niedziela, 23 czerwca 2013

21.Death is not the only way even the worst situation.



    Hermiona właśnie wychodziła z biura. Było już późno i zimno. Zaczął padać silny deszcz. Z trudem rozłożyła parasolkę i ruszyła w kierunku ciemnej uliczki, gdzie spokojnie mogłaby się aportować. Gdy podnosiła różdżkę, by wypowiedzieć inkantacje ona wyleciała jej z ręki. Odwróciła się w stronę napastnika i wydała z siebie cichy okrzyk. Nie mogła liczyć na pomoc. Strach potęgowała dzika furia w oczach mężczyzny…

- Witaj Granger…- Dziewczyna wzrokiem szukała swojej różdżki, lecz na próżno. Zaczęła cofać się, mając cichą nadzieję, że może jakimś cudem uda jej się uciec. Plany pokrzyżowała jej ściana mająca około 6 metrów. Mężczyzna zaczął podchodzić do Hermiony dziwnie się jej przyglądając. Po chwili wybuchnął paranoicznym śmiechem i zaczął obracać w placach różdżkę, należącą do Granger.- Strach to jedyna ludzka zaleta. Wtedy człowiek traci zmysły i zdrowy rozsądek, czyż nie panno Granger? Dlaczego się mnie boisz? Przecież chciałem tylko porozmawiać..- Zapytał nie spuszczając z niej wzroku. Hermiona nie odezwała się ani słowem, próbując na chłodno przeanalizować sytuacje. Przerwał jej krzyk mężczyzny.- Kiedy pytam, żądam odpowiedzi! Jasne?!- Kiwnęła potwierdzająco głową.- Czyli dlaczego się mnie boisz?- Hermiona zebrała w sobie resztki odwagi, podniosła głowę i spojrzała na napastnika.

- Nie boje się ciebie…- Głos drżał jej i sama przeklinała wszystkie bóstwa za niepewność w swoim głosie. W zaułku rozniósł się histeryczny śmiech psychopaty.

-Szlamy nigdy nie były i nie będą inteligentne… Jesteś najbardziej znaną szlamą w całej Anglii. Powiedz mi, jak to możliwe.. Przecież już dawno powinnaś gryźć ziemię.- Westchnął ciężko i pokręcił głową na wznak ogólnego życiowego niepowodzenia. Po chwili uniósł głowę i spojrzał na przerażoną kobietę. W jego oczach zagościły szaleńcze iskry, a na twarz wkradł się przebiegły uśmiech.- A ładnie krzyczysz?- Hermiona patrzyła przez chwilę zdezorientowana na mężczyznę, ten widząc to uśmiechnął się jeszcze szerzej.- Crucio…- Przez jej ciało przeszła fala bólu. Krzyk przedarł się przez huczący wiatr. Upadła na ziemie, wijąc się i rzucając w spazmach niewyobrażalnego, palącego bólu. Spojrzał na nią z góry nie przerywając zaklęcia. Pokiwał głowa z uznaniem i po chwili zastanowienia rzucił następne zaklęcie.- Sectumsempra...- syknął, a po chwili na ciele kobiety pojawiły się krwawe rany z których płynęła krew. Ostatkami sił próbowała się podnieść, ale bez skutku. Włosy zlepione błotem i krwią, oczy, które wręcz błagały o litość. Jej determinacja pękła jak bańka mydlana, nadzieja uciekła, zgwałcona i poniżona. Odwaga oddała pokłon lękowi, a umysłem zawładnął szatan. Po policzkach spływały łzy bezradności i niesamowitego cierpienia. Deszcz przebrał na sile, a wiatr coraz mocniej wiał, próbując przypomnieć o swojej mocy. Nad zaułkiem, niebo rozdarła błyskawica, a grzmot przerwał ciszę. Ostatnie, co usłyszała to psychopatyczny śmiech. Nagle ból ustał, a mężczyzna zniknął wraz z resztą rzeczywistości.

~*~

    Wiele ludzi twierdzi, że topienie smutków w napojach procentowych to nie jest dobre wyjście. Jednakże istnieje pewna grupa zwolenników alkoholi, które notabene pomagają zapomnieć o tym, o czym nie chcemy pamiętać lub pozwalają rozluźnić się i wygonić na urlop szare komórki. Pewien blondyn stwierdził, że butelka podobnego napoju nie zaszkodzi. Po jednej dołączyła kolejna i następna, że w końcu przestał liczyć. Po godzinie lub dwóch ów chłopak nie wiedział czy to czwarta czy czterdziesta czwarta butelka „zbawiennego” płynu.
   
    Słońce nieśmiało zaglądało do okna szarookiego mężczyzny. Co prawda był grudzień, lecz śniegu można było się dopatrzeć naprawdę w mikroskopijnych ilościach. W Anglii takie anomalia pogodowe to nic dziwnego. Przez cały rok mieszkańców tego kraju nawiedzały deszcze, więc dlaczego teraz miałoby się to zmienić? Po chwili do okna zapukał śliczny, brązowy puchacz. Draco nawet nie drgnął. Uparte słoneczko oburzone zachowaniem arystokraty przebrało na sile i z całą swoją mocą uderzyło w okno Malfoy’a. Po sypialni chłopaka rozniosły się różnorodne epitety, nienadające się do druku. W stronę sowy poleciała poduszka, lecz to nie zachęciło ptaka do odlotu. Po 20 minutach Draco zmotywował się do wstania z łóżka. Ociężałe powieki ważyły zdecydowanie za dużo, a ból głowy zaćmiewał bodźce, które miały trafiać do mózgu. Powoli doczłapał do łazienki. Z trudem odnalazł błękitny płyn. Odkorkował buteleczkę i pochłonął całą zawartość. Skutki zażytego „lekarstwa” odczuł po kilku minutach. Powędrował do sypialni, by sprawdzić korespondencję i prawie się zadławił powietrzem, gdy zauważył, że ptak przyniósł mu Proroka Codziennego. Bez namysłu złapał różdżki i aportował się do domu Granger. Nawet nie czytał tej gazety…, Dlaczego? Sam dokładnie nie wiedział… Może to przez strach, który gdzieś się tam czaił. Albo przez niepewność, która wzrastała wraz z kolejnymi minutami. A może chciał pokazać jej pierwszej, by… I tu są dwie opcje; Po pierwsze, by pokazać jej, ze wcale nie jest taka wspaniała i wkopała jego ojca. Po drugie, pochwalić i podziękować za dobrą współpracę. A później deportować się gdzieś daleko i nigdy nie wracać. Prawda była taka, że on już nie mógł tak po prostu przebywać z nią w jednym pomieszczeniu. Coś go rozsadzało od środka i dziwnie paliło, gdy się do niego uśmiechała, czy tylko rozmawiała… A on? On nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć. To było coś nowego, coś, co nie szło po jego myśli, i w końcu coś, na czego nie mógł znieść i maił serdecznie dosyć. Zapukał do drzwi i czekał. Nic, zapukał jeszcze raz no i dalej cisza. Spojrzał na zegarek, 10.15. Porządkowa Granger na bank już nie spała, dzisiaj sobota, więc nie ma jej w pracy…, Chociaż u niej to wszystko możliwe… Po chwilowym zastanowieniu, doszedł do wniosku, że najnormalniej w świecie poszła odwiedzić Rudą. Pokiwał głową na wznak ogólnego roztargnienia i zniknął.

    Ginny leżała w łóżku rozmyślając nad wszystkim i nad niczym. Dzisiaj rano kursowała chyba z sześć razy toaleta, łóżko, łóżko, toaleta, a Zabini nawet nie drgnął. Obróciła głowę w prawą stronę i spojrzała na swojego chłopaka. Dlaczego jej brat jest tak bardzo do niego uprzedzony? Przecież to nie jego wina, ze jego rodzice to śmierciożercy. To nie przez niego zginęło tyle ludzi. Taka była wola rodziców. A on jako mały chłopczyk chciał, by byli z niego dumni. Czy to tak trudno zrozumieć? No chociażby ona… Była zdrajcą krwi. Tylko, dlatego, że jej rodzice zadawali się z mugolami i charłakami. Ale było warto, Nie do końca rozumiała, na czym polega to całe zdradzenie. Przecież, na przykład Voldemort, uznaje się za lepszego od ludzi nie magicznych, a tak naprawdę jeden mugol wart był więcej od całego zastępu śmierciżerców. Polityka ludzi czystej krwi była wygodna dla nich samych. A rozumowanie niby zdrajców było dobre dla wszystkich. Bynajmniej ona tak uważała. Po chwili poczuła jak ręka Blaise’a gładzi ja po brzuchu. Ponownie odwróciła głowę w jego stronę i delikatnie się uśmiechnęła.

- Długo nie śpisz?- Zapytał, głośno ziewając. Poszedł wczoraj późno spać, a jego organizm potrzebował bardzo dużo snu. Przynajmniej on tak uważał…

-Gdzieś tak od ósmej. Dzieciątko daje popalić.- Powiedziała ciężko wzdychając, tym samym podsumowując swój żywot.

- Wdało się w tatusia! Ot, co! Wrośnie nam mały diabełek! A będzie normalnie chodził jak w zegarku. Średnia 6.0, Dom, Slytherin, doskonały kapitan Quidditch’a no i oczywiście przystojniak po tatusiu!- Ginny zachodziła się ze śmiechu, trzymając się za brzuch. Blaise miał naprawdę wybujałą wyobraźnie. Taaak, żeby on jeszcze taki idealny był jak sam się widzi. Otarła  łzy rozbawienia i ponownie spojrzała na chłopaka, po czym znowu wybuchła niekontrolowanym śmiechem na widok zdezorientowanej miny Diabła.

- No Diabełku, czyli wyrośnie nam samo-uwielbiający się alkoholik z wybujałym ego. Merlinie broń!

-, Jaki alkoholik? Kochanie ja nie wiedziałem, ze masz do tego skłonności, ale obiecuję, ze znajdziemy jakiegoś…- Ruda zamachnęła się i uderzyła Diabła poduszką, na której się opierał. Blaise nie rozumiejąc, co się dzieje chciał złapać poduszkę jednak Ginny przetrzymała ją i pchnęła lekko w przód. Satynowa pościel owinęła się wokół nóg chłopaka i ściągnęła go na ziemie. Po pomieszczeniu rozniósł się perlisty kobiecy śmiech. Zabini pokręcił ze zrezygnowaniem głową i próbował się podnieść. Gdy miał oddać poduszkę (poduszką) dziewczynie, usłyszeli dzwonek do drzwi.

- Spodziewasz się kogoś?- Weasley pokiwała przecząco głową i wstała z łóżka ruszając do łazienki.

