermiona tyle razy powtarzała, ze ma nałożone zabezpieczenia i w ogóle kto to jest i co od niej chce! Spojrzał na Malfoy’a, który zacisnął pieści.

-Rookwood.- Syknął i wyszedł z gabinetu. 





***********************************************************************************

I tym oto sposobem zakończyliśmy pierwszy wątek tej historii. Trochę długo to trwało, ale jako, że  to mój pierwszy ff... same rozumiecie..;P 
Dziękuję wszystkim za komentarze no i pokornie proszę o kolejne. 
Ach, no to za tydzień wakacje?  

niedziela, 2 czerwca 2013

20. Scrambling wounds



Budynek Ministerstwa Magii w Londynie. Jeden z najważniejszych organów władzy w Wielkiej Brytanii. Była to ogromna siedziba podzielona na departamenty i administracje, każdy oddział zajmował się innym przypadkiem. To dziś miała się odbyć rozprawa, dotycząca Lucjusza Malfoy’a. Budynek oblegany był przez dziennikarzy i redaktorów różnych szmatławców. Hermiona z trudem przedostała się do drzwi Ministerstwa. Natrętni reporterzy próbowali na siłę szukać nowych rewelacji, jakimi mogła ich obdarzyć sama pani adwokat. Powoli spławiała wszystkich ciekawskich i dotarła do drzwi swojego gabinetu. Po 10 minutach usłyszała pukanie do drzwi.  Gość nie czekając na pozwolenie wtargnął do środka rozsiadając się na fotelu naprzeciw biurka.

- Zestresowana?- Ironiczne spojrzenie, platynowa grzywka opadająca na czoło i ten wkurzający grymas na ustach, jednym słowem cały Malfoy.

- Trochę… Czytałeś gazetę? To wszystko moja wina, to przeze mnie. Gdyby nie ja, to ona może…- urwała chowając twarz w dłoniach, pokręciła głową i szepnęła.- Ona… Jej córce grozi niebezpieczeństwa, ale jak do jasnej cholery mam to udowodnić.- Draco widząc stan dziewczyny podszedł do niej delikatnie ją przytulając.

- Będzie dobrze, przecież jesteś profesjonalistką, kto miałby to wygrać jak nie ty… No już otrzyj łzy i się zbieramy…- Hermiona popatrzyła zdziwiona na Malfoy’a. On był dla niej miły? Czyżby coś się mu poprzestawiało? Draco dostrzegł jej zdziwioną minę i uśmiechnął się sardonicznie.- Nie przyzwyczajaj się kotku, to jest terapia szokowa przed rozprawą.

- Nie jestem twoim kotkiem, Malfoy.- Jednak mówiąc to delikatnie się uśmiechnęła.

- Jak nie jak tak!- Draco lekko ją do siebie przytulił i odszedł w stronę drzwi.- Zbieramy się pani adwokat, rozprawa się zacznie za jakieś 15 minut. Chyba nie chcemy się spóźnić, prawda?- Przytaknęła ruchem głowy, zabrała potrzebne jej akta i ruszyła wraz z Malfoy’em w stronę sali rozpraw. Na korytarzu przed sala siedziało kilka osób. Od razu dostrzegła ojca Dracona, siedział z głowa opartą o ścianę i z przymkniętymi oczami. W dłoni trzymał białą chustę i co jakiś czas stukał nerwowo palcami w krzesło obok. Naprzeciw męża siedziała Narcyza, wpatrując się w Lucjusza z troską wymalowaną na twarzy. Hermiona podeszła do swojego klienta i chrząknęła, dając znać o swojej obecności.

- Dzień Dobry, jak samopoczucie?- Zagadnęła na pozór wesoło podając rękę małżeństwu.

- Witamy, no cóż bywało lepiej, ale to jeszcze nic straconego…? Prawda?- Granger zdziwiona melancholijnym tonem mężczyzny przytaknęła bezwiednie głową, gdy ten odezwał się po raz drugi.- Ile lat może grozić mi za zabójstwo?

- Czyżby maił pan jednak coś na sumieniu?- Zapytała widocznie zdziwiona pytaniem mężczyzny.

- Nie, oczywiście, że nie, ale pytam w wypadku, gdyby jednak coś poszło nie tak.

-Wszystko będzie dobrze, obiecuje, a teraz zapraszam na salę.

Sala Rozpraw w Londynie miała szczególny wygląd. Wchodząc do środka, w oczy wrzucał się ogromny, podłużny stół. Po prawej i lewej stronie było po dwa miejsca dla oskarżonego obrońcy, oskarżającego i pokrzywdzonego. Na przeciw Rady sędziowskiej znajdowały się miejsca dla ławy magiczno- zaprzysięgłej. Wszyscy zajęli swoje miejsca. Po chwili do Sali wkroczył Bartholomew Stlone. Hermiona wraz z Lucjuszem zajęli miejsce naprzeciw Jacoba Kamena oraz Karolda Gray’a. Sędzia zaczął przeglądać złożone akta, podniósł wzrok na zabranych i przyjrzał się obu stronom.