- Ja idę się ubrać, a ty otwórz drzwi. Za chwilkę zrobię cos do jedzenia. Dobrze?- Blaise pokiwał potakująco głową i ruszył do drzwi. Gdy schodził po schodach dzwonek zabrzmiał jeszcze raz.

-Już idę!- Odkrzyknął natrętnemu gościowi. Szybko uporał się z zamkiem w drzwiach i uchylił je. Na progu stał Draco Malfoy. Cały biały i przemoknięty. Blaise przetarł oczy ze zdziwienia.

- Wpuścisz mnie czy będziesz podziwiał?- Warknął strzepując śnieg z marynarki. Zabini bez zbędnego słowa otworzył szerzej drzwi, by Draco mógł przez nie przejść. Gdy już się rozebrał, skierowali się do kuchni, gdzie Gin szykowała śniadanie.

- Kochanie, mogłabyś zrobić śniadanie dla trzech osób?- Spytał wesoło. Ginny odwróciła się zdziwiona i ujrzała Malfoy’a, który jakby nigdy nic siedział sobie wysokim, kuchennym stołku.

-Jasne, cześć, Malfoy… Co ty tu robisz?- Zagadnęła, wracając do robienia jedzenia. Draco siedział na tym krzesełku i obserwował. Ta cała sytuacja dała mu dużo do myślenia. Już od dawna nie widział kumpla tak uradowanego. To wszystko było takie normalnie a zarazem dziwne. I to cholernie dziwne! Bo oni byli po prostu szczęśliwi, bo Zabini odrzucił wszystkie normy, które obowiązywały arystokratę, bo ona chciała byłego śmierciożercę i teraz tworzą rodzinę. Tak, to zdecydowanie było przerażająco dziwne i Draco nie mógł tego pojąć. Niby miał te 23 lata, a czuł się jak 5 latek poznający nowy, inny świat.

-Ej, Stary wróć do nas..! –Z rozmyślań wyrwał go Blaise machający mu ręką przed oczami. Zamrugał kilka razy i spojrzał na niego z pytaniem w oczach.- No opowiadaj, co tam u ciebie i co cię do nas sprowadza.

- Myślałem, że jest u was Granger… Nie ma jej u siebie, a dostałem Proroka.- Sięgnął po kanapkę i spojrzał na Rudą.- Nie wiecie gdzie może być?

- Czekaj! Masz Proroka?! No i co?! W ogóle wiesz już?- Blaise uradował się jak małe dziecko. Tak naprawdę bardzo lubił i szanował Lucjusza Malfoy’a. To właśnie dzięki niemu teraz jest tym, kim jest. Dzięki niemu udało mu się wyczołgać z największego bagna, jakie tylko mógł spotkać. Był jego dłużnikiem i mimo wszystko wierzył w jego niewinność.

- Ja nawet nie patrzyłem… Od razu deportowałem się do Granger.- Malfoy wyciągnął Proroka i spojrzał na pierwszą stronę. Twarze wszystkich rozjaśnił szczery uśmiech.- Udało się! Naprawdę się udało! Nie wierze!- Draco wstał od stołu i zaczął chodzić po kuchni.- Tylko gdzie podziała się Granger..

- Spokojnie Smoku, może najnormalniej w świecie siedzi w biurze na papierami.- Blaise wygodniej rozłożył się na krześle wywalając nogi na stół. Jednak widząc zabójczy wzrok swojej dziewczyny, postanowił nie ryzykować i przyjął bardziej stosowną postawę. Draco obserwując to całe zajście, uśmiechnął się kpiąco i prychnął.

-Pantoflarz.- Ginny uśmiechnęła się z satysfakcją, a sam zainteresowany siedział jak sparaliżowany, po chwili zrozumiał sens słowa, wypowiedzianego przez przyjaciela i zerwał się z miejsca.

- Coś ty powiedział?!- Ruda wybuchła śmiechem, gdy zobaczyła jak Malfoy pada na kolana i wchodząc pod stół, kieruje się na czworaka do wyjścia. Zdezorientowany Blaise szukał wzrokiem czysto teoretycznie martwego Dracona, lecz zauważył go dopiero wtedy, gdy ubierał marynarkę. Po króciutkim „żegnam” skierowanym do Ginny deportował się i tyle go widzieli. Zabini spojrzał na ocierającą łzy rozbawienia Weasley’ówne, też się uśmiechnął, a po chwili dodał.- Wszelakie skrzywienia emocjonalno- psychiczne dotyczące mojej osoby, zafundował mi właśnie on. Widzisz, z kim ja muszę pracować?

- Jakiś ty biedny…- Ginny pogłaskała Blaise po policzku i uśmiechnęła się szerzej.- Idę na górę…- Ziewnęła szeroko.- Twoje dziecko nie dało mi się porządnie wyspać.

- Jasne, bo jak zrobi coś źle, to już jest moje dziecko?! Oj, ja ci za chwilę pokażę!- Na te słowa Ruda uciekła z piskiem na górę.

~*~

Śmierć nie jest jedynym wyjściem nawet z najgorszej sytuacji. Jednak w nadzwyczajnych przypadkach jest najlepszym, co może nas spotkać. Śmierci nie można się bać, ponieważ nie dotyczy ona ani ludzi żywych ani martwych. Ludzi żyjący nie mogą się nią przejmować, bo mają 100 innych rzeczy na głowie. Praca, kariera, rodzina, wyjazdy, delegacje, firma, zdrowie, romanse. Jest tego naprawdę wiele. A ludzie martwi? No tak, trupki z reguły nie mają zbyt dużo rzeczy na głowie, ale oni nie muszą przejmować się śmiercią, bo już nie żyją. Śmierć jest stanem przejściowym, prawda? No, bo pojawia się tylko wtedy, gdy umieramy. A co potem? Czy ludzie mogą być „w śmierci” cały ten czas, gdy już nie żyją? Nie, zdecydowanie nie. Rozmyślania przerwał palący ból. Nie wiedziała czy żyje czy jest martwa, a może całkowicie przypadkiem jest w tym stanie przejściowym, potocznie nazywanym śmiercią. Pali, całe ciało płonie, o tym była przekonana. Każdy nerw, komórka, tkanka. Chciała sprawdzić, co się dzieje, otworzyć oczy, poruszyć się, cokolwiek byleby poczuć, że jednak żyje. Spróbowała otworzyć oczy, skoncentrowała się tylko i wyłącznie na tej czynności jednak coś blokowało przedostawanie się bodźców do mózgu, tym samym jej zmagania z samą sobą nie dawały oczekiwanego rezultatu. Usłyszała, że ktoś otwiera drzwi. Poczuła dotyk zimnych palców na swoim ciele. Poruszyła delikatnie palcami u prawej ręki. Powoli paraliż ustawał a ona była zdolna do coraz bardziej skomplikowanych ruchów. Gdy już mogła poruszać kończynami, ponownie starała się otworzyć oczy. Coś się jej udało. Widziała coś żółto czarnego. Chyba. W obecnym stanie nie była niczego pewna. Otworzyła szerzej oczy. Barwne plamy zlewały się w zlepek kolorów, które nie przedstawiały żadnego, sensownego obrazu. Kilka razy zamrugała, by odzyskać ostrość widzenia. Znajdowywała się w kwadratowym pomieszczeniu. Oświetlenie dawały tylko dwie pochodnie wiszące na przeciwnych ścianach. Leżała na ziemi, a skrzat domowy pochylał się nad nią i przyglądał się jej tymi, swoimi wyłupiastymi oczami. Dostała kilka płynów, które wypiła bez sprzeciwu. Ciszę przerwał skrzat.

- Wszystko w porządku? Strzępek pomógł panience i jak panienka będzie lepiej się czuła, Strzępek deportuje się z panienką.- Zaskrzeczał, tłumacząc się ze strachem w oczach. Dziewczyna przyjrzała się stworzeniu i skinęła głową. Miała tyle pytań. Głowa pękała jej od ich nadmiaru.

- Czy mogę się ciebie o coś zapytać, Strzępku?- Skrzat skinął zdziwiony głową.- Powiesz mi gdzie jestem? I w ogóle jak ja się nazywam? Mam pustkę w głowie…

- Jest panienka w niebezpieczeństwie, nazywa się panienka Hermiona Granger i jest panienka przyjaciółką Harry’ego Potter’a. To przez zaklęcie Pana nic panienka nie pamięta. Musimy uciekać.

-Kim jest twój pan?- Dziewczyna nic nie rozumiała, ani nic nie pamiętała. Po chwili ktoś wszedł do pomieszczenia, a ona poczuła się ociężale i padła na poduszki. Chciała odwrócić głowę by zobaczyć przybysza jednak skrzat przytrzymał jej głowę i wlał coś do gardła. Nawet nie zauważyła, kiedy zaspała.

~*~


Draco deportował się pod ministerstwo. Miał ogromną nadzieję, że spotka tu Granger. Jednak pomylił się. Zajrzał do jej gabinetu, ale sekretarka powiadomiła do że szefowej nie ma od rana w pracy. Z taką informacją skierował się do Potter’a. No bo kto inny ma wiedzieć o tym, gdzie się podziali jego pracownicy, jak nie sam kierownik. Szybkim krokiem udał się na 10 piętro. Przed gabinetem stało puste biurko, więc sekretarka udała się na przerwę. Zapukał do gabinetu i nie czekając na zaproszenie wszedł do środka. Potter uzupełniał jakieś papiery, gdy zjawił się w środku, Złoty Chłopiec zdjął okulary i przywitał się.

-Cześć Malfoy, w końcu przyszło się popracować?- Spytał ściskając dłoń Malfoy’a.

-Nie do koniecznie. Wiesz gdzie podziała się Granger? Szukam jej od rana… U siebie jej nie ma, u Zabini’ego też nie i tu również.- Harry zrobił zdziwioną minę.

- A co ona mogłaby robić u Zabini’ego?- Draco uśmiechnął się ironicznie. Powoli patrzył jak Potter bierze filiżankę z kawą do ręki. Tak to jest bardzo dobry pomysł o poinformowaniu go o nowym miejscu zamieszkania Rudej.