- Jeżeli wszyscy już są obecni zaczynamy!- Wszyscy zebrani na sali podnieśli różdżki w górę.- Moim prawem jak i obowiązkiem jest przestrzegać wolności. Rozgraniczać ją między dobrem a złem.- Z różdżek wystrzelił żółty promień światła.- Niech potępią mnie potomkowie Merlina, jeśli na tej sali wygra zło. Moja dusza czystą będzie, gdy prawomocny wyrok zapadnie.- Jeszcze jedna wstęga światła oślepiła wszystkich tym razem srebrno- liliowa.- Tak oto, niech rozpocznie się sąd, a Merlin mi świadkiem o mojej bezstronności.- Bartholomew zakończył swoją mowę i usiadł na swoim miejscu.- Czy Karold Gray za stronnictwem swojego pełnomocnika podtrzymuje oskarżenie? – Karold wstał i pełnym gracji ruchem skłonił się wypowiadając cicho:

- Tak, powstrzymuje oskarżenie.

- A zatem czy Lucjusz Malfoy, oskarżony o popełniony czyn przyznaje się do winy?- Lucjusz wstał i patrząc zimno w oczy swojego oskarżyciela, odpowiedział hardo.

- Nie, nie przyznaję się do winy, jestem gotów udowodnić swoja niewinność, bez względu na to, jakie zarzuty będą mi stawiane.

- W takim razie przeczytam oskarżenie Lucjusza Malfoy’a.- Sędzia sięgnął po prostokątne grube okulary i spojrzał na akt oskarżenia. Odchrząknął i zaczął czytać.-  Ja Karold Gray  wnoszę pozew oskarżający przeciw Lucjuszowi Malfoy’owi. Dopuścił się on zabójstwa z premedytacją mojej córki Kattriny Karabeli Saradel Gray. Ja jako członek Zakonu Feniksa, ubolewam nad śmiercią mojej jedynej córki oraz dziedzica fortuny Gray’ow. Liczę na sprawiedliwość w wydawanej karze, bym mógł jawnie patrzeć na sąd z podziwem i wychwalać jego potęgę i znaczenie w świecie Magii i Czarodziejstwa, jakim jest Anglia. Podpisano:
Karold Gray
Rosalie Gray
Sędzia rozejrzał się po zgromadzonych. Nikt nie miał odwagi podnieść wzroku.

- Jak mniemam wszystko się zgadza.- Spojrzał w stronę Graya’a, który na potwierdzenie słów kiwnął głową. – Czy ty Lucjuszu Malfoy, zgadzasz się z zarzutami wcześniej opisanymi, które ubliżają twojej osobie? – Lucjusz podniósł się z miejsca i spojrzał na zadowolonego z siebie Karolda.

- Nie, nie zgadzam się…- powiedział chłodno i zajął swoje poprzednie miejsce.

- W takim razie poproszę teraz Hermionę Granger o złożenie raportu, potwierdzającego niewinność pana Malfoy’a.

- Oczywiście. Nie ukrywam, że pan Karold Gray to trudny przeciwnik. Odkąd dowiedziałam się o tym, że będę prowadzić tę sprawę, szukałam jakichkolwiek informacji na temat Karolda Graya’a. Otóż, do czego zmierzam.- Hermiona spojrzała na ławę zaprzysięgłych oraz na sędziego.- Okazało się, że w roku 1995, a dokładniej 23 czerwca, pan Gary miał rozprawę dotyczącą śmierci córki. O dziwo, to on był oskarżonym. Sprawę wytoczył Parley Gamb, który zgodził się świadczyć w tej sprawie.

- W takim razie zapraszam na salę świadka Parley’a Gamba.- Drzwi się otworzyły, a do środka wszedł średniego wzrostu mężczyzna z laską w ręce. Spojrzał na Gray’a i uśmiechnął się litościwie. Podszedł do balustrady i spojrzał na sędziego.- Proszę się przedstawić i pokazać mi swoje świadczenie magiczne oraz poza-terytorialne*.- Starszy mężczyzna podszedł do stołu sędziowskiego i podał radzie plik papierów oraz swoją różdżkę.- Nazywam się Parley Gamb. Mam 67 lat. Nie jestem tutaj pierwszy raz..- Powiedział tajemniczo, gdy zauważył, że sędzia chce mu przerwać.- Byłem tu 40 lat temu z małą różnicą. To ja siedziałem na miejscu Gray’a. Z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że jest to człowiek przebiegły i dwulicowy. Przez całe moje życie nie spotkałem większego manipulanta. To morderca dokonały.- Na Sali zapadła cisza. Nikt nie ośmielił się odezwać ani słowem, co jakiś czas zerkając na reakcję Karolda. Ten zaś milczał z kamiennym wyrazem twarzy. Od początku rozprawy przyglądał się tylko i wyłącznie Malfoy’owi. Bartholomew chcąc przerwać krępującą ciszę, spojrzał na świadka i zapytał:

-Jakie ma pan podstawy sądzić, że Karold Gray jest, jak to pan ujął, mordercą.

- Od sądzenia to jest pan, panie sędzio. Ja nie zamierzam sądzić, ja to wiem. 40 lat temu, gdy pana miejsce zajmował Cyprian Ervin, siedział ten sam mężczyzna, z tą samą pokerową twarzą. Pana poprzednik za niewłaściwie słowa przepłacił życiem. A ja? Ja bałem się przez całe życie odezwać się. Teraz żałuje.

- Czego się pan bał?- Stlone spróbował od bardziej pedagogicznej strony. Sędzia był święcie przekonany, że ten stary mężczyzna ma jakieś zaburzenia psychiczne, dlatego plecie od rzeczy, jednak po usłyszeniu odpowiedzi, stwierdził, że Gamb może już usiąść.

- Bałem się, że podzielę jego los. Pan też powinien uważać, prawda Karoldzie?- Odpowiedziała mu cisza. Hermiona widocznie usatysfakcjonowana spojrzała na Jacoba, który był wyraźnie zirytowany całą tą sytuacją.

- Dobrze, dziękuję panie Gamb. Panno Granger, czy ma pani jeszcze kogoś, kto by poświadczył przeciwko panu Gray’ow?

- Tak, oczywiście. Mam nadzieję, ze pan Gray ma dobrą pamięć. Ostatnim razem na moim miejscu był znany adwokat Stephen Bern. Pan Gamb był jego klientem…- Hermiona z determinacją spojrzała w oczy Karolda, które rozszerzyły się w akcie zdziwienia, a poza tym nic. Zero reakcji.

- Bern?- Spytał zdziwiony Bartholomew.- Ten Bern?

- We własnej osobie…- na salę wkroczył wysoki, sędziwy mężczyzna. Chodź jego twarz była opanowana, to oczy zdradzały dziwna zaciętość. Podszedł do barierek, podając papiery i różdżkę. Bez pośpiechu wrócił na miejsce świadka i rozglądnął się po zgromadzonych. Spojrzał na „poszkodowanego” i uśmiechnął się sardonicznie. Ile już lat minęło od ostatniego spotkanie z tym człowiekiem?  Tym razem nie miał zamiaru się poddać tak łatwo.- Stephen Bern. Lat…- tu uśmiechnął się niezdecydowanie.- Już na pewno ponad 50. Jestem tutaj na prośbę panny Granger. No i przyznam się, ze jakąś dziwnie się tu czuję.- Popatrzył z rozbawieniem na Jacoba i pokiwał ze zrezygnowaniem głową. Spojrzał z wyczekiwaniem na sędziego, który osobiście przeglądał akta.

- W takim razie słuchamy, co ma pan do powiedzenia w tej sprawie…?- Lucjusz chrząknął znacząco, patrząc ze zdziwieniem na Hermionę. Granger pochyliła się i wyszeptała coś do ucha Malfoy’a seniora. Ten spojrzał na syna siedzącego w ławie magiczno- zaprzysięgłych i skinął głową.

- Prowadziłem sprawę wytoczoną przez Parley’a Gamba. Mój klient był przekonany, że Gray dopuścił się zabójstwa córki… Wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się o tej sprawie. Czy mógłbym zadać parę pytań poszkodowanemu?- Sędzia skinął potwierdzająco głową.- Karoldzie słyszałem o tragicznej śmierci żony, moje kondolencje, ale wiesz, że moja żona również została zamordowana w przed dzień rozprawy?- Karold poruszył się i skinął głową.

- Z tego, co wiem, to umarła śmiercią naturalną…

- Tak, a te cięte ślady noża na szyi, to tak dla zmyłki, tak Gray?- Zapytał z jadem w głosie, którego nie powstydziłby się sam Snape.- Jednak nie zebraliśmy się tu po to, by rozmawiać o insynuacjach na temat śmierci mojej żony. Ogólnie rzecz biorąc, moje zdanie nie zmieniło się ani o jotę, jeśli chodzi o tego człowieka.- Odparł zimno Bern, tym razem patrząc na Bartholomew’a.

- Czy może pan rozwinąć tę myśl? Musimy usłyszeć to od pana, by uzgodnić fakty.- Wytłumaczył powoli. Na to Stephen kiwnął głową i westchnął ciężko na wznak ogólnego niepowodzenia życiowego.

- Ten człowiek nigdy nie znał poprawnej definicji słowa sprawiedliwość. Gdy coś szło nie po jego myśli… Po prostu usuwał ludzi, którzy psuli mu światopogląd. Chcecie dokładnych przykładów? Proszę bardzo! Cyprian Ervin- sędzia, który wydał wyrok obciążający Karolda. Dzień po rozprawie, znaleźli zwłoki w jego domu. Mnie nie mógł zabić, więc zabił mi żonę…- Tu Karold nie wytrzymał i wydarł się na całe gardło.

- Ty nędzny charłaku! JA!? JA CI ZABIŁEM ŻONĘ?! NIE MAM NIC WSPÓLNEGO ZE ŚMIERCIĄ TAMTEGO SĘDZI I NIE ŻYCZĘ SOBIE OBRAŻANIA MNIE! – Miał kontynuować, ale Stlone stwierdził, że robi się nieciekawie i stuknął młotkiem, sprowadzając Gray’a do pionu.

- Za takie postępowanie może być pan wydalony. Chyba nie chce pan resztę rozprawy spędzić na korytarzu, prawda?- To był zdecydowanie kubeł lodowatej wody na głowę Karolda. Mężczyzna uspokoił się i zasiadł na swoim miejscu. Hermiona nie próbowała ukryć swojego zadowolenia. Szczerzyła się jak głupia. Tak właśnie na to czekała. Teraz maja znaczną przewagę. Pani adwokat zdawała sobie sprawę, ze Bartholomew Stlone nie pochwalał wybuchowości na sali. Świadczyło to, w jego mniemani, o barku kultury i poszanowania dla tego miejsca.- Panie Bern proszę mówić dalej. A co do pana, panie Gray jeszcze jeden taki incydent, a zostanie pan wyrzucony z sali i nie będzie maił pan prawa do własnej obrony.