-A Potter, coś ty taki nie poinformowany… Ruda przyjaciółeczka Granger mieszka teraz z Zabini’m.- Kierownik działów departamenckich zaczął krztusić się napojem. Malfoy ułożył ręce na biurku i nachylił się w stronę Harry’ego.- Powiem więcej…- Szepnął konspiracyjnie.- Ruda spodziewa się bobasa i zgadnij kto jest szczęśliwym tatusiem…- Kawa wylądowała na uzupełnianych papierach, a sam zainteresowany powolutku przypominał sobie jak się oddycha.- No, no, no Potter spokojnie, bo ci ciśnienie skoczy. A teraz wracając do tematu: wiesz gdzie jest Granger?- Harry pokiwał przecząco głową, a Malfoy wstał od biurka. Już miał wychodzić, gdy do okna zapukała czarna pomykałówka. Draco aż za dobrze znał te sówkę. Mimowolnie cos ścisnęło go w żołądku. Potter podszedł do okna odbierając liścik:


Potter!
Zabaw się jeszcze raz w bohatera, który musi ratować wszystko czego ratunku nie potrzebuje. Mam twoją znajomą, szczerze mówiąc to ja nie wiem jakim cudem zaszedłeś tak daleko z takimi debilami w ministerstwie, ale to już nie moja sprawa. Może i nawet dla mnie lepiej.
No, ale Granger jest dosyć uciążliwym gościem i rozważam opcje pozbycia się go. Jednak wspaniałomyślnie cię o tym informuję, byś nie musiał się martwić. No Potter jestem zaszczycony…
R.

-Kto to jest ten R.?!- Krzyknął wściekł Harry. Czuł jak krew w żyłach znacznie przyśpieszyła. Jakim cudem on ja dostał. Przecież Hermiona tyle razy powtarzała, ze ma nałożone zabezpieczenia i w ogóle kto to jest i co od niej chce! Spojrzał na Malfoy’a, który zacisnął pieści.

-Rookwood.- Syknął i wyszedł z gabinetu. 





***********************************************************************************

I tym oto sposobem zakończyliśmy pierwszy wątek tej historii. Trochę długo to trwało, ale jako, że  to mój pierwszy ff... same rozumiecie..;P 
Dziękuję wszystkim za komentarze no i pokornie proszę o kolejne. 
Ach, no to za tydzień wakacje?  

niedziela, 2 czerwca 2013

20. Scrambling wounds



Budynek Ministerstwa Magii w Londynie. Jeden z najważniejszych organów władzy w Wielkiej Brytanii. Była to ogromna siedziba podzielona na departamenty i administracje, każdy oddział zajmował się innym przypadkiem. To dziś miała się odbyć rozprawa, dotycząca Lucjusza Malfoy’a. Budynek oblegany był przez dziennikarzy i redaktorów różnych szmatławców. Hermiona z trudem przedostała się do drzwi Ministerstwa. Natrętni reporterzy próbowali na siłę szukać nowych rewelacji, jakimi mogła ich obdarzyć sama pani adwokat. Powoli spławiała wszystkich ciekawskich i dotarła do drzwi swojego gabinetu. Po 10 minutach usłyszała pukanie do drzwi.  Gość nie czekając na pozwolenie wtargnął do środka rozsiadając się na fotelu naprzeciw biurka.

- Zestresowana?- Ironiczne spojrzenie, platynowa grzywka opadająca na czoło i ten wkurzający grymas na ustach, jednym słowem cały Malfoy.

- Trochę… Czytałeś gazetę? To wszystko moja wina, to przeze mnie. Gdyby nie ja, to ona może…- urwała chowając twarz w dłoniach, pokręciła głową i szepnęła.- Ona… Jej córce grozi niebezpieczeństwa, ale jak do jasnej cholery mam to udowodnić.- Draco widząc stan dziewczyny podszedł do niej delikatnie ją przytulając.

- Będzie dobrze, przecież jesteś profesjonalistką, kto miałby to wygrać jak nie ty… No już otrzyj łzy i się zbieramy…- Hermiona popatrzyła zdziwiona na Malfoy’a. On był dla niej miły? Czyżby coś się mu poprzestawiało? Draco dostrzegł jej zdziwioną minę i uśmiechnął się sardonicznie.- Nie przyzwyczajaj się kotku, to jest terapia szokowa przed rozprawą.

- Nie jestem twoim kotkiem, Malfoy.- Jednak mówiąc to delikatnie się uśmiechnęła.

- Jak nie jak tak!- Draco lekko ją do siebie przytulił i odszedł w stronę drzwi.- Zbieramy się pani adwokat, rozprawa się zacznie za jakieś 15 minut. Chyba nie chcemy się spóźnić, prawda?- Przytaknęła ruchem głowy, zabrała potrzebne jej akta i ruszyła wraz z Malfoy’em w stronę sali rozpraw. Na korytarzu przed sala siedziało kilka osób. Od razu dostrzegła ojca Dracona, siedział z głowa opartą o ścianę i z przymkniętymi oczami. W dłoni trzymał białą chustę i co jakiś czas stukał nerwowo palcami w krzesło obok. Naprzeciw męża siedziała Narcyza, wpatrując się w Lucjusza z troską wymalowaną na twarzy. Hermiona podeszła do swojego klienta i chrząknęła, dając znać o swojej obecności.

- Dzień Dobry, jak samopoczucie?- Zagadnęła na pozór wesoło podając rękę małżeństwu.

- Witamy, no cóż bywało lepiej, ale to jeszcze nic straconego…? Prawda?- Granger zdziwiona melancholijnym tonem mężczyzny przytaknęła bezwiednie głową, gdy ten odezwał się po raz drugi.- Ile lat może grozić mi za zabójstwo?

- Czyżby maił pan jednak coś na sumieniu?- Zapytała widocznie zdziwiona pytaniem mężczyzny.

- Nie, oczywiście, że nie, ale pytam w wypadku, gdyby jednak coś poszło nie tak.

-Wszystko będzie dobrze, obiecuje, a teraz zapraszam na salę.

Sala Rozpraw w Londynie miała szczególny wygląd. Wchodząc do środka, w oczy wrzucał się ogromny, podłużny stół. Po prawej i lewej stronie było po dwa miejsca dla oskarżonego obrońcy, oskarżającego i pokrzywdzonego. Na przeciw Rady sędziowskiej znajdowały się miejsca dla ławy magiczno- zaprzysięgłej. Wszyscy zajęli swoje miejsca. Po chwili do Sali wkroczył Bartholomew Stlone. Hermiona wraz z Lucjuszem zajęli miejsce naprzeciw Jacoba Kamena oraz Karolda Gray’a. Sędzia zaczął przeglądać złożone akta, podniósł wzrok na zabranych i przyjrzał się obu stronom.

- Jeżeli wszyscy już są obecni zaczynamy!- Wszyscy zebrani na sali podnieśli różdżki w górę.- Moim prawem jak i obowiązkiem jest przestrzegać wolności. Rozgraniczać ją między dobrem a złem.- Z różdżek wystrzelił żółty promień światła.- Niech potępią mnie potomkowie Merlina, jeśli na tej sali wygra zło. Moja dusza czystą będzie, gdy prawomocny wyrok zapadnie.- Jeszcze jedna wstęga światła oślepiła wszystkich tym razem srebrno- liliowa.- Tak oto, niech rozpocznie się sąd, a Merlin mi świadkiem o mojej bezstronności.- Bartholomew zakończył swoją mowę i usiadł na swoim miejscu.- Czy Karold Gray za stronnictwem swojego pełnomocnika podtrzymuje oskarżenie? – Karold wstał i pełnym gracji ruchem skłonił się wypowiadając cicho:

- Tak, powstrzymuje oskarżenie.

- A zatem czy Lucjusz Malfoy, oskarżony o popełniony czyn przyznaje się do winy?- Lucjusz wstał i patrząc zimno w oczy swojego oskarżyciela, odpowiedział hardo.

- Nie, nie przyznaję się do winy, jestem gotów udowodnić swoja niewinność, bez względu na to, jakie zarzuty będą mi stawiane.

- W takim razie przeczytam oskarżenie Lucjusza Malfoy’a.- Sędzia sięgnął po prostokątne grube okulary i spojrzał na akt oskarżenia. Odchrząknął i zaczął czytać.-  Ja Karold Gray  wnoszę pozew oskarżający przeciw Lucjuszowi Malfoy’owi. Dopuścił się on zabójstwa z premedytacją mojej córki Kattriny Karabeli Saradel Gray. Ja jako członek Zakonu Feniksa, ubolewam nad śmiercią mojej jedynej córki oraz dziedzica fortuny Gray’ow. Liczę na sprawiedliwość w wydawanej karze, bym mógł jawnie patrzeć na sąd z podziwem i wychwalać jego potęgę i znaczenie w świecie Magii i Czarodziejstwa, jakim jest Anglia. Podpisano:
Karold Gray
Rosalie Gray
Sędzia rozejrzał się po zgromadzonych. Nikt nie miał odwagi podnieść wzroku.

- Jak mniemam wszystko się zgadza.- Spojrzał w stronę Graya’a, który na potwierdzenie słów kiwnął głową. – Czy ty Lucjuszu Malfoy, zgadzasz się z zarzutami wcześniej opisanymi, które ubliżają twojej osobie? – Lucjusz podniósł się z miejsca i spojrzał na zadowolonego z siebie Karolda.

- Nie, nie zgadzam się…- powiedział chłodno i zajął swoje poprzednie miejsce.

- W takim razie poproszę teraz Hermionę Granger o złożenie raportu, potwierdzającego niewinność pana Malfoy’a.

- Oczywiście. Nie ukrywam, że pan Karold Gray to trudny przeciwnik. Odkąd dowiedziałam się o tym, że będę prowadzić tę sprawę, szukałam jakichkolwiek informacji na temat Karolda Graya’a. Otóż, do czego zmierzam.- Hermiona spojrzała na ławę zaprzysięgłych oraz na sędziego.- Okazało się, że w roku 1995, a dokładniej 23 czerwca, pan Gary miał rozprawę dotyczącą śmierci córki. O dziwo, to on był oskarżonym. Sprawę wytoczył Parley Gamb, który zgodził się świadczyć w tej sprawie.

- W takim razie zapraszam na salę świadka Parley’a Gamba.- Drzwi się otworzyły, a do środka wszedł średniego wzrostu mężczyzna z laską w ręce. Spojrzał na Gray’a i uśmiechnął się litościwie. Podszedł do balustrady i spojrzał na sędziego.- Proszę się przedstawić i pokazać mi swoje świadczenie magiczne oraz poza-terytorialne*.- Starszy mężczyzna podszedł do stołu sędziowskiego i podał radzie plik papierów oraz swoją różdżkę.- Nazywam się Parley Gamb. Mam 67 lat. Nie jestem tutaj pierwszy raz..- Powiedział tajemniczo, gdy zauważył, że sędzia chce mu przerwać.- Byłem tu 40 lat temu z małą różnicą. To ja siedziałem na miejscu Gray’a. Z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że jest to człowiek przebiegły i dwulicowy. Przez całe moje życie nie spotkałem większego manipulanta. To morderca dokonały.- Na Sali zapadła cisza. Nikt nie ośmielił się odezwać ani słowem, co jakiś czas zerkając na reakcję Karolda. Ten zaś milczał z kamiennym wyrazem twarzy. Od początku rozprawy przyglądał się tylko i wyłącznie Malfoy’owi. Bartholomew chcąc przerwać krępującą ciszę, spojrzał na świadka i zapytał:

-Jakie ma pan podstawy sądzić, że Karold Gray jest, jak to pan ujął, mordercą.