- Tak, więc jak mówiłem następnym przeszkadzającym pionkiem, do idei Karolda, była jego żona. Rosalie Gray była piękną i zawsze uśmiechniętą kobietą. Pokochała taką kreaturę, jaka jest, Gray, ale on tego nie doceniał. Zos­tała sa­ma żyjąc w złotej klat­ce która so­bie przygotowała....  Możecie mnie pytać skąd posiadam takie informacje. Widzicie, byłem jedyną osobą, której Rosi ufała. To do mnie przychodziła się skarżyć. Ile razy przylatywała cała zapłakana, mówiąc o wszystkich gwałtach i awanturach Karolda. Za to Gray nigdy nie mógł zrozumieć, że w dob­rym związku, mu­si is­tnieć część wspólna, jak i oddzielna. Ta kobieta wiedziała zbyt dużo.
Brak pier­wszej, rodzi sa­mot­ność,brak dru­giej, oz­nacza życie w złotej klatce...  Rosalie wiedziała o tym, że pan Malfoy nie zabił jej córki. Wiedziała o wszystkich wyczynach męża. Jednym słowem była przeszkodą.- Stephen Bern przerwał na chwilę, zastanawiając się, co jeszcze może powiedzieć w tej sprawie. Ułatwił mu to sędzia, zadając następne pytanie:

- Dobrze, a co może pan powiedzieć o śmierci córki pana Gray’a?

- Kate… Ostatnio widziałem ją jak miała 6 lat. A mogę mieć ja pytanie do pana?- Skinął głową.- Jak przebiegłym trzeba być, by stworzyć fałszywe akta zgonu własnej córki?- Stlone spojrzał ze niezrozumieniem w oczach na Berna. Tu głos zabrała Hermiona.

- Za pozwoleniem. Pan Bern wspomniał o aktach, które w trafił do mnie 6 miesięcy temu. Mam je ze sobą. Wyciągnęła papiery i podała je Radzie. Po chwili odezwał się sędzia…

- Skąd pewność, że są one podrobione?- Spytał patrząc na Hermionę.

- Pewności nie mamy..- W tym miejscu dało się słysząc krótkie „ha!” w wykonaniu Jacoba.- Ale jeśli mój klient zabił córkę Gray’ow, to, jakim cudem akta zgonu pochodzą z roku 1995. Czyżby pan Karold Gray zapomniał wysunąć wniosek oskarżający? A no tak! Zapomniałam! To on był oskarżony o morderstwo z premedytacją.- Hermiona zajęła swoje miejsce, zerkając na Malfoy’a Juniora. Siedział w radzie magiczno- zaprzysięgłej i obserwował. Jego mina krzyczała wręcz „Nudzi mi się! Zabierzcie mnie stąd!” I z trudem próbował pohamować ziewnięcie. Mimo wszystko uśmiechnęła się na ten widok. Potrząsnęła głową, wracając do sprawy.

- Dobrze teraz poproszę pana Jacoba Kamena o przedstawienie sprawy. – Mężczyzna o zielonych oczach, jasnych włosach i ciemnej karnacji. Uśmiechnął się delikatnie i spojrzał na swoja rywalkę. „Niestety ładna buźka nie zastąpi mózgu”.- Pomyślał z rozbawieniem i podniósł się z miejsca.

- Wszyscy zebrani widza w tym człowieku mordercę. Z całym szacunkiem droga pani adwokat. Jednak nie zapominajmy, że ten człowiek stracił żonę i córkę. Stracił wszystko, na czym mu zależało, co posiadał. Teraz siedzi i słucha tego, co inni mają mu do zarzucenia. Mój klient na początku naszej współpracy powiedział mi, że nie jest człowiekiem bez winy. Bo który człowiek nie popełnia błędów? Nasza pani adwokat wygrzebała doszczętnie wszystkie „brudy” pana Gray’a. Nikt jednak nie wspomniał o szanownym panu Malfoy,’u, który notabene należał do popleczników Tego- Którego- Imienia- Nie- Wolno- Wymawiać. Czyżbyście o ty małym szczególe zapomnieli?  Każdy z nich był równie okrutny. Zabijał, torturował i choć to słowo padło tu wielokrotnie to też gwałcił. Czyżbyście zapomnieli jak terror siali śmierciożercy.- To słowo praktycznie wypluł, spoglądając z premedytacją w oczy Malfoy’a seniora.- Podpalane wioski, napady na banki i urzędy. Nikt nie chce pamiętać tego, co było niespełna kilka lat temu i zdaje sobie z tego sprawę. Każdy w tym okresie stracił kogoś bliskiego. A ten człowiek się do tego przyczynił. To chyba tyle na ten temat.

- Czy chciałby się pan do tego jakąś odnieść panie Malfoy?- Sędzia spytał Lucjusza, dalej przeglądając plik kart.