- Od sądzenia to jest pan, panie sędzio. Ja nie zamierzam sądzić, ja to wiem. 40 lat temu, gdy pana miejsce zajmował Cyprian Ervin, siedział ten sam mężczyzna, z tą samą pokerową twarzą. Pana poprzednik za niewłaściwie słowa przepłacił życiem. A ja? Ja bałem się przez całe życie odezwać się. Teraz żałuje.

- Czego się pan bał?- Stlone spróbował od bardziej pedagogicznej strony. Sędzia był święcie przekonany, że ten stary mężczyzna ma jakieś zaburzenia psychiczne, dlatego plecie od rzeczy, jednak po usłyszeniu odpowiedzi, stwierdził, że Gamb może już usiąść.

- Bałem się, że podzielę jego los. Pan też powinien uważać, prawda Karoldzie?- Odpowiedziała mu cisza. Hermiona widocznie usatysfakcjonowana spojrzała na Jacoba, który był wyraźnie zirytowany całą tą sytuacją.

- Dobrze, dziękuję panie Gamb. Panno Granger, czy ma pani jeszcze kogoś, kto by poświadczył przeciwko panu Gray’ow?

- Tak, oczywiście. Mam nadzieję, ze pan Gray ma dobrą pamięć. Ostatnim razem na moim miejscu był znany adwokat Stephen Bern. Pan Gamb był jego klientem…- Hermiona z determinacją spojrzała w oczy Karolda, które rozszerzyły się w akcie zdziwienia, a poza tym nic. Zero reakcji.

- Bern?- Spytał zdziwiony Bartholomew.- Ten Bern?

- We własnej osobie…- na salę wkroczył wysoki, sędziwy mężczyzna. Chodź jego twarz była opanowana, to oczy zdradzały dziwna zaciętość. Podszedł do barierek, podając papiery i różdżkę. Bez pośpiechu wrócił na miejsce świadka i rozglądnął się po zgromadzonych. Spojrzał na „poszkodowanego” i uśmiechnął się sardonicznie. Ile już lat minęło od ostatniego spotkanie z tym człowiekiem?  Tym razem nie miał zamiaru się poddać tak łatwo.- Stephen Bern. Lat…- tu uśmiechnął się niezdecydowanie.- Już na pewno ponad 50. Jestem tutaj na prośbę panny Granger. No i przyznam się, ze jakąś dziwnie się tu czuję.- Popatrzył z rozbawieniem na Jacoba i pokiwał ze zrezygnowaniem głową. Spojrzał z wyczekiwaniem na sędziego, który osobiście przeglądał akta.

- W takim razie słuchamy, co ma pan do powiedzenia w tej sprawie…?- Lucjusz chrząknął znacząco, patrząc ze zdziwieniem na Hermionę. Granger pochyliła się i wyszeptała coś do ucha Malfoy’a seniora. Ten spojrzał na syna siedzącego w ławie magiczno- zaprzysięgłych i skinął głową.

- Prowadziłem sprawę wytoczoną przez Parley’a Gamba. Mój klient był przekonany, że Gray dopuścił się zabójstwa córki… Wielkie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się o tej sprawie. Czy mógłbym zadać parę pytań poszkodowanemu?- Sędzia skinął potwierdzająco głową.- Karoldzie słyszałem o tragicznej śmierci żony, moje kondolencje, ale wiesz, że moja żona również została zamordowana w przed dzień rozprawy?- Karold poruszył się i skinął głową.

- Z tego, co wiem, to umarła śmiercią naturalną…

- Tak, a te cięte ślady noża na szyi, to tak dla zmyłki, tak Gray?- Zapytał z jadem w głosie, którego nie powstydziłby się sam Snape.- Jednak nie zebraliśmy się tu po to, by rozmawiać o insynuacjach na temat śmierci mojej żony. Ogólnie rzecz biorąc, moje zdanie nie zmieniło się ani o jotę, jeśli chodzi o tego człowieka.- Odparł zimno Bern, tym razem patrząc na Bartholomew’a.

- Czy może pan rozwinąć tę myśl? Musimy usłyszeć to od pana, by uzgodnić fakty.- Wytłumaczył powoli. Na to Stephen kiwnął głową i westchnął ciężko na wznak ogólnego niepowodzenia życiowego.

- Ten człowiek nigdy nie znał poprawnej definicji słowa sprawiedliwość. Gdy coś szło nie po jego myśli… Po prostu usuwał ludzi, którzy psuli mu światopogląd. Chcecie dokładnych przykładów? Proszę bardzo! Cyprian Ervin- sędzia, który wydał wyrok obciążający Karolda. Dzień po rozprawie, znaleźli zwłoki w jego domu. Mnie nie mógł zabić, więc zabił mi żonę…- Tu Karold nie wytrzymał i wydarł się na całe gardło.

- Ty nędzny charłaku! JA!? JA CI ZABIŁEM ŻONĘ?! NIE MAM NIC WSPÓLNEGO ZE ŚMIERCIĄ TAMTEGO SĘDZI I NIE ŻYCZĘ SOBIE OBRAŻANIA MNIE! – Miał kontynuować, ale Stlone stwierdził, że robi się nieciekawie i stuknął młotkiem, sprowadzając Gray’a do pionu.

- Za takie postępowanie może być pan wydalony. Chyba nie chce pan resztę rozprawy spędzić na korytarzu, prawda?- To był zdecydowanie kubeł lodowatej wody na głowę Karolda. Mężczyzna uspokoił się i zasiadł na swoim miejscu. Hermiona nie próbowała ukryć swojego zadowolenia. Szczerzyła się jak głupia. Tak właśnie na to czekała. Teraz maja znaczną przewagę. Pani adwokat zdawała sobie sprawę, ze Bartholomew Stlone nie pochwalał wybuchowości na sali. Świadczyło to, w jego mniemani, o barku kultury i poszanowania dla tego miejsca.- Panie Bern proszę mówić dalej. A co do pana, panie Gray jeszcze jeden taki incydent, a zostanie pan wyrzucony z sali i nie będzie maił pan prawa do własnej obrony.

- Tak, więc jak mówiłem następnym przeszkadzającym pionkiem, do idei Karolda, była jego żona. Rosalie Gray była piękną i zawsze uśmiechniętą kobietą. Pokochała taką kreaturę, jaka jest, Gray, ale on tego nie doceniał. Zos­tała sa­ma żyjąc w złotej klat­ce która so­bie przygotowała....  Możecie mnie pytać skąd posiadam takie informacje. Widzicie, byłem jedyną osobą, której Rosi ufała. To do mnie przychodziła się skarżyć. Ile razy przylatywała cała zapłakana, mówiąc o wszystkich gwałtach i awanturach Karolda. Za to Gray nigdy nie mógł zrozumieć, że w dob­rym związku, mu­si is­tnieć część wspólna, jak i oddzielna. Ta kobieta wiedziała zbyt dużo.
Brak pier­wszej, rodzi sa­mot­ność,brak dru­giej, oz­nacza życie w złotej klatce...  Rosalie wiedziała o tym, że pan Malfoy nie zabił jej córki. Wiedziała o wszystkich wyczynach męża. Jednym słowem była przeszkodą.- Stephen Bern przerwał na chwilę, zastanawiając się, co jeszcze może powiedzieć w tej sprawie. Ułatwił mu to sędzia, zadając następne pytanie:

- Dobrze, a co może pan powiedzieć o śmierci córki pana Gray’a?

- Kate… Ostatnio widziałem ją jak miała 6 lat. A mogę mieć ja pytanie do pana?- Skinął głową.- Jak przebiegłym trzeba być, by stworzyć fałszywe akta zgonu własnej córki?- Stlone spojrzał ze niezrozumieniem w oczach na Berna. Tu głos zabrała Hermiona.

- Za pozwoleniem. Pan Bern wspomniał o aktach, które w trafił do mnie 6 miesięcy temu. Mam je ze sobą. Wyciągnęła papiery i podała je Radzie. Po chwili odezwał się sędzia…

- Skąd pewność, że są one podrobione?- Spytał patrząc na Hermionę.

- Pewności nie mamy..- W tym miejscu dało się słysząc krótkie „ha!” w wykonaniu Jacoba.- Ale jeśli mój klient zabił córkę Gray’ow, to, jakim cudem akta zgonu pochodzą z roku 1995. Czyżby pan Karold Gray zapomniał wysunąć wniosek oskarżający? A no tak! Zapomniałam! To on był oskarżony o morderstwo z premedytacją.- Hermiona zajęła swoje miejsce, zerkając na Malfoy’a Juniora. Siedział w radzie magiczno- zaprzysięgłej i obserwował. Jego mina krzyczała wręcz „Nudzi mi się! Zabierzcie mnie stąd!” I z trudem próbował pohamować ziewnięcie. Mimo wszystko uśmiechnęła się na ten widok. Potrząsnęła głową, wracając do sprawy.

- Dobrze teraz poproszę pana Jacoba Kamena o przedstawienie sprawy. – Mężczyzna o zielonych oczach, jasnych włosach i ciemnej karnacji. Uśmiechnął się delikatnie i spojrzał na swoja rywalkę. „Niestety ładna buźka nie zastąpi mózgu”.- Pomyślał z rozbawieniem i podniósł się z miejsca.

- Wszyscy zebrani widza w tym człowieku mordercę. Z całym szacunkiem droga pani adwokat. Jednak nie zapominajmy, że ten człowiek stracił żonę i córkę. Stracił wszystko, na czym mu zależało, co posiadał. Teraz siedzi i słucha tego, co inni mają mu do zarzucenia. Mój klient na początku naszej współpracy powiedział mi, że nie jest człowiekiem bez winy. Bo który człowiek nie popełnia błędów? Nasza pani adwokat wygrzebała doszczętnie wszystkie „brudy” pana Gray’a. Nikt jednak nie wspomniał o szanownym panu Malfoy,’u, który notabene należał do popleczników Tego- Którego- Imienia- Nie- Wolno- Wymawiać. Czyżbyście o ty małym szczególe zapomnieli?  Każdy z nich był równie okrutny. Zabijał, torturował i choć to słowo padło tu wielokrotnie to też gwałcił. Czyżbyście zapomnieli jak terror siali śmierciożercy.- To słowo praktycznie wypluł, spoglądając z premedytacją w oczy Malfoy’a seniora.- Podpalane wioski, napady na banki i urzędy. Nikt nie chce pamiętać tego, co było niespełna kilka lat temu i zdaje sobie z tego sprawę. Każdy w tym okresie stracił kogoś bliskiego. A ten człowiek się do tego przyczynił. To chyba tyle na ten temat.

- Czy chciałby się pan do tego jakąś odnieść panie Malfoy?- Sędzia spytał Lucjusza, dalej przeglądając plik kart.

- Owszem. Cała ta przemowa była równie wzruszająca i łapała za serce nie powiem.- Słowa cedził przez zęby. Każde kolejne zdania były coraz bardziej przesiąknięte jadem i bólem.- Ale jak to pan obrońca zaznaczył, każdy popełnia błędy. Moim największym było przystąpienie do Voldemorta i nie kryje się z tym.- Zebrani na sali praktycznie zapomnieli jak się oddycha, gdy usłyszeli znienawidzone przez wszystkich imię.- Jednak jak wszystkim wiadomo, jedna chwila mojej słabości, przekreśliła życie moje jak i mojej rodziny. Nigdy nie będę w stanie im tego wynagrodzić. I gdybym mógł cofnąć czas nigdy więcej bym nie poszedł tą drogą, którą szedłem dotychczas. Teraz wierzę, że jestem na właściwej ścieżce i nie pozwolę oskarżać się o rzeczy, które nie widziały mojego udziału.- Lucjusz usiadł na krześle i spuścił głowę na dół. Bartholomew widząc, że i jedna i druga strona milczy skinął głową na Radę, wstał, a po nim wstali wszyscy inni.

- Dobrze, dziękuję za uwagę. Rada musi postanowić. Wyrok będzie ukazany w najnowszym wydaniu Proroka Codziennego. A teraz…- podniósł różdżkę w górę i wszystkie światła zgasły.- Wszystko, co było tu powiedziane, pomyślane, zrobione zostaje objęte tajemnicą!- Z różdżek zebranych wystrzelił ciemny snop światła:
Tajemnica zawiązana
Nigdy nie zostanie złamana
Człowiek potępiony
Ze złamanej obietnicy niewytłumaczony
Światło dobra i mrok zła
Niech w opiece sprawiedliwość ma!

Hermiona odetchnęła z ulgą wychodząc z sali. Wzrokiem szukała Dracona. Chciała mu powiedzieć… Nie, chciała mu podziękować. Sama musi się przed sobą przyznać, że należą mu się podziękowania. Jednak go nie było. Ukłucie zawodu… Przyjęła grzecznie podziękowania ze strony państwa Malfoy’ów, którzy właśnie aportowali się do domu. Ona też powinna już się zbierać. Ruszyła do swojego biura powoli zasiadając za biurkiem. Teraz wszystko wróci do normy…

*świadczenie terytorialne- Jest to papier, potwierdzający tożsamość. Są w nim wszystkie przewinienia {świadka} i przestępstwa w kraju i poza nim.
~***~
Ciemne, okrągłe pomieszczenie, w którym było słychać tylko i wyłącznie przyśpieszone oddechy i nieregularne krzyki bólu. Właśnie tam zmierzał. Musiał szybciej wyjść z rozprawy. Musiał ją ratować… Odetchnął głęboko i nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły, a on stanął tak, by nikt go nie zauważył. Na ziemi leżała dziewczynka. Draco przetarł oczy i pokręcił głową. Nie, to nie może być Kate… Nie, nie, nie… Przepychając się przez tłum powtarzał te słowa jak mantrę. Prosząc, błagając… Stanął za Rookwood’em i chrząknął znacząco by ten zwrócił na niego uwagę. Augustus spojrzał na intruza i uśmiechnął się paskudnie.

- Kogo me oczy widzą! Już tylko… skończę..- Draco chciał mu powiedzieć, żeby tego nie robił, przecież dziewczyna może być przydatna. Jednak było za późno. Rookwood z histerycznym śmiechem, podszedł do zbolałego ciała dziewczynki i kucnął nad nią. Przejechał kciukiem po jej policzku dokładnie ją obserwując. Po chwili zaśmiał się jeszcze raz i rzucił śmiercionośne zaklęcie. W pomieszczeniu zapadła cisza.- No, to po imprezie! Stell, posprzątaj. Przecież nie zostawimy bałaganu…NO JUŻ WAS NIE WIDZĘ!- Wydarł się tak, że stary, popękany żyrandol się zakołysał. Jeszcze raz roześmiał się paranoicznie i biorąc do ręki butelkę Whisky rzucił się na fotel.- No, co tam, Draco? Powiedz mi jak tam twoje zadanie?- Malfoy zacisnął szczęki i spuścił wzrok. Na sali zapanowała cisza. Rookwood patrzył z wyczekiwaniem na młodego Malfoy’a. Po chwili uzyskał odpowiedź.

- Nie zrobię tego…- Praktycznie wysyczał. Augustus z rozbawieniem pokręcił głową i pociągnął spory łyk z butelki. Podniósł się z fotela i podszedł do Dracona. Roześmiał się głośno, dławiąc się przy tym wypitym trunkiem. Malfoy patrzył na to z wyraźną odrazą, wymalowaną na twarzy.

- Chcesz zginąć za nią? Za nędzną szlamę?- Rookwood zaczął krążyć wokół Malfoy’a, popijając alkohol.

- Nie zabijesz mnie. Jestem ci za bardzo potrzebny.- Powiedział to z taką pewnością siebie. Augustus zazgrzytał zębami i wpadł w furię. Zaczął miotać różnymi zaklęciami. O dziwo, nic nie trafiło w Malfoy’a. Po chwili chłopak leżał na ziemi, a jego ciałem wstrząsały spazmy bólu. Nie krzyczał, nie, nie da mu tej chorej satysfakcji. Czuł jak każdy mięsień, każda tkanka, każda komórka płonie żywym ogniem. Zacisnął powieki aż do bólu. Przypominał sonie ją. Każdą chwilę, chociaż minutę spędzoną w jej towarzystwie, bo w końcu za nią przechodził teraz prawdziwe piekło. Zawsze myślał, że to nie istnieje. Te całe opowiadania o niebie i piekle. Ponoć osiąga się te stany dopiero po śmierci. Może gdyby nie wył z bólu, prychnąłby. To ludzie tworzą piekło, niezależnie od miejsca. Każde nawet najbezpieczniejsze miejsce, potrafią doszczętnie zniszczyć. Domy zamienić z zgliszcza. Radość w smutek. Napój w truciznę. Kochające serce w pompę do tłoczenia krwi.
Rookwood z fascynacją patrzył na wijącego się chłopaka i po chwili cofnął zaklęcie, aportując się w tylko sobie znane miejsce.
~***~
Hermiona właśnie wychodziła z biura. Było już późno i zimno. Zaczął padać silny deszcz. Z trudem rozłożyła parasolkę i ruszyła w kierunki ciemnej uliczki, gdzie spokojnie mogłaby się aportować. Gdy podnosiła różdżkę by wypowiedzieć inkantacje ona wyleciała jej z ręki. Odwróciła się w stronę napastnika i wydała z siebie cichy okrzyk. Nie mogła liczyć na pomoc. Strach potęgowała dzika furia w oczach mężczyzny…

- Witaj Granger…






OK., z czystym sumieniem przyznaję, że to był najtrudniejszy rozdział jaki od początku przyszło mi pisać. Za wszelakie błędy przepraszam! A i oczywiście pozdrawiam Konoe Subaru, która jest już po maturach. Zapewniam, ze dobrze poszło! :D

sobota, 25 maja 2013

19. Death, the key to solving the mystery.




Hermiona podniosła się z łóżka, głowa bolała ją niemiłosiernie, nie wspominając o poczuciu winy, jakie na niej ciążyło. Wszystko szło nie tak. Zaczynając od komplikacji w ministerstwie poprzez natrętnego miliardera kończąc na rozprawie, która miała odbyć za nie całe cztery dni. Odwiedziła łazienkę i po 20 minutach pakowała najpotrzebniejsze rzeczy do torebki. Zastanawiając się czy niczego nie zapomniała, usłyszała pukanie do drzwi. Wywróciła oczami, położyła torbę na stół i poszła otworzyć.




- Mogę wejść? Chcę tylko porozmawiać nic więcej.- Zachrypnięty, pełen winy głos. Ile razy już go słyszała? Ile razy ten ton zmiękczał jej serca do tego stopnia, że znów mu wierzyła? Tak bardzo jak to tylko możliwe.
- 10 minut i ani sekundy więcej.- Oświadczyła przepuszczając gościa w drzwiach. Obserwowała jak niepewnie się rozgląda. Czyżby spodziewał się tu kogoś? Niemożliwym było, żeby się przejmował, nie on.
-Chciałem porozmawiać. Słyszałem, ze prowadzisz sprawę Lucjusza Malfoy’a.-  Gdy dziewczyna niezauważalnie przytaknęła głową, kontynuował swoja wypowiedź, cały czas bacznie się jej przyglądając.- Dowiedziałem się o tym nie dawno. Harry miał na biurku papiery i zerknąłem. Byłem ciekawy, dlaczego podjęłaś się tej sprawy. Chcesz bronić, śmierciżerców? Nie pamiętasz jak bardzo cię krzywdzili?- Patrzył na nią z nieopisanym bólem w oczach. W Hermiona się zagotowało, jednak nie dała po sobie tego poznać. Usiadła na blacie w kuchni i spojrzała przelotnie na rozmówcę.
- Harry im ufa, a ja z kolei ufam jemu. Nie mam zamiaru odrzucać spraw przez uprzedzenia. Nie mieszam życia prywatnego z służbowym i doskonale o tym wiesz. Mówisz o tym jak mnie skrzywdzili? A ile razy ty to zrobiłeś, Ron. Ile razy doprowadziłeś mnie do płaczu, patrząc na to z kpiną wymalowaną na twarzy. Wiesz, a pamiętasz może twoje ostatnie stwierdzenie? Było to na peronie Po zakończeniu szkoły…- Chłopak widocznie sobie przypomniał, o czym mówiła Miona, ponieważ zbladł i spuścił głowę na dół.- Jak nie to ci przypomnę, stwierdziłeś, że „ Takie parszywe szlamy jak ja nie wybiją się w śmiecie czarów”. Za to zaproponowałeś mi zmywak w Dworze Malfoy’ów,  chyba, że znajdą ciekawsze zastosowanie czegoś podobnego do mnie.- Po jej policzkach spływały łzy, ale głos był zadziwiająco spokojny. Tak jakby opowiadała całotygodniową prognozę pogody.
- To było po tym jak umawiałaś się z nim i Zabini’m pod koniec roku, czyżby pamięć cię zwodziła?- Uśmiechnął się ironicznie, wspominając.
- Dawałam im korepetycje, w dodatku na prośbę Snepa! Wynoś się stąd, ale już! Nie chcę cię widzieć do końca swojego życia!- Hermiona warczała wyraźnie wyprowadzona z równowagi.
- A myślałem, że przez ten czas zdążyłaś pójść po rozum do głowy no, ale cóż właśnie mnie utwierdziłaś  w przekonaniu, że nigdy go nie miałaś…
- Weasley, czy Granger nie wyraziła się jasno, na temat twojej osoby w jej domu?- Ron i Hermiona odwrócili się w stronę sarkastycznego głosu, który wynosił temperaturę równą panującej na Antarktydzie.
- A nie mówiłem? Jesteś zwykłą szmatą. A ja przyszedłem się pogodzić… No, więc nici z moich dobrych inten.. – W tym momencie Rudy urwał, gdyż blondyn stojący w drzwiach stracił cierpliwość. Hermiona zakryła usta dłonią, a Malfoy po krótkim „zaraz wracam i jedziemy” wyszedł z domu wlokąc ze sobą Weasley’a.  Kobieta pokiwała z niedowierzaniem głową i zeskoczyła z blatu kuchni. Wybiegła na górę po schodach, wprost do łazienki. Próbowała na spokojnie wszystko sobie przemyśleć i uspokoić się. Spojrzała w lustro i zobaczyła cienie pod oczami. Szybko sięgnęła po różdżkę i usunęła wszystkie niedogodności podprawiając makijaż.