- Owszem. Cała ta przemowa była równie wzruszająca i łapała za serce nie powiem.- Słowa cedził przez zęby. Każde kolejne zdania były coraz bardziej przesiąknięte jadem i bólem.- Ale jak to pan obrońca zaznaczył, każdy popełnia błędy. Moim największym było przystąpienie do Voldemorta i nie kryje się z tym.- Zebrani na sali praktycznie zapomnieli jak się oddycha, gdy usłyszeli znienawidzone przez wszystkich imię.- Jednak jak wszystkim wiadomo, jedna chwila mojej słabości, przekreśliła życie moje jak i mojej rodziny. Nigdy nie będę w stanie im tego wynagrodzić. I gdybym mógł cofnąć czas nigdy więcej bym nie poszedł tą drogą, którą szedłem dotychczas. Teraz wierzę, że jestem na właściwej ścieżce i nie pozwolę oskarżać się o rzeczy, które nie widziały mojego udziału.- Lucjusz usiadł na krześle i spuścił głowę na dół. Bartholomew widząc, że i jedna i druga strona milczy skinął głową na Radę, wstał, a po nim wstali wszyscy inni.

- Dobrze, dziękuję za uwagę. Rada musi postanowić. Wyrok będzie ukazany w najnowszym wydaniu Proroka Codziennego. A teraz…- podniósł różdżkę w górę i wszystkie światła zgasły.- Wszystko, co było tu powiedziane, pomyślane, zrobione zostaje objęte tajemnicą!- Z różdżek zebranych wystrzelił ciemny snop światła:
Tajemnica zawiązana
Nigdy nie zostanie złamana
Człowiek potępiony
Ze złamanej obietnicy niewytłumaczony
Światło dobra i mrok zła
Niech w opiece sprawiedliwość ma!

Hermiona odetchnęła z ulgą wychodząc z sali. Wzrokiem szukała Dracona. Chciała mu powiedzieć… Nie, chciała mu podziękować. Sama musi się przed sobą przyznać, że należą mu się podziękowania. Jednak go nie było. Ukłucie zawodu… Przyjęła grzecznie podziękowania ze strony państwa Malfoy’ów, którzy właśnie aportowali się do domu. Ona też powinna już się zbierać. Ruszyła do swojego biura powoli zasiadając za biurkiem. Teraz wszystko wróci do normy…

*świadczenie terytorialne- Jest to papier, potwierdzający tożsamość. Są w nim wszystkie przewinienia {świadka} i przestępstwa w kraju i poza nim.
~***~
Ciemne, okrągłe pomieszczenie, w którym było słychać tylko i wyłącznie przyśpieszone oddechy i nieregularne krzyki bólu. Właśnie tam zmierzał. Musiał szybciej wyjść z rozprawy. Musiał ją ratować… Odetchnął głęboko i nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły, a on stanął tak, by nikt go nie zauważył. Na ziemi leżała dziewczynka. Draco przetarł oczy i pokręcił głową. Nie, to nie może być Kate… Nie, nie, nie… Przepychając się przez tłum powtarzał te słowa jak mantrę. Prosząc, błagając… Stanął za Rookwood’em i chrząknął znacząco by ten zwrócił na niego uwagę. Augustus spojrzał na intruza i uśmiechnął się paskudnie.

- Kogo me oczy widzą! Już tylko… skończę..- Draco chciał mu powiedzieć, żeby tego nie robił, przecież dziewczyna może być przydatna. Jednak było za późno. Rookwood z histerycznym śmiechem, podszedł do zbolałego ciała dziewczynki i kucnął nad nią. Przejechał kciukiem po jej policzku dokładnie ją obserwując. Po chwili zaśmiał się jeszcze raz i rzucił śmiercionośne zaklęcie. W pomieszczeniu zapadła cisza.- No, to po imprezie! Stell, posprzątaj. Przecież nie zostawimy bałaganu…NO JUŻ WAS NIE WIDZĘ!- Wydarł się tak, że stary, popękany żyrandol się zakołysał. Jeszcze raz roześmiał się paranoicznie i biorąc do ręki butelkę Whisky rzucił się na fotel.- No, co tam, Draco? Powiedz mi jak tam twoje zadanie?- Malfoy zacisnął szczęki i spuścił wzrok. Na sali zapanowała cisza. Rookwood patrzył z wyczekiwaniem na młodego Malfoy’a. Po chwili uzyskał odpowiedź.

- Nie zrobię tego…- Praktycznie wysyczał. Augustus z rozbawieniem pokręcił głową i pociągnął spory łyk z butelki. Podniósł się z fotela i podszedł do Dracona. Roześmiał się głośno, dławiąc się przy tym wypitym trunkiem. Malfoy patrzył na to z wyraźną odrazą, wymalowaną na twarzy.

- Chcesz zginąć za nią? Za nędzną szlamę?- Rookwood zaczął krążyć wokół Malfoy’a, popijając alkohol.