Ciemne pochodnie rozświetlały szeroki korytarz. Na ścianach wisiały portrety przodków oddanych Mu ludzi. Posadzka z marmuru błyszczała pod wpływem nikłych promieni rzucanych przez świece. Cień osoby, wysokiego szczupłego mężczyzny odbijał się na każdej powierzchni. Miał dostarczyć niezbędne informacje swojemu Panu. Z gracją zamiatał swoimi szatami podłogę. Doszedł do końca korytarza, zapukał w olbrzymie drzwi trzy razy, w równych odstępach. I czekał… Właśnie w tych momentach dopadały go nikłe wyrzuty sumienia. Czcił człowieka, któremu ufał. Ufał, ale się go bał. Zastanawiał się nieraz, dlaczego mu służył. Po chwili drzwi się uchyliły. Mężczyzna nie pewnie wszedł do środka. Pomieszczenie nie wyglądało zachęcająco. Marmur położony na podłodze, ścianach i suficie. Kominek, naprzeciw którego był ustawiony fotel. Dalej barek z czarnego drewna, poszarpane, ciemne zasłony opadające na ziemię. W niektórych miejscach na ścianach pojawiała się zaschnięta krew. Oświetlenie dawał tylko ogień, tlący się w kominku.
- Wejdź, co cię do mnie sprowadza drogi przyjacielu?- Głos tak oschły i zimny, że aż na ułamek sekundy krew mimowolnie zastygła w żyłach. Jego Pan siedział w fotelu naprzeciw kominka i wpatrywał się w ogień. Oczy były puste i matowe. Nie odbijał się w nich nawet światło dochodzące z paleniska.- Karoldzie, nie krępuj się, wejdź…- Ponaglił go, zauważywszy, ze jego gość nadal stoi w progu.
-Tak Panie.- Pełen uległości głos, który miejscami się załamywał, dostarczał satysfakcji Rookwodowi. Świadczyło to o strachu rozmówcy i on zdawał sobie z tego sprawę.- Twój rozkaz, Panie. Dostałem twój rozkaz…
- Ach tak! Widzisz, ostatnio ptaszki ćwierkały, ze twoja żona spotkała się z szczurami z ministerstwa.. Czy to prawda?
- Ja nie wiem… Panie ja nie wiem, ona nic mi nie mówii….- Mężczyzna upadł na ziemie, kuląc się w spazmach bólu. Krzyk rozdarł komnaty pobudzając każdą, nawet najmniejsza cząsteczkę powietrza. Każda tkanka próbowała wydostać się na, zewnątrz, co spowodował silne drgania na całym ciele. Zdarte gardło nie było wstanie błagać. Zakrwawione oczy nie mogły patrzeć na okrucieństwo. Kończyny odmówiły posłuszeństwa przechodząc własne katusze. Serce biło w szaleńczym tempie nie zdolne się zatrzymać. Płytki oddech utrudniał nabieranie, tak upragnionego powietrza. Łzy płynęły po policzkach, kapiąc na pedantycznie czystą podłogę. Nawet, gdy zaklęcie zostało cofnięte, ból nie ustał. Wręcz przeciwnie pokazał swoje prawdziwe oblicze.
- Wierny sługa kłamie w żywe oczy Panu? Czyżbyś się popsuł drogi Karoldzie? Nie rób tak więcej. Finigusie!- Do sali wkroczył ciemnowłosy chłopak o przeraźliwie jasnej cerze. Ukłonił się i podszedł do Gray’a. Pomógł mu wstać i zaczekał na dalsze rozkazy.- Żeby mi to było ostatni raz.- Syknął.- Następnym razem nie będę aż tak łaskawy. Znaj moją dobroć i wynoś się stąd! Jeśli stary Malfoy nie wyląduje w Azkabanie, ty za to zapłacisz… Życiem. Wynocha!- Finigus wyprowadził Gray’a, zginając się w pół przed wyjściem.

Malfoy zaparkował na podjedzie przed dworkiem. Hermiona bez sowa wysiadła z auta i skierowała się do drzwi. Draco bacznie się jej przyglądał, miał nadzieje, że jednak coś powie, jednak ona milczała jak grób. Otworzył jej drzwi, by mogła wejść i pomógł ściągnąć płaszczyk. Nadal milczała nawet nie podziękowała. Nic… Skierowała się do salonu Malfoy’ów, gdzie była ostatnim razem. Po chwili przyszedł Lucjusz.
-Witam Panno Granger, cieszę się, że nie zrezygnowała pani.- Malfoy Senior usiadł naprzeciw niej.
- Omawialiśmy to już ostatnim razem, to moja praca, nie mogłam postąpić inaczej. A teraz proszę mnie uważnie posłuchać. To nasze ostatnie spotkanie przed rozprawą. Oczekuje od pana szczerości. Jeżeli nie powie mi pan wszystkiego nic z tego nie wyjdzie. Nic mnie nie może zaskoczyć na tej rozprawie.
- Naturalnie, więc co pani chce wiedzieć?- Hermiona wyciągnęła notes i długopis, patrząc na wcześniejsze notatki.
- Czy miał pan jakiekolwiek powiązania z Rookwood’em? – Hermiona zauważyła jak Malfoy zaciska szczękę.- Panie Malfoy, ja nie pytam o Voldemorta, tylko o Augustusa…
- Nie, nie służyłam mu. Rozmawialiśmy, gdy mieliśmy tą samą rangę w Wewnętrznym Kręgu, za panowania Czarnego Pana. I na tym kończą się moje relacje z tym człowiekiem…
Ale dlaczego pani pyta o niego? Sprawę wytoczył Gray, a nie Rookwood..
- Mam podstawy twierdzić, iż pan Gray oraz Rookwood „współpracują” ze sobą, nic więcej nie mogę panu powiedzieć.- Lucjusz pokiwał głową na znak zrozumienia i pozwolił kontynuować rozmowę.
- Jestem świadoma tego, że adwokat Gray’a może podpuszczać nas zmyślonymi dowodami lub jakimiś niemoralnymi prztykami, jednak musi to pan tolerować. Nie możemy sobie pozwolić na żadne wybuchy złości, ponieważ może to być potraktowane jako przyznanie się do winy. Jasne?- Po trzech godzinach nieustannego tłumaczenia celu i reguł panujących na Sali rozpraw Hermiona udała się do domu. Chciała skorzystać z łazienki, gdy zauważyła brązowo- srebrną pomykałówkę. Podeszła do sowy i odebrała od niej gazetę oraz list.



   
   Morderstwo jednej z najbardziej wpływowych kobiet w Anglii. Żona    Karolda     Gray’a, Rosalie Gray nie żyje. Kobieta została zamordowania dzisiaj nad ranem o godzinie 3.47. Napastnik działał z zaskoczenia. Mamy pewność, że ofiara się tego nie spodziewała. Redakcja proroka codziennego składa najszczersze kondolencje Karoldowi Gray. Więcej informacji oraz życiorys Rosalie Gray str.11.







Hermiona nie mogła uwierzyć własnym oczom. Rosalie została zamordowana, a przecież ona ją ostrzegała. Ona wiedziała, co jej grozi, ale mimo wszystko zgodziła się na spotkanie. To ten bydlak ją zabił! To on chciał ją ukarać, a co najgorsze ona była temu wszystkiemu winna. To przez nią ta kobieta nie żyje. Może gdyby nie prosiła o to spotkanie ona… Pokręciła z niedowierzaniem głową. Skaże tego dupka na dożywocie w Azkabanie. Tego akurat była pewna. Jeszcze nigdy nie była aż tak zdeterminowana by wygrać. By pomścić ludzi, którzy „przeszkadzali”  w wprowadzeniu tego chorego planu w życie. Sprawi, że oni zapłacą, nie ruszając listu poszła do łazienki. Po godzinnej terapii pod prysznicem była gotowa na kolejne rewelacje. Wielkie było jej zdziwienie, gdy przeczytała całość.



Zapewne, gdy to czytasz, mnie już nie ma. Odpowiem na twoje pytanie. Tak mam córkę, lecz jej nie uratujesz. Ona zginie tak samo jak i ja. Jestem tego świadoma i piszę to z uśmiechem. W końcu odnajdzie spokój, którego ja dać jej nie mogłam. Bo jeśli jesteś na tyle inteligentna, by zrozumieć tą sytuację i jeśli zrozumiesz, o czym ci napisze położysz kres wszystkiemu złu. Jeśli jednak nie podołasz, twoja ofiara pójdzie na marne:
Śmierć rozwiązaniem zagadki
By wydostać się z szeregu zła klatki
Krew przelana zapomnianej
Potężnej, lecz niekochanej
Każdy krok wydaje się mały
Ponieważ różne są ideały
Pokazanej chwały
Lecz efekt nie jest trwały
Znaleźć władcę sprawa żmudna
Łatwa, ale jednak trudna
Paradoks przeznaczenia
Kluczem do świata zmienienia
By śmiać się z cierpienia
Z zamkniętej rany krwawienia
Kiedyś los się odwróci
Radość i smutek skróci
Wraz z życiem
Zapomnianą śmiercią i wiecznym byciem
Rosalie Gray







Przepraszam za tak długą nieobecność, odzyskałam laptopa i udało mi się coś napisać, pewnie w następnej notce pojawi się rozprawa, muszę troszkę przyspieszyć, bo w przeciwnym razie do 100 się nie wyrobie... :D Miłego czytania! 

środa, 1 maja 2013

18.Understand what you do not understand.