- Nie zabijesz mnie. Jestem ci za bardzo potrzebny.- Powiedział to z taką pewnością siebie. Augustus zazgrzytał zębami i wpadł w furię. Zaczął miotać różnymi zaklęciami. O dziwo, nic nie trafiło w Malfoy’a. Po chwili chłopak leżał na ziemi, a jego ciałem wstrząsały spazmy bólu. Nie krzyczał, nie, nie da mu tej chorej satysfakcji. Czuł jak każdy mięsień, każda tkanka, każda komórka płonie żywym ogniem. Zacisnął powieki aż do bólu. Przypominał sonie ją. Każdą chwilę, chociaż minutę spędzoną w jej towarzystwie, bo w końcu za nią przechodził teraz prawdziwe piekło. Zawsze myślał, że to nie istnieje. Te całe opowiadania o niebie i piekle. Ponoć osiąga się te stany dopiero po śmierci. Może gdyby nie wył z bólu, prychnąłby. To ludzie tworzą piekło, niezależnie od miejsca. Każde nawet najbezpieczniejsze miejsce, potrafią doszczętnie zniszczyć. Domy zamienić z zgliszcza. Radość w smutek. Napój w truciznę. Kochające serce w pompę do tłoczenia krwi.
Rookwood z fascynacją patrzył na wijącego się chłopaka i po chwili cofnął zaklęcie, aportując się w tylko sobie znane miejsce.
~***~
Hermiona właśnie wychodziła z biura. Było już późno i zimno. Zaczął padać silny deszcz. Z trudem rozłożyła parasolkę i ruszyła w kierunki ciemnej uliczki, gdzie spokojnie mogłaby się aportować. Gdy podnosiła różdżkę by wypowiedzieć inkantacje ona wyleciała jej z ręki. Odwróciła się w stronę napastnika i wydała z siebie cichy okrzyk. Nie mogła liczyć na pomoc. Strach potęgowała dzika furia w oczach mężczyzny…

- Witaj Granger…






OK., z czystym sumieniem przyznaję, że to był najtrudniejszy rozdział jaki od początku przyszło mi pisać. Za wszelakie błędy przepraszam! A i oczywiście pozdrawiam Konoe Subaru, która jest już po maturach. Zapewniam, ze dobrze poszło! :D

sobota, 25 maja 2013

19. Death, the key to solving the mystery.




Hermiona podniosła się z łóżka, głowa bolała ją niemiłosiernie, nie wspominając o poczuciu winy, jakie na niej ciążyło. Wszystko szło nie tak. Zaczynając od komplikacji w ministerstwie poprzez natrętnego miliardera kończąc na rozprawie, która miała odbyć za nie całe cztery dni. Odwiedziła łazienkę i po 20 minutach pakowała najpotrzebniejsze rzeczy do torebki. Zastanawiając się czy niczego nie zapomniała, usłyszała pukanie do drzwi. Wywróciła oczami, położyła torbę na stół i poszła otworzyć.




- Mogę wejść? Chcę tylko porozmawiać nic więcej.- Zachrypnięty, pełen winy głos. Ile razy już go słyszała? Ile razy ten ton zmiękczał jej serca do tego stopnia, że znów mu wierzyła? Tak bardzo jak to tylko możliwe.
- 10 minut i ani sekundy więcej.- Oświadczyła przepuszczając gościa w drzwiach. Obserwowała jak niepewnie się rozgląda. Czyżby spodziewał się tu kogoś? Niemożliwym było, żeby się przejmował, nie on.
-Chciałem porozmawiać. Słyszałem, ze prowadzisz sprawę Lucjusza Malfoy’a.-  Gdy dziewczyna niezauważalnie przytaknęła głową, kontynuował swoja wypowiedź, cały czas bacznie się jej przyglądając.- Dowiedziałem się o tym nie dawno. Harry miał na biurku papiery i zerknąłem. Byłem ciekawy, dlaczego podjęłaś się tej sprawy. Chcesz bronić, śmierciżerców? Nie pamiętasz jak bardzo cię krzywdzili?- Patrzył na nią z nieopisanym bólem w oczach. W Hermiona się zagotowało, jednak nie dała po sobie tego poznać. Usiadła na blacie w kuchni i spojrzała przelotnie na rozmówcę.
- Harry im ufa, a ja z kolei ufam jemu. Nie mam zamiaru odrzucać spraw przez uprzedzenia. Nie mieszam życia prywatnego z służbowym i doskonale o tym wiesz. Mówisz o tym jak mnie skrzywdzili? A ile razy ty to zrobiłeś, Ron. Ile razy doprowadziłeś mnie do płaczu, patrząc na to z kpiną wymalowaną na twarzy. Wiesz, a pamiętasz może twoje ostatnie stwierdzenie? Było to na peronie Po zakończeniu szkoły…- Chłopak widocznie sobie przypomniał, o czym mówiła Miona, ponieważ zbladł i spuścił głowę na dół.- Jak nie to ci przypomnę, stwierdziłeś, że „ Takie parszywe szlamy jak ja nie wybiją się w śmiecie czarów”. Za to zaproponowałeś mi zmywak w Dworze Malfoy’ów,  chyba, że znajdą ciekawsze zastosowanie czegoś podobnego do mnie.- Po jej policzkach spływały łzy, ale głos był zadziwiająco spokojny. Tak jakby opowiadała całotygodniową prognozę pogody.
- To było po tym jak umawiałaś się z nim i Zabini’m pod koniec roku, czyżby pamięć cię zwodziła?- Uśmiechnął się ironicznie, wspominając.
- Dawałam im korepetycje, w dodatku na prośbę Snepa! Wynoś się stąd, ale już! Nie chcę cię widzieć do końca swojego życia!- Hermiona warczała wyraźnie wyprowadzona z równowagi.
- A myślałem, że przez ten czas zdążyłaś pójść po rozum do głowy no, ale cóż właśnie mnie utwierdziłaś  w przekonaniu, że nigdy go nie miałaś…
- Weasley, czy Granger nie wyraziła się jasno, na temat twojej osoby w jej domu?- Ron i Hermiona odwrócili się w stronę sarkastycznego głosu, który wynosił temperaturę równą panującej na Antarktydzie.
- A nie mówiłem? Jesteś zwykłą szmatą. A ja przyszedłem się pogodzić… No, więc nici z moich dobrych inten.. – W tym momencie Rudy urwał, gdyż blondyn stojący w drzwiach stracił cierpliwość. Hermiona zakryła usta dłonią, a Malfoy po krótkim „zaraz wracam i jedziemy” wyszedł z domu wlokąc ze sobą Weasley’a.  Kobieta pokiwała z niedowierzaniem głową i zeskoczyła z blatu kuchni. Wybiegła na górę po schodach, wprost do łazienki. Próbowała na spokojnie wszystko sobie przemyśleć i uspokoić się. Spojrzała w lustro i zobaczyła cienie pod oczami. Szybko sięgnęła po różdżkę i usunęła wszystkie niedogodności podprawiając makijaż.