Notka dla Dziecka MTV J. Proszę bardzo. Jest trochę wcześniej niż przewidywałam. No, ale cóż…. Miłego czytania życzę J.


Jeśli nie bierzemy udziału w ponoszonych klęskach, nie mamy najmniejszych szans na zwycięstwa. Każdy sukces niesie lęk. Jednak musimy się poświęcić, bo go odnieść. Wszystko na świecie ma swój pokręcony układ, którego się trzyma i nikt nie ma najmniejszego prawa by go zmieniać. Czasem wystarczy jeden człowiek lub jedna myśl, by zmienić całe swoje życie. Musimy jednak pamiętać, ze nasze życie to nie film. Nie zobaczymy powtórki. Człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Jak wiele musimy zrobić, by ludzie to zrozumieli? Życie jest sekundą względem śmierci, a śmierć wiecznością, więc lepiej pamiętać choćby ułamek sekundy życia niż całą sekundę śmierci.
Jeśli ktoś nie potrafił zrozumieć takiego systemu, nie potrafił się odnaleźć w świecie. Rookwood nigdy nie potrafił lub nie chciał zaakceptować rzeczywistości. Sadyzm ojca przyniósł się na niego. Rozgrzane pręty na plecach zostawiły swoje ślady. Augustus nie rozumiał, dlaczego inni mają normalne życie, a na nim ciąży jakieś fatum. Bo dlaczego on nie może być szczęśliwy? Nie może mieć normalnego życia? W wieku 17 lat przyłączył się do Voldemorta. Szanował go i zazdrościł zarazem. Szacunek należał mu się za to, co osiągnął. Bo było tego wiele. Wszyscy będą go pamiętać, tylko on potrafił wykiwać samego Dumbledore, a to nie lada wyczyn. Zazdrościł mu władzy. Wszyscy się go słuchali. Bali się i czuli ogromny respekt. Nikt nie był w stanie się mu sprzeciwić. Mógł odebrać wszystko i dać o wiele więcej. Teraz to on przejął posadę „mentora” i strasznie mu się to podobało. Patrzył na cierpienie innych z przyjemnością. Był okrutny i bezwzględny. Taki jak ojciec. Zabijał z zimną krwią, nie patrząc na wiek. Mogło to być niemowlę, matka, czy staruszek. Liczyło się jedno; mają cierpieć, mają wyć z bólu, ma ich rozrywać od środka, mają błagać o śmierć, której się nie doczekają.
***
- Harry, potrzebuję dzień wolnego.- Hermiona siedziała w gabinecie swojego szefa i uzupełniała papierkową robotę. Rozmowa im się ostatnio nie kleiła. Granger była śmiertelnie obrażona za to, że Harry dał jej ostatnio wykład na temat profesjonalizmu wobec Malfoy’a. Ona nie ma 3 lat!- To jak?- Potter ściągnął okulary i potarł skronie. Podniósł wzrok znad papierów i przyjrzał się swojej pracownicy.
-To już nie jesteś zła?
- Poprosiłam o urlop, Harry. Krótka piłka tak lub nie. Mam rozprawę za niecały tydzień i muszę poszukać jeszcze jakiś dowodów, poszlak czegokolwiek, co pozwoli mi wygrać. I dla twojej wiadomości to profesjonalizm wycieka ze mnie strumieniami! Gdyby było inaczej, Malfoy dawno byłby już pół sierotą. Chociaż teoretycznie rzecz biorąc to…
- Och, wybacz Granger, że ci przeszkadzam. A i mam prośbę: uczesz się.
- Malfoy, z ręką na sercu, gdy na ciebie patrzę jestem za aborcją.…
- Granger ty przeterminowana landrynko, przymknij się i daj oddychać.
Harry Potter postanowił teraz wspaniałomyślnie nie odzywać się. Oparł się wygodniej o swój fotel i spokojnie wyprostował nogi. No, bo co? Mu się też jakaś rozrywka należy, nie? A nawet, jeśli, by się odezwał to i tak by się mu oberwało. I na co mu kłopotów? Lepiej odprężyć się i pooglądać „profesjonalizm” przyjaciółki i „opanowanie” pracownika.
-A wiesz, że badania genetyczne wykazały, że kiedy kobieta i mężczyzna podczas stosunku się śmieją to urodzi się ładne i mądre dziecko. Szkoda, że twoi rodzice tego nie wiedzieli...
-, Granger, idź się leczyć, bo bredzisz jakby się stado hipogryfów przeleciało… ups, chciałem powiedzieć staranowało, wybacz ten błąd.
- Tobie to chyba w głowie sklątki, tlenowybuchowchowe grają w ping- ponga!
- Granger zrób mi tę przyjemność i nie mów tyle, bo co metka z protezy wystaje…- Malfoy w ogóle się nie przejmując bulwersacją rozmówczyni, bawił się w najlepsze. Harry już nawet nie ukrywał złośliwego chichotania. No, tyle na dzisiaj, gdy zobaczył, że jego przyjaciółka otwiera buzię, by zripostować, przerwał jej.
- Hermiono masz jutro urlop. Możesz sobie już iść, poradzę sobie. Dowidzenia.- Po chwili wszyscy usłyszeli odgłos zbitego szkła i głośny trzask drzwi.
- A to był mój ulubiony kubek…- Harry jeszcze przez chwile wpatrywał się w poniesione straty, a po chwili zwrócił uwagę na zachodzącego się ze śmiechu Malfoy’a.- Tobie to sprawia przyjemność?
- Co? Mógłbyś dokładniej sprecyzować?- Draco usiadł na miejsce, w którym do niedawna siedziała Granger i wyciągnął z teczki papiery do podbicia.
 - Denerwowanie jej… Przecież to aż nie zdrowe.
- Przeżywasz Potter, a jeśli chodzi o przyjemności. Granger ma niewyparzony język i jest święcie przekonana, że zawsze ma rację i nikt nie może się jej sprzeciwić. I TU w tym miejscu, widzę pewne podobieństwa do twojego, beznosego kolegi… Nic jej się nie stanie, gdy podburzę jej światopogląd.
- Dobrze Malfoy, utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że powinienem ci załatwić miejscówkę na oddziale psychiatrycznym w Mungu…
- Nie dzięki, ostatnio i tak za często tam bywam.
- Byłeś dopiero pierwszy raz, od kiedy tu pracujesz…- Harry wzniósł oczu ku górze.
- I widzisz Potter, o jeden raz za dużo. Jeden ciekawszy aspekt, jeśli chodzi o mój integracyjny pobyt w tym szpitalu, to przyjemne stroje pielęgniarek, nic poza tym.
- Z tobą to się i tak nie dogadam… No, ale zdawało mi się, że masz do mnie jakaś sprawę.
- Tak. Musisz mi podbić zaświadczenie szpitalne. No i raport z rozprawy, o który mnie poprosiłeś.
- To ten z rozprawy Gamba i Graya’a?
- Ten sam. Tylko ja nie do końca rozumiem, dlaczego i skąd napłynęła kaucja. Żyjemy w XXI wieku, a nikt nie wie skąd te pieniądze. Przekopałem cały Departament Przedsiębiorstwa i Płatności od 1990 roku i nic. Po prostu wygląda na to, że sam Merlin postanowił sobie zażartować i zesłać kasę.
- No nic, zobaczymy… Jeszcze tydzień.
- Potter, a będzie coś organizowane na sylwestra?
- Czemu pytasz? Jeszcze nie wiem.
- Dobra, jakąś tak… Ja się zmywam. Ej, Granger u siebie?- Malfoy uśmiechnął się szeroko na widok swojego szefa, który bezradnie załamuje ręce.- Nie, nie ma jej. Miała jakieś spotkanie. Mówiła, że to do rozprawy.- Draco pokręcił głową, pożegnał się i opuścił gabinet.

()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()()

Hermiona umówiła się z Rosalie w „Depths” na końcu ulicy Speer Street. Była to mała, przytulna kawiarenka, całkowicie sprzeczna z nazwą. Nikt nie wiedział o ich spotkaniu i tak miało zostać. Pani Gray nie była chętna do rozmowy z nią przez listy. Stwierdziła, że jej mąż może przechwycić wysyłki, a wtedy będą kłopoty. Granger też wolała porozmawiać w cztery oczy. Nawet tylko po to, by sprawdzać reakcję na rożne tematy.
Teraz siedziały w rogu kawiarni i czekały na swoje zamówienia. Ani jedna, ani druga nie miała odwagi się odezwać. Jakąś ta cisza im nie przeszkadzała, po prostu była. W końcu, gdy Rosalie, któryś raz z kolei popatrzyła na zegarek, Hermiona zrozumiała, że jednak musi coś zrobić. W innym przypadku jej spotkanie się za chwile zakończy, a ona, (co gorsze) zostanie bez informacji.
- Czy mąż miał wcześniej jakiekolwiek rozprawy, przewinienia czy upomnienia?- Granger spytała niby od niechcenia i zaobserwowała zmieszanie w oczach pani Gray. Szybko się opanowała i odpowiedziała.
- Mąż nie lubi, gdy się o nim mówi. Jest…- Urwała szybko spuszczając głowę na dół i dokończyła już szeptem- Jest bardzo skromnym człowiekiem.
-Rozumiem, ale mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę z tego, ż mogę pomóc… Od tego jestem. Dlatego się z panią spotkałam i chciałam porozmawiać.
- Nie potrzebujemy niczyjej pomocy, nie chcemy problemów. Jesteśmy spokojnym, bezdzietnym małżeństwem.- Wyrecytowała regułkę nerwowym tonem.
- Kłamie pani. Może WY nie potrzebujecie nikogo i niczego. A ja rozmawiam z PANIĄ i oczekuję, że będziemy ze sobą szczere. W innym przypadku i ja i pani tracimy czas.
- On będzie zły. A on tak bardzo nie lubi być zły…- Rosalie pokręciła głową i schowała twarz w dłoniach. Hermiona nie spodziewała się takiej reakcji i nie zbytnio wiedziała, co teraz ma zrobić. Dlatego siedziała cicho tym samym dając czas, by pani Gray’ow wszystko sobie poukładała.
- Nikt nic pani nie zrobi. Obiecuję pani. Wiem, ze się pani boi, ale zaufaj mi.- Kobieta nie odzywała się tylko kiwała głową. Była naprawdę piękną kobietą. Jej czarne loki sięgały do pasa, a teraz zakrywały twarz. Miała czarne oczy z wachlarzem ciemnych rzęs. Blada cera komponowała się z krwistą czerwienią ust.
- Wie pani, że on mnie zabije. A wtedy dowie się pani wszystkiego. Panno Granger, dopiero, gdy on mnie zabije, wszystkiego się pani dowie. A obiecywał, że przestanie. Przestał, wie pani? Ale skoncentrował się na Kate. Błagałam, płakałam, groziłam… Nic nie pomagało, a Kate musiała przeżywać ten horror przeze mnie. Bo nie mogłam nic zrobić.-Hermiona słuchała tego nie patrząc na Rosalie. Wiedziała, ze to ją spłoszy.
-Co on jej robił? O co pani prosiła?- Zapytała równie cicho, co jej rozmówca. Zdawała sobie sprawę z tego jak ciężko jest jej o tym mówić.  
- Karold od zawsze był nerwowym człowiekiem. Nigdy niczego nie załatwiał ugodowo. Używał siły. Gdy coś nie szło po jego myśli, wyżywał się na mnie. Bił, gwałcił, czasami wyrzucał z domu, ale to było dawno. Jeszcze za nim zaszłam w ciąże.-Mówiła do siebie, a ostatnie zdanie wypowiedziała w dziwny sposób. Tak jakby pocieszała samą siebie.- Prosiłam by przestał. Przecież wiedział jak bardzo go kocham. Ale nie pomagało. Śmiał mi się w twarz, gdy tylko wspominałam o tym, że mi na nim zależy. Tylko, że to była prawda.- Rosalie popatrzyła, na Hermionę, a w oczach lśniły jej łzy.- Ja go kocham nadal, mimo wszystko go kocham i wiem, że on na swój sposób kocha mnie. Od jakichś trzech miesięcy zaczął to robić Kate. Pamiętam, gdy zrobił to pierwszy raz. Kattrina tak płakała. Pobiegłam na górę, a on jej to robił. Moja córeczka chciała mu się wyrwać, ale ja uderzył. Mnie przywiązał do fotela naprzeciw łóżka. Gdy spuszczałam głowę, on bił ją, a ona głośniej płakała. Dawał mi tak do zrozumienia, że nie mam prawa zamykać oczu. Później chciałam go przekonać, że jednak ja jestem w tym lepsza. Ale on nic sobie z tego nie robił. Po prostu mnie bagatelizował.- Teraz to już pani Gray szlochała. Trzęsła się cała i próbowała wstać, ale się jej to nie udało. Hermiona nie zdawała sobie sprawy z tego, że z jej oczu płynął łzy. W całej swojej karierze nie spotkała się z czymś TAKIM. Nie rozumiała jak można tak traktować swoją żonę lub jak można kochać takiego brutalnego tyrana. Po chwili ktoś podszedł do stolika. Hermiona podniosła do góry głowę święcie przekonana, że to kelner, który zmartwił się stanem Rosalie i przyszedł się spytać czy może w czymś pomóc. Jednak się baaardzo przeliczyła. Pani Gray również popatrzyła na osobnika i wydała z siebie zduszony jęk. Przy stoliku stał Karold Gray we własnej osobie. Patrzył z politowaniem na swoja żonę. Hermiony nie zaszczycił nawet spojrzeniem.
- Dzień Dobry. Może się pan dosiądzie?- Granger próbowała załagodzić całą ta chorą sytuację. Bo jakim prawem, do ciężkiej cholery on Tu stoi. Nikt się nie miał dowiedzieć. W szczególności on.
- Nie dziękuję. Przyszedłem po żonę, bo jak widać zgubiła się w drodze na zakupy. No to jak Kochanie?
-Nic, Karoldzie. Spotkałam starą znajomą. Poznałyśmy się przypadkowo. Idziemy? Zakupy zrobimy po drodze.
- Dobrze, a dlaczego płakałaś? Masz podpuchnięte oczy. Nie próbuj kłamać, wiesz, że tego nie lubię.- Gray popatrzył srogo na żonę, złapał ją za ramie i podciągnął do góry. Rosalie nie była na to przygotowana, więc tylko zacisnęła usta.
-Nie, nie kłamię, nie będę. Ja… Mi tylko… - Rosalie sama się plątała. Nie wiedziała, co ma powiedzieć swojemu mężowi, a strach przed nim jej nie pomagał.
- Po prostu Rosalie źle się poczuła. Spotkałam ja na mieście przed centrum handlowym. Zaprosiłam ją na herbatę. Powiedziała, ze ma migrenę i dlatego stało się tak, a nie inaczej.-Hermiona szybko wytłumaczyła Gray’ow. Nie chciałaby przez nią Rosalie miała problemy. Choć jej natarczywa sumienie podpowiadało jej, ze i tak „kara” ją nie ominie.
- No dobrze, skoro tak, to my się udamy do domu, jeśli pani pozwoli…- Hermiona pomyślała tylko o tym, że nawet gdyby nie pozwoliła to i tak by jej nie posłuchał.- Rosalie, skarbie położysz się, prześpisz i wszystko wróci do normy, a może poprosimy skrzatkę, to coś na ugotuje.- Choć jego głos był opanowany, to w oczach błyszczała furia. Nie było trudno zauważyć, że przed każdym wypowiedzianym słowem, praktycznie zgrzytał zębami, a wypowiadane słowa syczał w taki sposób, ze sam Voldemort by się tego nie powstydził. Rosalie tylko pokiwała głową i obróciła się w stronę wyjścia.
- Dowidzenia pani, mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Możliwe, że w innym składzie, ale się spotkamy.
- Z pewnością, dowidzenia.- Powiedziała najbardziej służbowym tonem, na jaki było ją stać i wszyła z kawiarni. Wszystko w niej wrzało. Jak tak można!? Przecież gdyby tylko Rosalie zgodziła się zaznawać, to z miejsca dostałaby nakaz przestrzeni osobistej i magicznej. Ministerstwo jest gotowe zrekompensować wszystkie straty materialne, zapewniając dach nad głową, najlepsze zaklęcia ochronne w Anglii oraz najlepszych aurorów na stancji. Ale nie! Przecież ona go kochała! Tylko, za co?! Za to, że gwałcił ją i ich córkę czy za to, że bił i zastraszał je bez powodu?! Hermiona cudem doszła do domu i rzuciła torebkę w najdalszy kąt salonu. Musiała się jakąś uspokoić i pozbierać myśli. I tak nie dowiedziała się, co jest w końcu z tymi aktami zgonu jej córki. No, ale z drugiej strony nie chciała jej tak męczyć. Granger poszła się przebrać w dresy. Związała włosy w kucyk. Znalazła swoją mugolską mp3. Dawno nie biegała, ale zawsze można odświeżyć nawyki. Włożyła słuchawki do uszu i pobiegła w stronę parku.

Spróbuj zrozumieć, to, co nie jest zrozumiałe
Wielkie problemy zamieniaj w małe
Bo świat nie ma w sobie nic dobrego
Każdy ma w sobie coś złego
Nie pomożesz nikomu, kto nie chce twojej pomocy
Zostaniesz odprawiony z kwitkiem prędzej niż jeden strzał z procy
Zrozum, że nic się nie dzieje bez powodu
Szkoda twojego zachodu


Pamiętaj, że całe zło, to nic w porównaniu do świata
W bólu cierpienia mijają lata
Nikt nikogo nie uratuje
Bo nikt nie wie, co drugi człowiek czuje


Mała dziewczynka szukająca matki ciepła
Ona miłość jej da
Przytuli pocieszy otrze łzy
Które wywołać może każdy nawet ty?
Ludzie nie przywiązują do tej sytuacji uwagi
Tak jak nie cieszą w ogrodzie kolorowe malagi
Ale to jest jedno małe serce szczęśliwe
Bo wszystko może być wadliwe


Pamiętaj, że całe zło, to nic w porównaniu do świata
W bólu cierpienia mijają lata
Nikt nikogo nie uratuje
Bo nikt nie wie, co drugi człowiek czuje

Nawet nie wie, kiedy dobiegła na cmentarz. Grób ojca był zadbany, a znicze wypalały się leniwie. Usiadła na ławeczce koło marmuru. Powoli uspokajała oddech patrząc na połyskujące literki. Mama systematycznie odwiedzała to miejsce. A ona? Będzie się tłumaczyć, że nie miała odwagi? Przecież to dziecinne. Pokręciła głowa na znak zrezygnowania. Z matką się nie dogadywała, nawet nie próbowała. Wcześniej po śmierci ojca, ona nie chciała nikogo widzieć, ciocia Khana* była z nią przez cały ten okres. Później nie miały sobie niczego do powiedzenia. I tak jest do tej pory. Hermiona przetransmutowała wypalony znicz w białą lilię i położyła ją na ziemi. Ostatni raz spojrzała na nagrobek, uśmiechnęła się lekko i puściła się biegiem w tylko sobie znanym kierunku.

<><><><><><><><><><><><><><><><><><><> 
Draco rzucił papiery na biurko. Przeklęta Granger. Jeszcze tylko tydzień. Tydzień do rozprawy, do końca terminu zadania, do śmierci Granger. Usiadł za biurkiem i złożył ręce, podpierając się na nich. A co gdyby tak, rozprawa była przełożona? Przecież Gray to trudny przeciwnik…, Dlaczego by tak nie opóźnić albo nie, nie opóźnić. Tylko po prostu gdyby wyrok nie był pełnomocny, ministerstwo po rozpatrzeniu sprawy musi ustalić inny termin rozprawy. Wtedy adwokaci, prokuratorzy oraz przysięgli okręgu magicznego muszą przedstawić inne dowody na niewinność lub winę oskarżonego niż były dawane wcześniej. Jednak gdyby fakty się pokrywały z tamtejszą rozprawą, wtedy idzie to na niekorzyść broniącego lub oskarżającego. I to jest myśl. Tylko jest teraz jeden jedyny problem. Granger nie da mu przejąć klienta. Jest na to za dumna. Z resztą ona i tak wie więcej od niego. Znaczy nie miał pewności, ale ona nigdy się nie zwalniała z pracy, a branie wolnego to już w ogóle paradoks. Kurde, gdyby tylko tak mu powiedziała o wszystkim. Ha! Właśnie „GDYBY”. Jedyne wyjście, to przypadkowe upicie Granger i wyciągnięcie od niej informacji, gdy ona będzie w stanie nieważkości. Jednak ona jest na to za mądra. Nie da mu się upić. Nawet gdyby zgodziła się na spotkanie, to wypiłaby kieliszek brandy i podziękowałaby. Musi wymyślić coś innego. W przeciwnym wypadku zapyta się, jakiego rodzaju kamień chce na nagrobku. Malfoy wstał od biurka i przeczesał ręka włosy. Podszedł do barku i sięgnął po Whisky i ponownie rozsiadł się na fotelu. On sobie przecież nie będzie odmawiał przyjemności, prawda? 
{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}{}

*ciocia Hermiony. Jest ona wymyślona przeze mnie. Nie spodziewam się tego, iż będzie w jakimś epizodzie. Została tylko wspomniana i tyle J