Ciemne pochodnie rozświetlały szeroki korytarz. Na ścianach wisiały portrety przodków oddanych Mu ludzi. Posadzka z marmuru błyszczała pod wpływem nikłych promieni rzucanych przez świece. Cień osoby, wysokiego szczupłego mężczyzny odbijał się na każdej powierzchni. Miał dostarczyć niezbędne informacje swojemu Panu. Z gracją zamiatał swoimi szatami podłogę. Doszedł do końca korytarza, zapukał w olbrzymie drzwi trzy razy, w równych odstępach. I czekał… Właśnie w tych momentach dopadały go nikłe wyrzuty sumienia. Czcił człowieka, któremu ufał. Ufał, ale się go bał. Zastanawiał się nieraz, dlaczego mu służył. Po chwili drzwi się uchyliły. Mężczyzna nie pewnie wszedł do środka. Pomieszczenie nie wyglądało zachęcająco. Marmur położony na podłodze, ścianach i suficie. Kominek, naprzeciw którego był ustawiony fotel. Dalej barek z czarnego drewna, poszarpane, ciemne zasłony opadające na ziemię. W niektórych miejscach na ścianach pojawiała się zaschnięta krew. Oświetlenie dawał tylko ogień, tlący się w kominku.
- Wejdź, co cię do mnie sprowadza drogi przyjacielu?- Głos tak oschły i zimny, że aż na ułamek sekundy krew mimowolnie zastygła w żyłach. Jego Pan siedział w fotelu naprzeciw kominka i wpatrywał się w ogień. Oczy były puste i matowe. Nie odbijał się w nich nawet światło dochodzące z paleniska.- Karoldzie, nie krępuj się, wejdź…- Ponaglił go, zauważywszy, ze jego gość nadal stoi w progu.
-Tak Panie.- Pełen uległości głos, który miejscami się załamywał, dostarczał satysfakcji Rookwodowi. Świadczyło to o strachu rozmówcy i on zdawał sobie z tego sprawę.- Twój rozkaz, Panie. Dostałem twój rozkaz…
- Ach tak! Widzisz, ostatnio ptaszki ćwierkały, ze twoja żona spotkała się z szczurami z ministerstwa.. Czy to prawda?
- Ja nie wiem… Panie ja nie wiem, ona nic mi nie mówii….- Mężczyzna upadł na ziemie, kuląc się w spazmach bólu. Krzyk rozdarł komnaty pobudzając każdą, nawet najmniejsza cząsteczkę powietrza. Każda tkanka próbowała wydostać się na, zewnątrz, co spowodował silne drgania na całym ciele. Zdarte gardło nie było wstanie błagać. Zakrwawione oczy nie mogły patrzeć na okrucieństwo. Kończyny odmówiły posłuszeństwa przechodząc własne katusze. Serce biło w szaleńczym tempie nie zdolne się zatrzymać. Płytki oddech utrudniał nabieranie, tak upragnionego powietrza. Łzy płynęły po policzkach, kapiąc na pedantycznie czystą podłogę. Nawet, gdy zaklęcie zostało cofnięte, ból nie ustał. Wręcz przeciwnie pokazał swoje prawdziwe oblicze.
- Wierny sługa kłamie w żywe oczy Panu? Czyżbyś się popsuł drogi Karoldzie? Nie rób tak więcej. Finigusie!- Do sali wkroczył ciemnowłosy chłopak o przeraźliwie jasnej cerze. Ukłonił się i podszedł do Gray’a. Pomógł mu wstać i zaczekał na dalsze rozkazy.- Żeby mi to było ostatni raz.- Syknął.- Następnym razem nie będę aż tak łaskawy. Znaj moją dobroć i wynoś się stąd! Jeśli stary Malfoy nie wyląduje w Azkabanie, ty za to zapłacisz… Życiem. Wynocha!- Finigus wyprowadził Gray’a, zginając się w pół przed wyjściem.

Malfoy zaparkował na podjedzie przed dworkiem. Hermiona bez sowa wysiadła z auta i skierowała się do drzwi. Draco bacznie się jej przyglądał, miał nadzieje, że jednak coś powie, jednak ona milczała jak grób. Otworzył jej drzwi, by mogła wejść i pomógł ściągnąć płaszczyk. Nadal milczała nawet nie podziękowała. Nic… Skierowała się do salonu Malfoy’ów, gdzie była ostatnim razem. Po chwili przyszedł Lucjusz.
-Witam Panno Granger, cieszę się, że nie zrezygnowała pani.- Malfoy Senior usiadł naprzeciw niej.
- Omawialiśmy to już ostatnim razem, to moja praca, nie mogłam postąpić inaczej. A teraz proszę mnie uważnie posłuchać. To nasze ostatnie spotkanie przed rozprawą. Oczekuje od pana szczerości. Jeżeli nie powie mi pan wszystkiego nic z tego nie wyjdzie. Nic mnie nie może zaskoczyć na tej rozprawie.
- Naturalnie, więc co pani chce wiedzieć?- Hermiona wyciągnęła notes i długopis, patrząc na wcześniejsze notatki.
- Czy miał pan jakiekolwiek powiązania z Rookwood’em? – Hermiona zauważyła jak Malfoy zaciska szczękę.- Panie Malfoy, ja nie pytam o Voldemorta, tylko o Augustusa…
- Nie, nie służyłam mu. Rozmawialiśmy, gdy mieliśmy tą samą rangę w Wewnętrznym Kręgu, za panowania Czarnego Pana. I na tym kończą się moje relacje z tym człowiekiem…
Ale dlaczego pani pyta o niego? Sprawę wytoczył Gray, a nie Rookwood..
- Mam podstawy twierdzić, iż pan Gray oraz Rookwood „współpracują” ze sobą, nic więcej nie mogę panu powiedzieć.- Lucjusz pokiwał głową na znak zrozumienia i pozwolił kontynuować rozmowę.
- Jestem świadoma tego, że adwokat Gray’a może podpuszczać nas zmyślonymi dowodami lub jakimiś niemoralnymi prztykami, jednak musi to pan tolerować. Nie możemy sobie pozwolić na żadne wybuchy złości, ponieważ może to być potraktowane jako przyznanie się do winy. Jasne?- Po trzech godzinach nieustannego tłumaczenia celu i reguł panujących na Sali rozpraw Hermiona udała się do domu. Chciała skorzystać z łazienki, gdy zauważyła brązowo- srebrną pomykałówkę. Podeszła do sowy i odebrała od niej gazetę oraz list.



   
   Morderstwo jednej z najbardziej wpływowych kobiet w Anglii. Żona    Karolda     Gray’a, Rosalie Gray nie żyje. Kobieta została zamordowania dzisiaj nad ranem o godzinie 3.47. Napastnik działał z zaskoczenia. Mamy pewność, że ofiara się tego nie spodziewała. Redakcja proroka codziennego składa najszczersze kondolencje Karoldowi Gray. Więcej informacji oraz życiorys Rosalie Gray str.11.







Hermiona nie mogła uwierzyć własnym oczom. Rosalie została zamordowana, a przecież ona ją ostrzegała. Ona wiedziała, co jej grozi, ale mimo wszystko zgodziła się na spotkanie. To ten bydlak ją zabił! To on chciał ją ukarać, a co najgorsze ona była temu wszystkiemu winna. To przez nią ta kobieta nie żyje. Może gdyby nie prosiła o to spotkanie ona… Pokręciła z niedowierzaniem głową. Skaże tego dupka na dożywocie w Azkabanie. Tego akurat była pewna. Jeszcze nigdy nie była aż tak zdeterminowana by wygrać. By pomścić ludzi, którzy „przeszkadzali”  w wprowadzeniu tego chorego planu w życie. Sprawi, że oni zapłacą, nie ruszając listu poszła do łazienki. Po godzinnej terapii pod prysznicem była gotowa na kolejne rewelacje. Wielkie było jej zdziwienie, gdy przeczytała całość.



Zapewne, gdy to czytasz, mnie już nie ma. Odpowiem na twoje pytanie. Tak mam córkę, lecz jej nie uratujesz. Ona zginie tak samo jak i ja. Jestem tego świadoma i piszę to z uśmiechem. W końcu odnajdzie spokój, którego ja dać jej nie mogłam. Bo jeśli jesteś na tyle inteligentna, by zrozumieć tą sytuację i jeśli zrozumiesz, o czym ci napisze położysz kres wszystkiemu złu. Jeśli jednak nie podołasz, twoja ofiara pójdzie na marne:
Śmierć rozwiązaniem zagadki
By wydostać się z szeregu zła klatki
Krew przelana zapomnianej
Potężnej, lecz niekochanej
Każdy krok wydaje się mały
Ponieważ różne są ideały
Pokazanej chwały
Lecz efekt nie jest trwały
Znaleźć władcę sprawa żmudna
Łatwa, ale jednak trudna
Paradoks przeznaczenia
Kluczem do świata zmienienia
By śmiać się z cierpienia
Z zamkniętej rany krwawienia
Kiedyś los się odwróci
Radość i smutek skróci
Wraz z życiem
Zapomnianą śmiercią i wiecznym byciem
Rosalie Gray







Przepraszam za tak długą nieobecność, odzyskałam laptopa i udało mi się coś napisać, pewnie w następnej notce pojawi się rozprawa, muszę troszkę przyspieszyć, bo w przeciwnym razie do 100 się nie wyrobie... :D Miłego czytania!